– Nie masz nic przeciwko, żebym założyła twoją suknię ślubną? I tak ci się już nie przyda – zaśmiała się koleżanka.
– Moim zdaniem to jest to. Najlepsza ze wszystkich, które przymierzałaś – powiedziała Kinga, krytycznie przyglądając się przyjaciółce.
– Twoja przyjaciółka ma rację. Suknia pasuje do ciebie idealnie. Wystarczy podwinąć dół i lekko zwęzić w talii – dodała sprzedawczyni w salonie ślubnym. – Przynieść welon?
– Chciałam bez welonu – zmieszała się Martyna.
– Proszę przynieść, tylko nie za długi – zdecydowała Kinga, patrząc, jak przyjaciółka kręci się przed lustrem.
Puszysta spódnica falowała jak dzwon wokół jej nóg. Martyna już widziała zachwycone oczy Jakuba, kiedy zobaczy ją w tej sukni.
Sprzedawczyni z powagą przyniosła na wyciągniętych rękach gazowy welon. Jednym wprawnym ruchem przypięła go do włosów panny młodej.
– Można od razu do urzędu stanu cywilnego – uśmiechnęła się do odbicia Martyny w lustrze. – No i jak? Bierzecie?
– Co ty myślisz? – Martyna zwróciła się do Kingi.
– Ty wychodzisz za mąż, to ty decydujesz – odparła przyjaciółka, nie mogąc ukryć błysku zazdrości w oczach.
– Tak, bierzemy – Martyna uniosła nieco spódnicę i już miała zejść z podestu, gdy sprzedawczyni ją zatrzymała.
– Zaraz zawołam krawcową.
Martyna udawała, że wzdycha z irytacją, ale w głębi duszy cieszyła się, że jeszcze przez chwilę zostanie w tej sukni.
Wracały do domu przez park.
Przyjaźniły się od podstawówki. Kinga była koścista, wysoka, miała ostre rysy twarzy i długi, prosty nos. Zawsze zazdrościła Martynie urody – jej małemu, lekko zadartemu noskowi i dołeczkom w pulchnych policzkach. A najbardziej zazdrościła tego, że Martyna miała normalnych rodziców – nie pili i nie kłócili się codziennie. Ojciec Kingi zmarł dwa lata temu od spożycia podrobionej wódki. Myślała, że wreszcie z mamą będą żyć spokojnie. Ale ta stała się nerwowa i jakby roztrzęsiona.
Martyna ukończyła prestiżowy wydział na uniwersytecie i pracowała jako tłumaczka w dużej firmie. Kinga po zaocznych studiach na biologii dostała pracę w laboratorium ekologicznym. Nienawidziła swojej pracy, a to był kolejny powód do zazdrości.
A teraz jeszcze ta myszka wychodzi za mąż! Jakub był jej obojętny, ale sam fakt doprowadzał ją do szału. Spotykała się z różnymi facetami, ale nigdy nie doszło do ślubu. A Kinga marzyła o puszystej białej sukni, a jeszcze bardziej – o ucieczce od mamy. Czym była gorsza od tej cichutkiej Martyny? Dlaczego tamtej zawsze się udaje?
– W ogóle mnie nie słuchasz – Martyna szarpnęła przyjaciółkę za rękę.
– Co? Co powiedziałaś? – Kinga naprawdę się zamyśliła.
– Mówiłam, że na ślubie rzucę bukiet tobie, i na pewno też wkrótce wyjdziesz za mąż. Tamta pani sprzedaje biżuterię. Już wczoraj ją zauważyłam, ale bardzo się spieszyłam. Chodź, podejdźmy, zobaczmy. – Martyna pociągnęła przyjaciółkę w stronę ławki.
– Po co ci ta tandeta? – opierała się Kinga.
Sceptycznie spojrzała na starszą kobietę, obok której na ławce leżała tacka z tanimi błyskotkami. Migotały w słońcu i przyciągały wzrok, ale ludzie mijali je obojętnie, a jeśli ktoś się zatrzymał, szybko tracił zainteresowanie tymi bibelotami.
– Patrz, jaki śliczny pierścionek – Martyna kręciła w palcach małą obrączkę z białym kamykiem. – Mogę przymierzyć?
– Za przymierzanie nie biorę pieniędzy. Ale nie sprzedam ci go – nagle oznajmiła kobieta.
– Dlaczego? – zdziwiła się Martyna, nie puszczając pierścionka.
– Wkrótce założysz obrączkę ślubną. A noszenie różnych metali to kiepski gust – pouczyła kobieta. – Lepiej spójrz na… – przejrzała swoje towary – na to. PodW końcu Martyna i Jakub stanęli przed ołtarzem raz jeszcze, tym razem z Witkiem trzymającym poduszki z obrączkami, a Kinga, gdzieś daleko za granicą, przekonała się, że złodziejki szczęścia nigdy nie znajdują swojego.



