*Żyć dla siebie*
— A przecież mam tylko 49 lat… — Bożena spojrzała na lekarza z dezorientacją. — Naprawdę nic nie da się zrobić? — zapytała z resztką nadziei.
— Przy odpowiednim leczeniu, po serii zabiegów, można przedłużyć czas, powiedzmy, o rok, może półtora. — Doktor Bogusław stuknął ołówkiem w blat, którym przed chwilą coś notował w karcie pacjentki. Po latach praktyki przywykł już do szoku, łez, histerii, a nawet oskarżeń. Każdy reagował inaczej na wiadomość o rychłej śmierci.
— Pomyślę… — To jedyne, co odpowiedziała kobieta, po czym wyszła.
Jeszcze niedawno Bożena nie miała większych problemów ze zdrowiem. Nawet przeziębienia zdarzały się rzadko. Gdy kilka miesięcy temu zauważyła, że coś jest nie tak, zgłosiła się do szpitala. Guz okazał się nieoperacyjny. Sześć, może osiem miesięcy — orzekł doktor Bogusław. Bożena nie rozpłakała się ani nie obwiniała nikogo, że choroba została wykryta za późno. Pomyślała tylko, jak mało to czasu. Nie dożyje nawet pięćdziesiątki.
— Piękny dziś dzień. — Głos wyrwał ją z ponurych myśli. Wyszła ze szpitala i usiadła na ławce, zamyślona, więc nie zauważyła, kiedy obok przysiadł starszy mężczyzna. Opierał się na lasce, starannie prostując plecy, i mrużył oczy, patrząc w słońce.
— Przepraszam, jeśli przerwałem. — Uśmiechnął się, widząc, że Bożena drgnęła z zaskoczenia.
— To nic. — Spróbowała odpowiedzieć uśmiechem. — Rzeczywiście, pogoda wspaniała.
— W moim wieku cieszę się nawet z deszczowych dni. Ale za takie słoneczne jestem szczególnie wdzięczny. Może to starość, ale chciałbym, żeby mój ostatni dzień był ciepły i jasny.
— Mówi pan o śmierci tak spokojnie. — Zdziwiła się Bożena.
— Mam 94 lata. — Rozśmiał się. — Poza tym, śmierć nie wybiera. Kto wie, kiedy po ciebie przyjdzie? Trzeba być na nią gotowym zawsze. Szkoda, że zrozumiałem to za późno. Gdybym wiedział wcześniej, nie odkładałbym tylu rzeczy na potem. Bo kto wie, czy to „potem” w ogóle nadejdzie?
— A pani, co by zrobiła, gdyby wiedziała, że jutro umrze? Chociaż… przepraszam, stary jestem, gadam bez ładu. Po prostu nie mam z kim porozmawiać. Współlokatorzy na oddziale to nudziarze — tylko narzekają i wzdychają. A po co tracić na to czas? Za głównym budynkiem jest hospicjum. Tam mieszkamy. I wiadomo, że wyjście stamtąd jest tylko jedno. Wolałbym rejs luksusowym statkiem niż tę ławkę i park.
— Ostatnia podróż. — Zaśmiał się cicho. — Pani spyta, dlaczego jeszcze tu jestem? To już inna sprawa. Nie mam pieniędzy. Rodzina oddała mnie tutaj, mieszkanie dawno przepisane na wnuka, nawet emeryturę teraz oni pobierają. Ale nie mam do nich żalu. Młodzi. Pewnie myślą, że im bardziej się przyda. Przepraszam znowu, rozgadałem się. — Spojrzał na nią nieśmiało.
— Nie, proszę mówić. — Bożena słuchała uważnie, marszcząc brwi.
I nagle uświadomiła sobie, że całe życie żyła nie tak, jak chciała. Pracy nie znosiła, ale płacili dobrze. Najpierw spłacała kredyt. Potem pomagała córce i zięciowi. Dlatego trwała. Męża też dawno nie kochała. Dziesięć lat temu odkryła, że ją zdradza. Z różnymi kobietami, regularnie.
Płakała z rozpaczy, ale przed rozwodem powstrzymywała ją myśl, że nikomu nie będzie potrzebna. Skoro nie jest interesująca nawet dla męża, który kiedyś klękał przed nią i prosił o rękę jak rycerz. A przecież uważała się za dobrą żonę. Czysto, wygodnie, obiad zawsze na stole, żadnych awantur. Córkę kochała, od urodzenia starała się dać jej wszystko, co najlepsze. Rozpieszczała. Nawet kosztem siebie. Teraz dzwoniła tylko wtedy, gdy trzeba było posiedzieć z wnuczkiem albo pożalić się, że zięciowi znowu nie wypłacili premii, a zbliża się zima/wiosna/lato, a porządnych butów/kurtki/płaszcza brakuje.
I Bożena współczuła, przesyłała pieniądze, odkładając zakupy dla siebie. Oprócz tego, w tajemnicy, oszczędzała „na czarną godzinę”, pamiętając trudne lata 90.
— Rozwodzę się. — Zaskoczyła męża, wracając do domu. — I dzielimy majątek. Możesz zatrzymać mieszkanie, jeśli wykupisz moją część. Mnie nie jest potrzebne. Mnie nie będzie. A tobie tu dobrze, znasz każde kąty. — Uśmiechnęła się, rozglądając po pokoju.
— Gdzie jedziesz? — To pierwsze, o co spytał, przetrawiając wiadomość.
— Podróżować. — Odpowiedziała krótko. — A rozwód można załatwić bez osobistego stawiennictwa. Pomyśl kilka dni, a ja tymczasem pojadę do Hanki na działkę. — Dodała, wyciągając walizkę.
— Nic nie rozumiem. — Powiedział, bo naprawdę nie rozumiał.
— Powinnam to zrobić dawniej. Oboje jeszcze zdążymy być szczęśliwi. — Rzuciła już w drzwiach.
W pracy złożyła wypowiedzenie, prosząc o natychmiastowe zwolnienie bez okresu wypowiedzenia. Zabrała oszczędności i zaczęła przeglądać oferty wycieczek.
— Mamo, odbierzesz dziś Krzysia? Jesteśmy zmęczeni, chcemy iść wieczorem do restauracji. — Tego samego dnia zadzwoniła córka.
— Nie. — Odpowiedziała krótko.
— Eee, dlaczego? — Córka nie była przyzwyczajona do takich odpowiedzi.
— Mam swoje sprawy.
— Nie możesz przełożyć? Rozumiesz, będzie cała ekipa, nie możemy nie iść. — Zaczęła jęczeć.
— Wynajmijcie nianię.
— Mamo, to drogie. — Oburzyła się.
— Na restaurację starczy, to i na nianię znajdziecie. — Bożena była nieugięta.
Córka mruknęła coś i rozłączyła się. Bożena westchnęła ciężko, ale uznała, że postąpiła słusznie.
Na działce u Hanki było spokojnie. Jesień była sucha i ciepła. Wieczorne powietrze pachniało jabłkami i kwiatami. Bożena siedziała długo w bujanym fotelu, podkurczywszy nogi. Myślała. Najpierw, że jest okropną egoistką, postępując tak z bliskimi. Potem znów przypomniała sobie staruszka z parku szpitalnego. Mówiła sobie, że całe życie żyła dla innych, zostało jej niewiele — czy nie może wreszcie żyć dla siebie? W końcu uznała, że postępuje słusznie, i uśmiechnęła się do siebie.
Mąż dzwonił, próbując wyjaśnić sytuację, ale bardziej z szoku i dla zasady. Bożena wiedziała, że i dla niego ich związek dawno się wypalił, więc trwała przy swoim. Po trzech dniach ustąpił i obiecał wypłacić jej należność w ciągu kilku miesięcy. Była zadowolona. Dwa dni później siedziała w restauracji nad morzem. Chętnych na złotą polską jesień było wielu. Patrzyła na spacerujących i wymyślała historie o ludziach przy stolikach.
— Dobry wieczór. Przepraszam, czy wolne? — Do stolika podszedł mężczyzna.
— Proszę bardzo. — Nie protestowała.
— W taki wieczór grzech siedzieć w pokoju. Chyba wszyscy tak uznali — wolnych stolików brak. — Roześmiał się przepraszająco.
— I słusznie. Bożena. — Przedstawiła się. Wcześniej by się zawstydziła. Teraz uznała, że wieczór jest zbyt piękny, by spędzać go w samotności.
— Stanisław. — Odpowiedział. — Jestem pisarzem, ale dziś słowa nie chcą płynąć. Cieszę się, że wyszedłem. — Dodał, dając do zrozumienia, że jej towarzystwo jest miłym dodatkiem.
— Ciekawe. O czym pan pisze?
— Historie o ludziach. Dla ludzi. — Rozłożył ręce.
— Znam kilka ciekawych. Na przykład ta para. — Wskazała na młodych ludzi przy sąsiednim stoliku. Trzymali się za ręce, szeptali, niemal dotykając czołami. — Wie pan, o czym rozmawiają? — I opowiedziała historię, którą przed chwilą wymyśliła. On — początkujący malarz bez grosza, ona — córka potentata, który oczywiście sprzeciwia się ich związkowi. Ale miłość zwyciężyła. Dziewczyna uciekła z ukochanym. To ich pierwszy wieczór wolności. Ona wierzy w jego talent, on przysięga, że dla niej zdobędzie nawet piekło, by namalować prawdziwe oblicze diabła.
— Znają się państwo? — Spytał Stanisław, spoglądając na parę.
— Nie. — Uśmiechnęła się. — Wymyśliłam to właśnie teraz. Myśli pan, że zostałabym pisarką?
— Fabuła dość schematyczna, ale wiecznie aktualna. Gdyby jednak ten malarz naprawdę namalował diabła, oszalał i zginął — byłoby ciekawiej. — Włączył się w zabawę. — A co pani powie o tamtej grupie? — Wskazał na stolik, przy którym siedzieli dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Troje żywo dyskutowało, czwarta osoba patrzyła w morze obojętnie.
— To oczywiste… — Bożena przymrużyła oczy i zaczęła snuć kolejną opowieść.
***
— Bożenka, no i jak? Podoba się? — Stanisław nerwowo spoglądał z niej na niewielki dom opleciony dzikim winem. — Ogród zaniedbany, ale da się naprawić. Co myślisz?
— Jest uroczy. — Przytaknęła, ale w jej głosie była nuta smutku.
— Coś nie tak? — Objął ją ramieniem.
— Wszystko w porządku. Zmęczona jestem tylko. — Przymusiła się do uśmiechu.
Minęły prawie dwa miesiące od tamtego wieczoru. Stanisław zakochał się w Bożenie od pierwszego wejrzenia, jak sam mówił, „po uszy”. Ona czuła to samo, ale bała się choroby, uciekającego czasu i tego, że nic mu nie powiedziała. Stanisław zaproponował, by zostali tu, nad morzem.
— Mnie pisać się da wszędzie, a ty będziesz moją muzą. — Wyobrażał sobie ich wspólne życie w tym domku.
— Świetny pomysł. Nauczę się pielęgnować ogród i piec twoje ulubione pierogi z dynią. — Pocałowała go w policzek. Odganiała myśli. *Niech będzie, co ma być. Nic nie powiem.*
Przeprowadzili się i byli szczęśliwi. Rankiem pili kawę przy oknie, wieczorami spacerowali brzegiem morza. Aby nie przeszkadzać Stanisławowi w pracy, Bożena zaczęła pomagać w fundacji charytatywnej. Lubiła to. Minął miesiąc, drugi, a ona wciąż czekała, aż choroba da o sobie znać. Tymczasem czuła się coraz lepiej. Dzwoniła do córki. Ta początkowo nie rozumiała jej decyzji, ale z czasem złagodniała. Nawet obiecała wysłać wnuka na wakacje.
Mąż wypłacił jej należność i mimochodem wspomniał, że planuje kolejny ślub. Bożena szczerze się ucieszyła.
— Bożena Michałówna? Mówi doktor Bogusław. — Obudził ją telefon następnego ranka.
— Słucham. — Odpowiedziała z napięciem.
— Strasznie mi przykro, ale popełniono błąd! — Głos lekarza drżał. — W laboratorium pomylono wyniki. To nie były pani badania.
— To co mi właściwie było? Przecież źle się czułam. — Zdziwiła się.
— Nic poważnego. Przemęczenie, stres. Bardzo przepraszam. — Brzmiał zawstydzony.
— A ja wcale nie. — Spojrzała na śpiącego Stanisława. — Dziękuję. — Odłożyła słuchawkę i poszła przygotować śniadanie. Była szczęśliwa.



