Czekaj na niego…

Tę poranną rosę jeszcze nie osuszyło słońce, mgła leniwie wlokła się ku drugiemu brzegowi rzeki, a między koronami lasu już wschodziła złota tarcza słoneczna.

Tadeusz stał na ganku, wdychając głęboko chłodne powietrze i podziwiając spokój przedświtu. Za plecami usłyszał miękkie stąpanie bosych stóp. Kobieta w nocnej koszuli i narzuconej na ramiona chustce podeszła i przystanęła obok niego.

— Cudownie tu… — westchnął Tadeusz, rozglądając się. — Wracaj do domu, przeziębisz się — dodał czule, poprawiając chustkę, która zsunęła się z jej obnażonego ramienia.

Przytuliła się do niego mocniej, obejmując jego dłoń swoimi palcami.

— Nie chce mi się od ciebie wyjeżdżać — szepnął Tadeusz, a głos mu się załamał.

— To nie wyjeżdżaj. — Jej słowa brzmiały słodko, jak syreni śpiew. *„Zostałbym… Ale co potem?”* Ta myśl otrzeźwiła go natychmiast.

Gdyby to było takie proste, już dawno by tu został. Ale dwadzieścia trzy lata małżeństwa nie da się tak po prostu wymazać, a dzieci… Kinga praktycznie już się usamodzielniła, większość nocy spędza u narzeczonego, wkrótce ślub. A Wojtkowi dopiero czternaście lat — najtrudniejszy wiek.

Kierowca ciężarówki zawsze znajdzie pracę, ale czy tutaj zarobi tyle, co teraz? Na razie rozdaje pieniądze na prawo i lewo, kupuje Jagnie drogie prezenty. Ale gdyby zaczął zarabiać dwa, a może i trzy razy mniej — czy nadal byłaby nim tak samo zainteresowana? To pytanie zostawił bez odpowiedzi.

— Nie zaczynaj, Jagna — machnął ręką.

— Dlaczego nie? Dzieci już duże, czas pomyśleć o sobie. Sam mówiłeś, że z żoną jesteś tylko z przyzwyczajenia. — Jagna odsunęła się, wyraźnie dotknięta.

— Ech, gdybym cię wcześniej poznał… — Tadeusz głośno westchnął. — Nie gniewaj się. Muszę jechać, i tak się już spóźniam. Chciał ją pocałować, ale odwróciła głowę. — Jagna, naprawdę muszę ruszać, jeśli chcę zdążyć przed nocą. Mam ładunek, umowa.

— Zawsze tylko obiecujesz. Przyjeżdżasz, burzysz mi spokój, a potem z powrotem do niej. Mam już dość czekania. Marcin od dawna mnie namawia do ślubu.

— No to idź. — Tadeusz wzruszył ramionami.

Chciał jeszcze coś dodać, ale zrezygnował. Powoli zszedł z ganku, skręcił za róg domu i ruszył w stronę drogi, gdzie na poboczu czekała ciężarówka. Zostawiał ją tam specjalnie, żeby rankiem nie hałasować w całej wsi.

Wgramolił się do kabiny. Zwykle Jagna odprowadzała go do auta i żegnała pocałunkiem. Dziś jednak nie wyszła za nim — najwyraźniej naprawdę się obraziła. Tadeusz poprawił się na siedzeniu, zatrzaskując drzwi. Zanim odpalił silnik, wyciągnął telefon i wybrał numer żony. Przy Jagnie nie miał odwagi dzwonić. Głos w słuchawce poinformował go sucho, że abonent jest niedostępny… Żadnych nieodebranych połączeń też nie było.

Schował telefon, przekręcił kluczyk i wsłuchał się w równy pomruk silnika. Ciężarówka drgnęła, jakby zrzucając z siebie resztki snu, i powoli ruszyła, kołysząc się na wybojach. Tadeusz trąbi krótko na pożegnanie i dodał gazu.

Kobieta na ganku przytuliła ramiona, nasłuchując oddalającego się warkotu, i weszła do domu.

Z radia płynął aksamitny głos Mroza: *«Tylko ty, tylko ty, moje jasne słońce…»* Tadeusz nucił w myślach, wspominając Jagnę. Ale wkrótce myśli wróciły do domu: *„Co tam się dzieje? Drugi dzień nie mogę się dodzwonić. Jak wrócę, rozkminimy to…”*

A tymczasem Anna, żona Tadeusza, właśnie ocknęła się po narkozie w szpitalnej sali i od razu wszystko sobie przypomniała…

***

Żyli razem ponad dwadzieścia lat, dwadzieścia cztery, jeśli być dokładnym. Mąż — zawodowy kierowca, zarabiał dobrze, rodzina zadbana, duże mieszkanie, dwoje dzieci. Kinga już prawie dorosła, niedługo ślub i wyprowadzka, skończyła szkołę fryzjerską, pracuje w salonie. Wojtkowi czternaście lat, marzy o marynarce.

I nagle ten telefon. Najpierw Anna pomyślała, że to żart albo pomyłka.

— Dzień dobry, Anno. Czeka pani na męża? A on się spóźnia… — głos był słodki, lepki jak miód.

— Co się stało? — przerwała mu niecierpliwie, od razu myśląc o wypadku. Trasa długa, cokolwiek mogło się zdarzyć. Wiezie drogi towar, ogromna odpowiedzialność.

— Stało się. Jest u kochanki — zamruczał głos.

— Kto mówi? — krzyknęła Anna do słuchawki.

— A ty czekaj, czekaj… — w telefonie rozległ się kobiecy śmiech.

Anna odsunęła słuchawkę od ucha i rozłączyła się. Ale ten śmiech wciąż brzmiał jej w głowie. Ogarnęła ją panika. Myśli plątały się, podsuwając raz obraz wypadku, raz inną kobietę w ramionach męża. Kto inny mógł znać jej numer i wiedzieć, że Tadeusz jest w trasie? Tylko ta druga. Jak śmiała do niej dzwonić? Jak śmiała się z niej!

Wybrała numer męża, ale natychmiast się rozłączyła. A jeśli akurat prowadzi? I co mu powie? Nie może go rozpraszać. Jak wróci, wtedy pogadają. Próbowała zająć się domem, ale wszystko leciało jej z rąk. W uszach wciąż słyszała ten drażniący śmiech.

Na domiar złego, ani Kingi, ani Wojtka nie było w domu. Kinga gdzieś się włóczy z chłopakiem, a Wojtek wczoraj wyprosił się do kolegi na urodziny.

Musiała się czymś zająć, żeby nie zwariować. Anna przebrała się, wzięła torbę i wyszła. Pójdzie do sklepu, kupi majonez, cebulę i piwo dla Tadeusza. W weekend lubił wypić butelkę czy dwie. Jutro nie będzie czasu na zakupy, trzeba przygotować obiad. Tadeusz obiecał wrócić przed kolacją. *„A jeśli nie wróci?”* — spytał wewnętrzny głos, ale Anna go zagłuszyła.

Postanowiła pójść do supermarketu, żeby się uspokoić. Ale było daleko, więc skręciła w boczną uliczkę. Z jednej stronyIvan uśmiechnął się nieśmiało, wyciągając rękę z paczką ciepłych bułek, i powiedział: „Pomyślałem, że może zechcesz porozmawiać przy herbacie, bo wyglądałaś, jakbyś potrzebowała przyjaciela”.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × dwa =

Czekaj na niego…