**Zaczekaj na mnie**
Dawid wysiadł z pociągu na peron i wciągnął głęboko powietrze. W rodzinnym mieście nawet powietrze smakuje inaczej niż gdziekolwiek indziej na świecie. A widział już sporo miast i krajów. I zawsze ciągnęło go właśnie tutaj.
Szedł znajomymi ulicami, wypatrując najmniejszych zmian. Oto i jego podwórko, zamknięte w czterech ceglanych blokach: dwóch długich, po pięć klatek, i dwóch krótszych, po dwie. Podwórko było przestronne, podzielone na dwie części: plac zabaw z kolorową zjeżdżalnią, piaskownicą i prostymi drążkami. Kiedyś były tu jeszcze huśtawki i żelazna kopuła zwana „pajęczyną”. Od upadku z niej Dawid miał do dziś bliznę nad brwią.
Drugą połowę zajmowało ogrodzone boisko z bramkami i koszem do koszykówki. Zimą polewano je wodą, tworząc lodowisko. Wczesny poranek – podwórko puste. Gdyby miał piłkę, na pewno kopnąłby ją w bramkę, jak za dawnych czasów.
Ech, dobre to były czasy. Szymon wyjechał gdzieś na Podlasie, ożenił się, ma dwójkę dzieci. A Krzysiek odsiedział już drugi wyrok. Tak to życie rozrzuciło ich w różnych kierunkach.
Z klatki wyszedł mężczyzna z psem, więc Dawid krzyknął, żeby nie zamykał drzwi. Od słabej żarówki w klatce i tak niewiele było pożytku. Musiał stać chwilę, żeby oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Ile razy mieszkańcy wkręcali mocniejsze żarówki, ktoś zawsze je zmieniał na te ledwo świecące. Od zawsze tak było. Cud, że nikt jeszcze nie połamał nóg na tych wąskich, ciemnych schodach.
Dawid wszedł na drugie piętro i zatrzymał się przed żelaznymi drzwiami po prawej. Kiedyś mieszkała tu Kinga. Nie Kinka, nie Kingusia, tylko Kinga. Tak prosiła, żeby ją nazywać. Jego pierwsza, rozpaczliwie niespełniona miłość.
Dawniej często naciskał dzwonek i uciekał na swoje trzecie piętro. Tam czekał, aż Kinga otworzy. Przemknęła mu myśl, żeby zrobić tak samo, ale nie biegał już tak zwinnie po schodach. Poza tym, nie wypada dorosłemu facetowi się wygłupiać. No i nie był pewny, czy w ogóle jeszcze tu mieszka.
Uśmiechnął się i ruszył na swoje piętro. Oto drzwi jego mieszkania. Zawsze otwierała mama, nawet gdy żył jeszcze ojciec. Zmarł dwa lata temu. Dawid był wtedy w rejsie, nie zdążył na pogrzeb.
Nacisnął dzwonek. Wkrótce zaskoczył zamek, a drzwi uchyliły się. Zobaczywszy syna, mama otworzyła szerzej i rzuciła mu się na szyję.
— Synku! — Przytulili się w progu. Mama odsunęła się. — Daj się napatrzeć. — I znów przycisnęła go mocno.
Za życia ojca farbowała włosy, starannie je układała. Teraz na przedzie widać było szeroki pas siwizny.
— Śniłeś mi się poprzedniej nocy. Wiedziałam, że przyjedziesz. Na długo? Ojej, stoimy w drzwiach… Wchodź już. — Zamknęła drzwi i znów go objęła.
Minęły pierwsze chwile radosnego powitania. Dawid zdjął buty, sięgnął po swoje kapcie stojące na półce. Zawsze na niego czekały. Za to taty klapki mama schowała.
— To dla ciebie, mamo. — Podał jej siatkę z prezentami.
— Ty jesteś dla mnie najlepszym prezentem — odparła, jednak zaglądając do środka. — Zaraz nastawię czajnik. Może coś zheimiesz? — Zaczęła krzątać się po kuchni, nakrywając do stołu.
— O, głupia ja. Zapomniałam chleba. Zaraz skoczę… — Zatrzymała się w pół kroku, bezradnie mrugając. — Sklepy jeszcze zamknięte.
— Nic nie szkodzi. Sam później skoczę. Siadaj — uspokoił ją Dawid.
Kuchnia wydała mu się teraz malutka. Kajuta na statku była większa. Jak mama w ogóle utrzymywała tu porządek?
— Jak się masz? — Pogładził jej zmęczoną dłoń.
— Po trochu. A ty? Wciąż nie ożeniony? — W oczach mamy pojawił się smutek.
— Nie wszystkie kobiety chcą czekać na marynarza pół roku.
Po śniadaniu mama wzięła się za jego ulubiony barszcz, a Dawid poszedł po chleb. Schodząc, znów zatrzymał się na chwilę pod drzwiami Kingi.
Dopiero po kilku dniach odważył się nacisnąć dzwonek. Zaskoczył zamek, drzwi się uchyliły. Dawid zobaczył Kingę. Serce rzuciło mu się do gardła, jakby chciało wyskoczyć na powitanie. Prawie się nie zmieniła, przytyła trochę, ale jej to pasowało.
— Kogo pan szuka? — spytała, szybko obejmując go wzrokiem.
— Przepraszam — cofnął się ku schodom.
— Dawid? To ty, Dawid? — Jej głos zatrzymał go w miejscu.
„Poznała mnie!” — serce skoczyło mu z radości…
***
— To przez ciebie przegraliśmy! — wrzeszczał obrażony Szymon, przytupując i przechodząc w piskliwy ton.
— No i co? Odegramy się — tłumaczył się Dawid, czując się winny.
— Taak, jasne — mruknął Szymon, odchodząc. — Nie umiesz grać, to się nie pchaj.
— Ja nie umiem? To ty przepuściłeś Jacka pod bramkę. — Czekaj! — Dawid dogonił kolegę, chwycił go za rękaw.
— Odwal się! — Szymon szarpnął się i pchnął go w klatę.
— Sam się odwal — Dawid odpychnął go w zamian.
Przez chwilę szturchali się, aż w końcu zwalili się na trawę, tłukąc pięściami.
— A przestańcie! — rozległ się nad nimi ostry dziewczęcy głos.
Chłopaki zatrzymali się, wpatrując w piękną dziewczynę. Sapnąwszy, wstali. Szymon otrzepał spodnie i poszedł w swoją stronę. Dawid stał, gapiąc się za dziewczyną. W końcu ruszył za nią. Przed klatką odwróciła się.
— Czego się za mną włóczysz?
— Nie włóczę się, idę do domu.
— Wychodzi na to, że mieszkamy w tej samej klatce? Ależ z ciebie okaz. Koszulkę rozdarałeś.
— Gdzie? — Dawid odchylił brzeg materiału na brzuchu.
— No dobra, chodź, zaszyję ci.
Weszli na drugie piętro, dziewczyna otworzyła drzwi.
— Przecież tu mieszkała starsza pani. Jesteś jejDawid wziął głęboki oddech, spojrzał Kingi prosto w oczy i powiedział: „Zawsze na ciebie czekałem, ale teraz już nie muszę.”



