Czuł, że nikt się nie cieszy, że znów musi wyruszyć w poszukiwaniu nowego schronienia i jedzenia – ale jego łapy już nie mogły utrzymać wychudzonego, chorego ciała…

Poczuła, że nikt nie cieszy się z tego, że znów musi wyruszyć w poszukiwaniu nowego schronienia i pożywienia a jej łapki nie wytrzymują już wyczerpanego, chorującego ciała.
Wiedziała doskonale, że nikt nie będzie na nią czekał. Musi dalej czołgać się gdzieś, szukać azylu, znajdować jedzenie a jej łapy już nie utrzymują słabnącego, chorego ciała

Bogna Wójcik od zawsze była osobą niezwykle odpowiedzialną.
W przedszkolu pilnowała, by dzieci odkładały zabawki na miejsce. W szkole powierzono jej dyżury w świetlicy. Na uczelni była przewodniczącą koła studen, a w pracy dobrowolnie zbierała pieniądze na firmowe imprezy i prezenty dla kolegów. Poczucie obowiązku zdawało się być wplecione w jej charakter.

Dlatego, gdy mieszkańcy jednogłośnie wybrali ją na zarządcę klatki schodowej, Bogna nie była zdziwiona. Mimo młodego wieku podjęła się zadania z zapałem.

Bogunio, na czwartej klatce Kowalskich hałasują aż do późnej nocy, nie da się spać narzekała starsza sąsiadka, Stanisława Kowalska.

Bogna wkrótce przywróciła porządek, mówiąc tak przekonująco do zakłócających spokój, że nawet najgłośniejsi lokatorzy przyznali się do winy i obiecali zmiany.

Bogunio, ktoś po prostu wrzuca śmieci do kosza, a nie do kontenera! jęknęli mieszkańcy.

Bogna stała w progu, chłodno patrzyła na nieporzące i bezlitosną ręką ich upokarzyła. Klatka lśniła czystością, przy wejściu rozkwitał kolorowy kwiatowy ogródek. Bogna szła dumnie, podziwiając efekt swojej pracy. Wszystko było tak, jak powinno być. Poradziła sobie z tym. Była mądra.

Aż pewnego dnia przed ich blokiem pojawił się pies

Brudny, kudłaty, kalekowaty, rdzawoczerwony mieszaniec, który wbiegł do podwórka i schował się pod balkonem, próbując przetrwać noc. Dzieci zauważyły go najpierw. Podbiegły, ale matki, dostrzegając niebezpieczeństwo, krzyknęły:

Natychmiast z tyłu! Może to niebezpieczne!

Złapały dzieci i odciągnęły biednego zwierza:

Zjeżdżaj stąd! Hej! Idź już!

Pies próbował wstać, nie udało mu się. Potem próbował, ale to też było za trudne. Zaczęło mu szlochać, patrząc przerażonym wzrokiem na krzyczących ludzi. Łzy spływały po jego pyszczku.

Matki nie wiedziały, co zrobić sytuacja wymagała zdecydowanego kroku, lecz wezwanie służb zdawało się przesadą. Wtedy na podwórze wkroczyła Bogna jedyna nadzieja:

Tam jest pies! krzyknęły jednocześnie. Bogunio, ogarnij to! Niebezpieczny!

Bogna podeszła bliżej i zajrzała pod balkon. Ich spojrzenia się spotkały jej surowe, jego pełne niepokoju.

Pies westchnął, podjął jeszcze jedną bezskuteczną próbę, by się podnieść. Zrozumiał, że tu nie znajdzie pomocy. Nie miał siły, by chodzić, jedynie jęczał słabo.

Serce Bogny skurczyło się.

Wygląda na to, że ma zranioną łapę powiedziała głośno. Musimy go zabrać do weterynarza.

Matki spojrzały na siebie, myśląc: Tylko nie my będziemy w to wciągnięci! i pośpiesznie wciągnęły dzieci do mieszkania:

No, idziemy już! Dzieci też muszą iść spać! No, Bogunio, zrób to!

Zostawiły dziewczynkę samą z porzuconym zwierzęciem.

Bogna westchnęła, sięgnęła po torbę i przeliczyła, czy stać ją na wizytę u lekarza. Nie mogła podnieść psa samodzielnie był nie tylko brudny, ale i ciężki.

Rozglądając się w poszukiwaniu pomocy, zauważyła pod klatką stary Fiat 126p, który wjechał na podwórze. Z samochodu wyskoczył Leon Król.

No proszę, strażnik całego bloku! Co cię tu przywiodło? mrugnął z uśmiechem.

Pomóż odparła poważnie Bogna, kiwając głową w stronę balkonu.

Leon pochylił się, zobaczył psa.

Twój?

Oczywiście, że nie! wybuchła Bogna. Musimy mu pomóc. Weterynarz jest w pobliżu, ale nie mamy jak go przetransportować.

Leon ocenił sytuację, spojrzał na swój samochód i westchnął:

Znam Lusię na pewno mnie potknie, jeśli się dowie! Ale co zrobić dla dobrej sprawy?

Wyciągnął z bagażnika stary koc i położył go na siedzenia.

Jedziemy ratować! Jeśli będzie kłopot, ty mnie obronisz!

Zgoda! przytaknęła Bogna, po czym ostrożnie zwróciła się do psa: Chodź, maleńka, jedziemy do lekarza. Trzymaj się.

Pies pozwolił się podnieść, nie protestował. Bogna całą drogą głaskała go i szeptała uspokajające słowa.

W przychodni przywitał ich młody lekarz, z lekko potarganymi włosami i poważnym wyrazem twarzy. Dokładnie zbadał pacjenta, założył szynę na uszkodzoną łapę i wypisał leki.

Będzie musiała leżeć, ma pęknięcie wyjaśnił weterynarz.

A jest w ciąży? zapytała zdziwiona Bogna, poczuwszy się nieco głupio.

Wygląda na to, że tak skinął.

Co z nami? poprosiła niepewnie.

Nie mogę jej wziąć do domu odrzekł Leon, krzyżując ręce. Lusia wyciągnie ją z budynku.

Ja też nie mam możliwości dodała cicho Bogna.

Potrzebne było szybkie rozwiązanie.

Zbierzmy wszystkich mieszkańców! Razem wymyślimy coś! zaproponował stanowczo Leon.

Mam nadzieję, że tak potwierdził lekarz. Za tydzień proszę przyprowadzić ją z powrotem. Zapisałem się już. Jak się nazywacie?

Bogna podała imię.

A jak ma na imię pies? zapytał lekarz.

Bogna i Leon spojrzeli na siebie, nie mieli żadnej plakietki ani obroży.

Agata! pierwsze, co przyszło Bognie do głowy.

Pies podniósł uszy i spojrzał w jej stronę.

Podoba ci się imię? Zostańmy Agatą, dobrze? zapytała łagodnie.

Pies kichnął.

Zgodził się odnotował uśmiechnięty lekarz. Możecie zabrać Agatę. Jestem pewien, że będzie wam służyć!

Gdy trójka wróciła na klatkę, czekała ich surowa Lusia Królewska, z ręką opartą o poręcz.

Gdzie ty się podziałaś? wykrzyknęła, ale gdy zobaczyła Leona z psem w ramionach, uciszyła się i szeroko otworzyła oczy.

Lusia, to pies wpadł do naszego budynku, a nawet jest w ciąży Zabraliśmy go do lekarza tłumaczył Leon. Myśleliśmy, że zrobimy mu legowisko pod balkonem To takie smutne

W takim zimnie pod balkonem?! wykrzyknęła Lusia. Potrzebuje ciepła i przytulności!

Dlatego chcemy porozmawiać z sąsiadami kontynuował Leon. Może wspólnie coś wymyślimy!

Ku zaskoczeniu Lusia nie sprzeciwiła się. Matczyna troska wyrodziła się w niej. Razem z Bogną przeszli od mieszkania do mieszkania, zwołując nadzwyczajne zebranie. Nikt nie chciał przyjąć psa, ale padła propozycja: zebrać pieniądze na budkę dla psa pod balkon, stworzyć mały fundusz na karmę.

Tak Agacie powstał własny dom.

Mała, przytulna budka wkomponowała się pod klatkę niczym miniaturowy dom. W środku położono miękkie stare szmaty, wygodne legowisko. Agata ostrożnie weszła, nie obciążając bolącej łapy.

Powinniśmy napisać oświadczenie do straży miejskiej zasugerowała Bogna. Niech będzie wszystko oficjalne.

Mieszkańcy szybko podpisali dokument, a Bogna osobiście złożyła go na komisariacie. Na szczęście przyjęli ją ze zrozumieniem i formalnie zezwolili, by pies mógł pozostać na posesji.

Kiedy Bogna wróciła do swojego małego, uporządkowanego mieszkania, poczuła satysfakcję z wypełnionego obowiązku, ale sen nie przyszedł. Po kilku próbach ubrała się i wybrała się obejrzeć Agatę.

Jak się masz? zapytała, siadając na ławeczce.

Pies lekko wyciał, już było mu cieplej, ból ustąpił, a najważniejsze przy nim stała osoba, w której powoli rodziło się zaufanie.

Wrócę do ciebie obiecała Bogna. Może wymyślimy coś jeszcze lepszego

Jeszcze nie wiedziała, co los dla niej przygotuje.

Bogna będzie wielokrotnie wozić Agatę do weterynarza, aż całkowicie wyzdrowieje. Młody lekarz, Wiktor, nie tylko będzie dbał o czerwoną suczkę, ale i o odpowiedzialną, szczerą Bognę.

Wiktor oświadczy się Bognie, a wraz z Agatą wprowadzą się do wiejskiego domu Wiktora, gdzie pomieści się każdy ludzie i zwierzęta.

W tym czasie Lusia Królewska dowiaduje się na dziecko, a ich otoczenie wyraźnie się zmienia. Mieszkanie nie będzie już najgłośniejsze w bloku, a kiedy przyjdzie na świat mały Vaniek, nawet surowa Stanisława Kowalska uśmiechnie się i nie będzie narzekać.

Czwarty blok mieszkań przeżywa pozytywne zmiany, choć nikt nie przypuszcza, że wszystko zaczęło się w dniu, gdy czerwona suczka pojawiła się pod balkonem.

Bogna, której losy przywiodły ją do nowego miejsca, nadal nosi w sobie niepohamowaną dobroć. Pewnego dnia, bawiąc się z Agatą i jej szczeniakiem, uśmiecha się i myśli:

Jestem tak szczęśliwa Dziękuję Ci, Wszechświecie! Wszystko zaczęło się od naszej Agaty, od psa w czwartym bloku.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − 9 =

Czuł, że nikt się nie cieszy, że znów musi wyruszyć w poszukiwaniu nowego schronienia i jedzenia – ale jego łapy już nie mogły utrzymać wychudzonego, chorego ciała…