Przed drzwiami mieszkania, w którym mieszkała Jadwiga Iwanowna, stała młoda dziewczyna o wyglądzie przysłowiowej „szarej myszki”. Miała na sobie wytarte dżinsy, spraną koszulkę, a jej znoszone adidasy były równie niepozorne jak trzymana przez nią torba. Jasne, falowane włosy spięła w prosty kucyk. Na twarzy nie miała ani grama makijażu. To, co mogło przyciągnąć uwagę do tej „bladej istoty”, to były jej oczy – ogromne, błękitne i przejrzyste.
Po chwili przyglądania się dziewczynie, Jadwiga Iwanowna skinęła głową: „Wejdź!”
– Tak więc, kochana, oszczędzamy elektryczność, wody nie lejemy, zrozumiano? Czysto ma być! I żadnych gości! Pytania jakieś?
Dziewczyna się uśmiechnęła i pokiwała głową: „Tak, oczywiście!”
– Posłuszna – pomyślała Jadwiga – Rzadkość w dzisiejszych czasach… Od razu widać, że przyjechała ze wsi.
Z dalszej rozmowy wynikło, że dziewczyna ma na imię Ela i rzeczywiście pochodzi z wioski, gdzie jej rodzina prowadzi własne gospodarstwo, a ona sama przyjechała, by studiować weterynarię.
– Rozumiem! Świnie będziesz leczyć! – stwierdziła Jadwiga Iwanowna.
Ela nie dała się sprowokować, tylko uśmiechnęła się: – I świnie, i krowy, i konie, a także koty i psy – wszystkich! Zwierzęta też chorują.
– No tak, no tak! Ludzi nie ma komu leczyć, ale zwierzęta – proszę bardzo! – oburzyła się kobieta.
***
Ogólnie lokatorka sprawiała na Jadwidze pozytywne wrażenie: skromna, nieśmiała, cicha, posłuszna, dokładna, sprząta mieszkanie, przygotowuje sobie jedzenie, a nawet częstuje gospodynię.
Ela szczególnie dobrze przyrządzała naleśniki: apetyczne, cienkie jak papier, dziurkowate i rumiane. Ręka Jadwigi sama sięgała po takie smakołyki! Były to prawdziwe cuda kulinarnego kunsztu: rozpływały się w ustach, nie docierając do żołądka.
Jadwiga Iwanowna i Ela można powiedzieć, nawet się zaprzyjaźniły, spędzając wspólnie wieczory przy herbacie.
I wszystko pewnie układałoby się dobrze, a Ela spokojnie skończyłaby studia, mieszkając u Jadwigi Iwanownej. Ale wtedy po półrocznej pracy na Północy, z powrotem przybył syn kobiety – Mikołaj. Krzepki młodzieniec, można nawet powiedzieć – przystojniak („cały ojciec” – myślała z westchnieniem jego matka).
Sama Jadwiga Iwanowna lubiła nazywać ukochanego synka po francusku „Michel”. Młody mężczyzna z wysiłkiem znosił ten przydomek, jakby odczuwał bolący ząb, ale tolerował: „w końcu to mama”.
Trzeba powiedzieć, że wychowywała syna samotnie i, na tej podstawie, uważała go za swoją własność.
Prawdopodobnie dlatego fakt, że jej Michel wdzięcznie rozmawia z lokatorką w kuchni i z apetytem pożera jej naleśniki, wprawił Jadwigę w stan szoku. I jeszcze te naleśniki! Ten „zuchwały młodzian” przy tym jeszcze kąsał oczami tę „dojarkę”. Jadwiga Iwanowna od tego odkrycia niemalże osiwiała na miejscu.
– Mój syn zupełnie nie ma gustu! – przerażająca myśl przemknęła przez głowę matki.
***
Od tego momentu Jadwiga zaczęła nienawidzić swoją lokatorkę: i podłogi teraz myła nie tak, i mówiła nie tak, a i naleśniki zdawały się mniej smaczne. O co najbardziej się jednak obawiała, to ten zakochany wzrok, którym jej synek, jej krew, patrzył na tę „bladą pokrakę”, „wieśniaczkę z obory” …
– Na mnie, swoją matkę, jedynego bliskiego człowieka, nigdy tak nie patrzył! – myślała oburzona, dławąc się nocami łzami w poduszkę.
– Żmiję, żmiję na własnej piersi wyhodowałam! – płakała w słuchawkę, dzieląc się swoimi obawami z bliską przyjaciółką – również samotną damą w starszym wieku, Ireną Viktoriawną.
– Myślałam, że Michel nie spojrzy nawet na tę bladą pokrakę! Dlatego ją wpuściłam do domu! A ona oczy ma podmakijażowane, włosy roztargnięte i naleśnikami go uwodzi!
Irena wysłuchała przyjaciółki, westchnęła i dała swoje autorytarne zdanie:
– Oj, patrz, Jadziu, żeby ona ci twojego syna nie oczarowała!
Tymi słowami Irena dolała oliwy do ognia nienawiści i niezrozumienia, doprowadzając tym samym przyjaciółkę niemalże do zawału.
Nie żeby Jadwiga wierzyła w takie rzeczy jak urok i zaklęcia…wszystko to nazywała „mrocznymi zabobonami i dziecinadą”, po prostu samą myśl o tym, że obca kobieta skradła uwagę syna, doprowadzała ją do szaleństwa.
Całe dni głowiła się, co zrobić, by odstraszyć syna od tej „wieśniaczki”. Ale oczywiście nie zamierzała pokazywać się jako chamka i wyrzucać dziewczyny za drzwi. W każdym razie wtedy. W końcu wtedy upadnie w oczach syna, a on mógłby się od niej odwrócić.
– Nieee! Trzeba działać mądrzej, trzeba w jakiś sposób przedstawić tę dziewczynę w niekorzystnym świetle, żeby syn się od niej odwrócił.
***
Jadwiga Iwanowna kilka dni myślała, jak odstraszyć syna od lokatorki. Ta chodziła sobie jak gdyby nigdy nic, piekła swoje naleśniki, gotowała swoje zupy, udając, że nie zauważa palącego wzroku Jadwigi. Tylko raz zapytała:
– Jadwiga Iwanowna, przypadkiem nie jest Pani chora? Jakoś Pani smutna i blada… I nic nie jecie…
– Wszystko w porządku! – burknęła Jadwiga i zniknęła w swoim pokoju, by przemyśleć kolejny plan wyeliminowania „gwałcicielki”. W głowie przewijały się różne myśli… Nawet myśl o otruciu zuchwalca przemknęła. Ale Jadwiga natychmiast się przeżegnała: – Wybacz, Panie, za taki grzech.
Podczas gdy Jadwiga myślała, pewnego dnia Mikołaj wrócił do domu z pierścionkiem i bukietem kwiatów, i oświadczył się Eli. Na to Jadwiga Iwanowna zupełnie straciła kontrolę nad sobą i, jak to się mówi, „zwariowała”.
– Nawet się nie wstydził matki, paskudnik! – znów płakała całą noc w poduszkę – Mnie nie uważa za nic! On kocha tylko tę dziewkę!
Jadwiga z gniewem otarła łzy i podeszła do okna… odwróciła się i nagle jej wzrok padł na stolik nocny. Tam leżały jej kolczyki z szmaragdami. Kolczyki stare, bezcenne. Dostała je w spadku po mamie, która otrzymała je od swojej matki… Przypomniała sobie, z jakim zachwytem Ela zawsze patrzyła na kolczyki i podziwiała ich piękno.
– No to ja ci pokażę! – złośliwie syknęła Jadwiga, zdecydowanie chwytając kolczyki, zawinęła je w chustkę i wsunęła do swojej torebki.
Prawdę mówiąc, wtedy w ogóle źle rozumiała, co robi i jak zamierza dalej postępować.
***
Rano Jadwiga obudziła się w dobrym nastroju, tego dnia zamierzała wyrzucić tę wieśniaczkę z domu. Na zawsze. Wyszła na śniadanie, przesadnie uśmiechając się… i smarując chleb masłem, zwróciła się do syna:
– Michel, czy ty czasem nie wziąłeś moich kolczyków z szmaragdami, jakoś nie mogę ich znaleźć…
– Mamo, a po co mi one? Co ja, panna łania, czy co? – zdziwił się Mikołaj.
Wtedy Jadwiga Iwanowna z uśmieszkiem zwróciła się do Eli: – A Ty nie widziałaś moich kolczyków?
Ela zrobiła się purpurowa, sama myśl o tym, że mogłaby zostać oskarżona o kradzież, sprawiała, że traciła słowa, chowała wzrok i płakała.
– Niczego nie brałam! – powiedziała cicho Ela, dławiąc się łzami.
– No, co ja mówiłam?! To ona! Przywłaszczyła moje kolczyki i wysłała swoim biednym krewnym na wieś…
– Ale moi krewni wcale nie są biedni – sprzeciwiła się dziewczyna – I nigdy nie braliśmy cudzych rzeczy! Dlaczego pani tak mówi?
– To ty dlaczego tak robisz?– natychmiast zwróć mi moje kolczyki i wynoś się stąd.
–
– Nie mam waszych rzeczy… Możecie nawet wezwać policję!
– Ale co z tego, oni już dawno są u twojej rodziny!
Jadwiga całkowicie straciła kontrolę nad sobą i, odrywając się, jakby w przepaść, coraz głębiej spadała, nie mogąc przerwać przepływu ohydnych słów skierowanych pod adresem dziewczyny.
– Mamo, co ty mówisz? Ela nie mogłaby tego zrobić! Może po prostu zapomniałaś i sama gdzieś położyłaś.
Wszyscy trzej dokładnie przetrząsali mieszkanie, aż Mikołaj przypadkowo nie dotknął mamy torebki, a z niej nie wypadła chustka z kolczykami.
Mężczyzna znieruchomiał z odkryciem w rękach.
– Jak mogłaś, mamo? – tylko tyle mógł powiedzieć, patrząc na matkę z oczami pełnymi rozczarowania.
– Po prostu się pomyliłam, synku, rozumiesz, zapomniałam! – próbowała oszukać Jadwiga Iwanowna.
– Mamo, widziałem wszystko! Byłaś odrażająca! Wyprowadzamy się z Elą do wynajętego mieszkania – oznajmił Mikołaj.
– Poczekaj, jeszcze się najedziesz z tą dziewką kłopotów! – wykrzyczała Jadwiga Iwanowna przez łzy.
Mikołaj bez słowa wyszedł z pokoju, wziął Elę za rękę i wyprowadził ją z domu Jadwigi Iwanownej.
Wynajęli mieszkanie, ożenili się i byli wraz szczęśliwi. Pewnego dnia do Mikołaja zadzowniła Irena Viktoriawna.
– Mikołaj, mama jest w szpitalu! Miała zawał serca. Płacze, chce cię zobaczyć…
Ela, dowiedziawszy się, że teściowej źle się dzieje, zaczęła się przygotowywać, zrobiła dla niej klopsiki, ugotowała rosół z pierożkami, po drodze kupiła owoce…
Mikołaj nie poszedł do matki, zrzucając to na brak czasu.
***
Gdy Ela pojawiła się w progu jej sali, Jadwiga Iwanowna rozpłakała się. Tak bardzo liczyła, że przyjdzie syn, a przyszła ta znienawidzona dziewka, która zrujnowała jej życie, odebrała to, co najcenniejsze.
– No, co rozchorowała się, mamo? Oto, proszę, to jest rosół, pierożki… – mówiła Ela. – Chcecie, nakarmię was łyżką, póki gorące.
– A Michel dlaczego nie przyszedł? – cicho, z rozczarowaniem zapytała Jadwiga.
– A Mikołaj bardzo zajęty w pracy…
Jadwiga Iwanowna zrozumiale skinęła głową i znów się rozpłakała…
– Przepraszam, Lizo, jestem ci tak winna… Wróćcie do domu, strasznie mi was brak…
– Co pani mówi, mamo, nic nie jest pani winna, po prostu się pani pomyliła, zapomniała i zasmuciła! Wszystko będzie dobrze.
Gdy Ela wyszła, sąsiadka z sali powiedziała Jadwidze Iwanownej: – Dobra masz córkę! Piękna, dobra, uwielbiająca!
Jadwiga się uśmiechnęła – Tak, dobrana!
Gdy Jadwiga Iwanowna wyszła ze szpitala, Michael z Elą razem ją zabrali. Wrócili razem do mieszkania Jadwigi Iwanownej, aż Ela nie skończyła studiów. Potem wszyscy razem wyjechali na farmę, do rodziców Eli. Tam dom ogromny, dużo miejsca… i dodatkowe pary rąk do pracy się nie zaszkodzą.
Jadwidze Iwanownej tak się spodobało na farmie, że teraz nawet nie chce słuchać o mieście. Szczególnie, że młodym urodził się syn, Sasieńka, w którym wszyscy się zakochali. Podczas gdy rodzice Eli zajmują się gospodarstwem, Ela leczy zwierzęta, a Michael zarządza sklepem rolnym, Jadwiga Iwanowna oddaje całą swoją uwagę małemu Sasieńce.
Teraz często można usłyszeć od niej:
– Taka lokatorka to mi była zesłana z samego Nieba!
Ot, jak to bywa!



