Dziś znowu usłyszałam to samo pytanie: „Czy ty mówisz do swojej teściowej «mamo»?”. Za każdym razem, gdy ktoś zwraca się do teściowej słowem „mamo”, przebiegają mnie ciarki. To nie z powodu złośliwości czy zazdrości. Dla mnie to słowo jest święte. Nie rozdaje się go na prawo i lewo. Mama to nie kobieta, która stała się twoją krewną przez pieczątkę w urzędzie. Mama to ta, która cię wychowała, nie spała nocami, płakała z bezsilności, ale i tak wstawała rano, by dalej walczyć o ciebie.
Mam bliską przyjaciółkę – Kingę. Znamy się od dzieciństwa, była moją świadkową na ślubie, a ja byłam na wszystkich jej… trzech. Przeszłyśmy razem wiele, i mimo życia, dzieci, przeprowadzek – trzymamy się razem. Często żartuję:
„No co, Kinga, poczekamy, aż dzieci skończą studia, a na emeryturze pójdziemy do klubu?”
Ostatnio wpadłam do niej z prośbą – przywiozłam leki z apteki, bo nie mogła wyjechać: samochód w warsztacie. Podaję torbę, a ona kiwa głową:
„To nie dla mnie. To mamie źle.”
Uśmiechnęłam się, zajrzałam do kuchni i prawie bezmyślnie wykrzyknęłam:
„Dzień dobry, ciociu Bronisławo! Jak się pani czuje?”
I dopiero gdy kobieta się odwróciła, zrozumiałam – to nie jej mama. To matka jej trzeciego męża. Teściowa. A Kinga z czułością nazywa ją „mamą”. Tak samo jak wszystkie poprzednie.
Przypomniałam sobie, jak było z pierwszą i drugą. Od razu, gdy wyszła za Eryka – swojego pierwszego męża – jego matkę nazywała „mamą”.
„Oszalałaś?” – syknęłam jej wtedy do ucha. „Nie znasz jej! To nie twoja mama!”
A ona tylko się uśmiechała:
„To strategia. Będzie jej miło. Zaakceptuje mnie. No i Eryk zadowolony. Proste.”
Tylko że ta „mama” później opluwała ją za plecami. Gdy Eryk wracał pijany, nocował niewiadomo gdzie, a Kinga dzwoniła – tamta tylko wzdychała:
„No cóż, dzieciaku, chłop się zmęczył…”
Minęły dwa lata – rozwód. Dziecko się urodziło, ale żadna z „mam” nie interesowała się ani wnukiem, ani Kingą.
Z drugim było inaczej. Tamta teściowa od razu przyjęła postawę:
„Ten chłopak nie jest ci do niczego potrzebny. Wywieź go, gdzie chcesz, choćby do domu dziecka. Pieniędzy na niego nie ma.”
I znów Kinga mówiła do niej „mamo”. Aż zrozumiała, że za tym „mamo” kryje się tylko bezduszne okrucieństwo. Rozwiedli się, na szczęście nie mieli dzieci.
Teraz ma trzeci związek i wszystko się powtarza. Te same czułe słowa. Ta sama naiwna nadzieja, że jeśli powie „mamo”, kobieta się rozczuli, stanie się rodziną.
Ale nie. To nie działa.
Wiem, o czym mówię. Ja też mam teściową. I my… nie tylko się dogadujemy. Naprawdę się szanujemy. Możemy rozmawiać szczerze, śmiać się razem, zbierać wiśnie w sadzie albo dyskutować o serialu. Ale zwracamy się do siebie po imieniu. I to nie przeszkadza nam być sobie bliższe niż niektóre rodziny.
Bo „mama” to nie zwrot dla korzyści. To słowo jak medal. Trzeba je zasłużyć. Nie można go kupić, wyprosić kompotem ani uśmiechem. Prawdziwa mama to nie ta, która przyszła do twojego życia z mężem. To ta, która przyszła – na zawsze.
Owszem, zdarza się, że teściowa staje się bliższa niż rodzona matka. Tak bywa. Ale to rzadkość. Wyjątek. A nie reguła.
Dlatego, gdy słyszę:
„Mamo, może herbaty?”
„Mamusiu, jak się czujesz?”
Zadaję sobie zawsze to samo pytanie: to miłość? Czy tylko nawyk udawania?



