Czas na nowe życie — czyli jak Maja wyciągnęła mamę z prowincjonalnego bagienka do Warszawy i przeko…

Naprzeciw nowemu życiu

Mamo, ile razy mam powtarzać, że nie da się tu wytrzymać? My to nawet nie jesteśmy w prowincji, tylko w prowincji-prowincji znowu zaczęła swoje ulubione narzekanie Basia, wracając z kawiarni.

Basiu, milion razy ci mówiłam: tu jest nasz dom, tu są nasze korzenie. Ja nigdzie nie wyjadę.

Mama leżała na kanapie, podpierając zdrętwiałe nogi poduszką. Sama nazywała tę pozycję Lenin-akrobata.

Przestań już z tymi korzeniami. Mamo, jeszcze dziesięć lat i twoja natka zwiędnie, a potem przypałęta się kolejny chrabąszcz, którego znowu będziesz mi przedstawiać jako nowego tatę.

Po tych niewybrednych słowach mama się podniosła i podeszła do lustra w szafie.

Wcale nie zwiędłam, co ty tam bredzisz…

Mówię przecież, że na razie jest ok, ale za chwilę to już nie pietruszka, tylko burak czy dynia co tam wolisz.

Basiu, jak ci tak bardzo zależy, to ruszaj sama. Już dwa lata jesteś pełnoletnia według polskiego prawa. Po co ci ja?

Sumienie, mamo. Jak już się wyrwę do tej lepszej rzeczywistości, to kto tu da ci miskę zupy?

Polisa na życie, stała pensja, internet i jakiś chrabąszcz się znajdzie sama mówiłaś. Tobie łatwiej, jesteś młoda, ogarniasz świat, TikToka i nastolatki cię nie drażnią, a ja już prawie pakuję się do tej polskiej Valhalli.

Widzisz! Żartujesz jak moi znajomi, a masz dopiero czterdzieści…

I po co mi to wygłaszasz na głos? Chciałaś mi zepsuć dzień?

Jakby przeliczyć na kocie, to masz pięć, szybko poprawiła się Basia.

Daruję ci.

Mamo, póki nie jest za późno, wskoczmy do pociągu i uciekajmy. Tu nas już nic nie trzyma!

Niedawno wywalczyłam, że w rachunkach za gaz naszą nazwę piszą poprawnie, a poza tym mamy przypisaną przychodnię wyciągnęła ostatnie argumenty mama.

Przez NFZ przyjmą nas wszędzie, a mieszkania nie trzeba od razu sprzedawać. Najwyżej wrócimy będziemy miały gdzie. Szybko cię wprowadzę na salony i pokażę, jak tu się żyje.

Lekarz na USG mówił, że się mnie nie pozbędziesz. Myślałam, że żartował. Nic dziwnego, że zdobył potem brąz w tym polskim Mam Talent. Dobra, jedziemy, ale jeśli nie wypali, obiecaj, że bez dramatu pozwolisz mi wrócić do naszej dziury.

Słowo daje!

Tego samego mi twój tata obiecywał przed urzędem stanu cywilnego i wasz RH taki sam…

***

Basia z mamą nie zawracały sobie głowy jakimś tam Olsztynem czy Łomżą; od razu celowały w Warszawę. Wzięły oszczędności z trzech lat i na rozmach wynajęły kawalerkę na obrzeżach stolicy, wciśniętą między bazar a stację PKS. Z góry zapłaciły czynsz na cztery miesiące i jeszcze zanim zdążyły cokolwiek wydać, już im się kończyły pieniądze.

Basia była spokojna i pełna energii. Zamiast tracić czas na nudne rozpakowywanie kartonów i upiększanie mieszkania IKEA-style, od razu wkręciła się w miejskie życie to artystyczne, wieczorne i nocne. Oj, była swoją: w lot łapała kontakt z ludźmi, w mig odwiedziła każdą modną knajpę, zaczęła paplać i ubierać się jak typowa warszawianka, jakby nigdy nie mieszkała na końcu świata, tylko wykluła się tu z miejskiej mgły i snobizmu.

Tymczasem mama żyła od tabletki na uspokojenie rano do proszku nasennego wieczorem. Już pierwszego dnia, mimo namów córki na spacer, zaczęła gorączkowe przeszukiwanie Pracuj.pl. Oferty w stolicy wyglądały delikatnie mówiąc jak żart: wymagania z Marsa, pensje z podlaskiego. Po szybkim rachunku mama wywróżyła (bez pomocy wróżbity Macieja): pół roku maksimum i wracamy.

Nie przyjmując krytyki od postępowej latorośli, wybrała utarty szlak i zatrudniła się jako kucharka w niepublicznej szkole, a wieczorami zmywała naczynia w kawiarni pod domem.

Mamo, znowu przy garach całe dnie! Jakbyś nigdy z tej pipidówki nie wyjechała. Nie zobaczysz tak nigdy uroku miasta. Mogłabyś się przekwalifikować. Jakiś grafik, sommelier, ba nawet brow master. Jeździłabyś metrem, piła latte, przystosowałabyś się.

Basia, ja na razie nie mam głowy na naukę. Poradzę sobie, spokojnie ty się lepiej ogarnij w tej Warszawie.

Westchnąwszy nad brakiem progresu u mamy, Basia ogarniała się na swój sposób: parkowała się w kawiarniach, gdzie płacili za nią chłopcy z innych miast; ustawiała się mentalnie nawiązywała relacje duchowe z miastem, jak radziła jej jakaś blogerka-astrolog; ustawiała się towarzysko, gadując z ludźmi o sukcesie i kasie. Pracy nie szukała, w poważne związki nie wchodziła. Najpierw z miastem trzeba się dotrzeć.

Po czterech miesiącach mama płaciła już czynsz z własnych zarobków, rzuciła zmywak i gotowała teraz w dwóch szkołach. Basia w tym czasie rzuciła kilka kursów, była na castingu w radiu, grała statystkę w jakimś studenckim filmie, gdzie zapłacili jej makaronem z gulaszem, a przez moment imprezowała z dwoma muzykami z Bydgoszczy jeden to był osioł totalny, a drugi beznadziejny stały bywalec kawiarni, nie zamierzający dorosnąć.

***

Mamo, masz dziś ochotę gdzieś wyjść? Może zamówimy pizzę, obejrzymy film? Nic mi się niechce, padam ziewała Basia w pozycji Lenina-akrobaty, podczas gdy mama malowała się przed lustrem.

Zamów, ja ci przeleję na konto. Mi nie zostawiaj, raczej nie będę głodna jak wrócę.

Jak to: wrócisz skąd? córka usiadła, wpatrując się w matkę jak w TV bez pilota.

Zostałam zaproszona na kolację przyznała się mama i uśmiechnęła zawstydzona jak gimnazjalistka.

Przez kogo?! jakoś wcale Basię to nie ucieszyło.

U nas w szkole była kontrola. Nakarmiłam ich kotletami, co zawsze lubiłaś. Szef komisji poprosił, żeby poznać szefa kuchni. Roześmiałam się, bo dobry żart: szef kuchni w budzie. No i poszliśmy na kawę, tak jak radziłaś. A dziś ja idę do niego, poczęstować go domową kolacją.

Zwariowałaś?! Do obcego faceta, na kolację?!

I co z tego?

A nie pomyślałaś, że on raczej nie tylko na kolację cię zaprosił?

Basiu, mam czterdzieści lat, nie jestem zamężna. On ma czterdzieści pięć, jest przystojny, rozgarnięty, wolny. Cokolwiek od mnie chce miłe będzie.

Boże, brzmisz jak zdesperowana prowincjuszka. Jakbyś nie miała wyboru.

To ty mnie sama tu wytargałaś, żebym się życiem cieszyła!

Na takie racje trudno było oponować. Basi powoli świtało, że role się odwróciły i to już lekka przesada. Za przelane środki zamówiła największą pizzę i cały wieczór katowała się obżarstwem. Samo-umartwianie przerwała dopiero przed północą, kiedy mama wróciła, promieniując szczęściem nawet bez zapalania światła w przedpokoju.

No i? burknęła Basia.

Fajny chrabąszcz, taki nasz tutejszy, a nie żaden z Tomaszowa zachichotała mama i popędziła pod prysznic.

Mama coraz częściej umawiała się na randki: była w teatrze, na stand-upie, słuchała jazzu, zrobiła kartę biblioteczną, dołączyła do klubu herbacianego i zapisała się do przychodni. Po pół roku wzięła się za szkolenia, nagromadziła certyfikatów i zaskakiwała wyszukanymi potrawami.

Basia nie zostawała w tyle doszła do wniosku, że nie może się wiecznie kisić mamie na głowie i spróbowała się załapać do dużych korporacji. Ale cokolwiek próbowała, zawsze lądowała pod stołem. Gdy nie znalazła niczego sensownego, starzy znajomi znikli (nie płacili już za nią), więc została baristką, a po dwóch miesiącach zamieniła ekspres na szklanki i została nocną barmanką.

Szara rutyna wciągała w bagno, malowała siniaki pod oczami i wykradała czas. Z życiem uczuciowym też było kulawo w barze co prawda zalecali się niektórzy, ale do prawdziwej miłości było im dalej niż z Suwałk do Rzymu. Basia miała tego powyżej uszu.

Wiesz co, mamo, miałaś rację nie ma tu czego szukać. Przepraszam, że cię tu wciągnęłam. Trzeba się stąd zwijać ogłosiła z progu po kolejnej szalonej nocnej zmianie.

O czym ty mówisz? Gdzie się zwijać? spytała mama pakująca walizkę.

No jak to? Do domu! Do siebie! Gdzie nazwisko na rachunku się zgadza i przychodnia już załatwiona. Zawsze miałaś rację.

Ale ja tu już mam swoją przychodnię i nie zamierzam wyjeżdżać zatrzymała ją mama, zerkając w podkrążone oczy córki, próbując dociec, o co chodzi.

A ja nie! Ja chcę do domu! Tu nie pasuję metro idiotyczne, kawa droższa od karkówki, wszyscy nadęci w barze. Wracajmy. Tam są moje koleżanki, własny pokój, a tutaj mnie nic nie trzyma. Ty i tak się pakujesz!

Przenoszę się do Zenka, nagle wypaliła mama.

Ale jak to: do Zenka?

No, stwierdziłam, że jesteś na swoim, opłacasz sama mieszkanie. Basia, zrobiłam ci prezent! Dorosła, ładna, z pracą, w Warszawie na własnym. Tu ci możliwości z kranu lecą, powiedziała całkiem serio. Dzięki tobie. Bez ciebie gniłabym w naszym bagienku. A tutaj serio życie płynie wartko! Dziękuję! wycałowała córkę w oba policzki, ale Basia nie kwapiła się do radości.

Mamo, a co ja zrobię sama? Kto się mną zajmie?! łkała już bez ogródek Basia.

Polisa na życie, stała pensja, internet i może jakiś chrabąszcz? sparafrazowała mama własne teksty.

To rzucasz mnie?! Tak po prostu?!

Nie rzucam, tylko sama mi obiecałaś: bez awantur, pamiętasz?

Pamiętam… Daj klucze do domu.

Są w torebce. Ale mam jedną prośbę.

Jaką?

Babcia też się pakuje do przeprowadzki. Wszystko już ustalone przez telefon zajrzyj do niej, pomóż się spakować.

Babcia tutaj się przeprowadza?!

Tak. Też ją rozgrzałam twoim tekstem: lepsze życie, chrabąszcze i bagienko. Akurat na poczcie szukają operatora, babcia przecież czterdzieści lat pracowała w branży, każdy list nawet bez znaczka na Alaskę wyśle i zawsze dojdzie. Niech też zaryzykuje, póki natka nie zwiędła…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 + 5 =

Czas na nowe życie — czyli jak Maja wyciągnęła mamę z prowincjonalnego bagienka do Warszawy i przeko…