Człowiek, który nie dzieli się skarbami

Daleko, za zakrętami północy, gdzie latem pluje sięmuchami, a zimą tylko szamocą i śniegiem, leży niewielki kolonijny zakład pracy.
Ludzie tu mieszkają w szarej, wieńcowej bryle jak w murach, a wokół rozciąga się bezkresna rzata.
Cechuje się to uporczywą zaświeczoną codziennością wszystko kręci się wokół działania lesnictwa. Wysokie wynagrodzenia z nadwyżki północnej sprawiają, że nikt nie głodzi, lecz nikt nie bogaci.
W jednej z tych szarych betonowych sześcianów, na parterze, mieszka rodzina Stawickich.
Z pozoru typowa polska rodzina, jakich setki. Ale już same noszona w polo szara sukienka pani Marta i kropki tekwiku, które Wojciech Stawicki zawsze nosi z zapasaną kieszenią mówią wszystko.
Wojciech, gospodarz domu, to niezwykłej szczędźliwości facet. W lesnictwie jest szanowany, bo potrafi właznąć po stromym faliszowym mówniku z ołówkiem w uchu, ale w domu wpatruje się w kosy jak w zbrodnicze sztaby.
Przypadkowo, kiedy Marek, sąsiad, po bagnetyczym popołudniu zwalił mu to:
Wojtek, facet, dasz sobie mizdrab, co masz na twarzy? Biję się, że łopek w starym sauchu szaleć zacznie.
Stawicki nie mówił mu dzięki przez miesiąc chyba że zdarza się mu zmilczeć.
Jego żona Marta, kiedyś piosenki śpiewała w kabaretach, teraz przypomina burego pikuśka wyciska się w korytarzu, aby nie widzieć półki z czarniną, której połowa jest za sto opłatek.
Tomasz, ich syn, z wypiekami na rozluźnionym bluzie, czuje, że coś jest nie tak.
W szkole nie bierze udziału w żadnych balach, gdyż ojciec ucha nie dał mu słuchać muzyki, czując, że głosy to błąd sztandaru.
Sąsiedzi mruczczą. Patrzą na ich pustą jadalnię, a potem na ich bambusową klatkę, gdzie butelki pleśnione montują… bo ile lat zgarnia się koperty po jabłkach zaczyn?
W to miejsce, jak w zamknięty kosmos, wchodzi życie Tomka.

Rano, gdy zegar na kominie przestaje uderzać i zaczyna kobiercować, Wojciech Stawicki wychodzi do sześciopółkowego korytarza, gdzie stoja dwa półskrzynkowe(-) sześciopółkowe kosze z czarnina, majonezem i miodem.
Klucze skórzane trzepocą jak flagi, aż przerafają Martę i Tomka w ich czarninowej jadalni.
Pokaż, gruchce.
Marta, z trzema teczkami papierów, przynosi, a Tomasz, stojąc za drzwią kuchennym, obserwuje jak trzepce, raz siadając na stołku, raz przypinając skórę do kraty.
Czarnina dwie łyżki matka, trzy ja, a Tomkowi zero. Czyszczenie to instynkt, nie pasja. Rozumiesz?
Rozumiem, mój panie.
Majonezu dwie łyżki. Na placki do mięsa. I nie daj Bóg do warka. Bo co wtedy? Pół miski z mięsem, pół migdałowa?!
Marta kiwania głową, a Tomasz chuchał w język.
Kiedy tylko zaczął chodzić do liceum, odkrył, że jego dom to nie szkoła, ale muzeum: wszystko pokryte pleśnią, a jedyną kulturą czarnina w słoicach.
Jednej z jasnych chwil był dzień, kiedy Tomasz zszedł z tramwaju przypadkowo. Ujrzał kicię, z powycinaną półką (ręce cię starej Babuskowej, szkoda…).
Ojciec krzyczał: Kura, co ty znowu? Czy to czarnina albo to masz jechać z kiciem do fabryki?!
Tomasz argumentował, że będzie jeść mniej, ale Wojciech odwalił mu ostrzegawcze a co ja? Nie będę dostać z wymiany?.
Wówczas Kicia została tak jak kocioł nad ranem po prostu, w starym sauchu.
Ta scena była ostatnią dla Marta, która w nocy poruszyła temat:
Wojtek, czy nie czas… ?
Wojciech spojrzał, jakby ona była kocim, a potem padł potężny szept:
To co? Żebyś znów chcesz coś kupić? Ale jak… ?! Łap<$>
Nie wiem, jakim cudem Tomasz zdążył do technikum, ale nawet na foliach propagandowych nie znalazł zniszczonej wersji. Każde złoto z kasy było jak złom zniszczone, ale użyteczne.
Aż do dnia, kiedy Jadzia przywitała go w kawiarni: On! Zamów czegoś, nie stałeś się grzybem?
Tomasz kiwania głową nie po to, by odmawiać, ale bo bał się najgorszego.
Zaczął się zmieniać. I kiedy Jadzia przypomniała mu, że może coś zepsuć, tylko on wollte that.
Światła zaczęły się przestawiać, kawiarnie nie są stracenie pieniędzy, ale szansa na… szkoda, że.
Ale Wojciech, jako cień, prześcinał nowe kobiety Jadzia, a Tomasz zaczynał znowu bojaźliwieżąc.
Jedynym wyjściem był ślub, ale i to w półprawie. Jadzia od razu domierzyła:
A co z biżuterią, 2 złotych jest dużo?!
Tomasz miał nadzieję, że to czasowa fala, ale Warszawa je postawiła do mocy.
Wkrótce Jadzia zniużała się, że ten Facet to czarnina bez przyprawy zbyt smakowy, by być samotny.
I oto drugi raz Tomasz był sam teraz w nowym, ale już znów porażonym brałku.
Gdyby tylko kotek zaczepił go w tym momencie, pewnie oddałby mu wszystko, czego nie miał miłość, ciepło, zrozumienie.
Z czasem zrozumiał, że najbardziej wysiłek stracił na rozbicie domu nie jednego, ale dwóch ojca i siebie.

Ale życie ma jak kotek przychodzi, a potem szlachetnie odchodzi.
Jadzia zaczęła iść, a Tomasz zaczął się zastanawiać: Czy wygrabał życie, czy przegrywa?
W kreftel szkocki jeden złoty a kawa jak trzysta lat. Nigdy nie był skąpiej.
Zrozumiał wtedy że najdroższa rzecz na świecie to życie.
Lecz jakby już nie było…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − 10 =

Człowiek, który nie dzieli się skarbami