Cudze szczęście
Antonina grzebała właśnie w ogródku. W tym roku wiosna przyszła wcześniej, dopiero koniec marca, a już ani śladu po śniegu. Wiadomo, że jeszcze zimno wróci, ale jak przygrzało słońce, to aż chciało się wyjść na dwór, postawić do pionu przewrócony płot, naprawić drewutnię. Trzeba będzie kurki kupić, prosiaka też, do tego pieska i kotka. Starczy: nachodziła się, nabiegała! uśmiechnęła się do swoich myśli, wystarczy już tego. Marzyło jej się już przekopać warzywnik, zająć się grządkami, poczuć ten zapach ziemi, jak kiedyś, dawno, kiedy była dzieckiem. Zdjąć buty i boso pobiec po świeżo spulchnionej glebie, zanurzać się w niej aż po kostki.
Jeszcze pożyjemy powiedziała na głos, nie wiadomo do kogo.
Dzień dobry!
Antonina aż podskoczyła: przy furtce stała dziewczyna, nastolatka, dziecko jeszcze. Szara kurteczka Antonina znała takie, dawali w pobliskim technikum, buty lichutkie, rajstopy cienkie, cieliste. Trochę za wcześnie na takie nogi na wierzchu! pomyślała, młodziutka jeszcze, przeziębi się tylko, a buty jak z makulatury, byle co.
Nastolatka przesuwała się z nogi na nogę.
No cześć rzuciła sucho Antonina.
Przepraszam, czy mogę skorzystać z toalety?
A to ciekawe Idź, prosto, potem za róg.
Antonina obserwowała uciekającą dziewczynę z zaciekawieniem.
Dziękuję, uratowała mnie pani. Szukam mieszkania. Może ma pani na wynajem pokój?
A nie myślałam, ale po co ci?
Chciałam wynająć W akademiku nie chcę mieszkać piją tam, palą i chłopaki się kręcą
No? A ile zamierzasz płacić?
Sto złotych więcej nie mam.
Antonina aż gwizdnęła.
No wejdź już do domu, dawaj, dawaj.
Ojej, ja jeszcze do łazienki polecę
Leć
A jak się nazywasz? spytała, wpuszczając dziewczynę do sieni.
Zuzia wymiauknęła.
No dobrze, Zuzia, to powiedz, po co przyszłaś? Antonina patrzyła na nią uważnie.
Ja ja pokój
Nie kłam. Po co naprawdę tu jesteś?
Ojej, mogę znowu do łazienki?
O rety Co z tobą?
Nie wiem wydukała ze łzami nie mam już siły.
To leć.
Antonina pobiegła za nią.
Sikasz tyle? Albo grubsza sprawa?
Tylko siku, bardzo boli
Dobrze, zaraz pogadamy.
Dziewczyna milczała, zbierała się w sobie.
No, słucham. Jeśli przyszłaś coś ukraść, to u mnie nic nie ma. Kto cię przysłał?
Nikt, sama przyszłam. Pani pani jest Antonina Nowak?
Ja? No, tak
Nie poznałaś mnie Mamusiu? To ja, Zuzia Twoja córka.
Antonina siedziała prosto jak struna, na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień.
Zuzia zaszumiało w niej, córeczka Zuziulka
Mamo To ja W domu dziecka nie dawali mi twojego adresu! Wyobrażasz sobie, mamo? Mówili, że nie wolno. A ja uprosiłam panią w szkole, nauczycielkę, Małgorzatę Zdanowicz złota kobieta ona pomogła: zrobili zapytanie, poznali imię, nazwisko i potem adres i tak trafiłam
Łzy spływały Antoninie po policzkach.
Zuzia moja Zuzieńka
Mamusia, mamusiu! Jak długo szukałam! Pisałam, ale się śmiali, mówili, że mnie wyrzuciłaś A ja wierzyłam, mamusiu! Mocno wierzyłam.
Jakby nieśmiało otoczyła Zuzię ramionami surowymi, spracowanymi rękami i ściskała ją w grubej, domowej swetrze swoją dziewczynkę, swoją Zuzię. Siedziały tak przytulone, nic nie trzeba już było wyjaśniać.
Później już, przypominając sobie nauki babci, zaczęła krzątać się, grzała wodę, parzyła koper na nerki, parowała dziewczynkę, swoją Zuzię-ślicznotkę. Zuziulka, córeczka, sens życia.
Teraz już miała po co żyć, miał dla kogo. Los się ulitował, nie wszystko stracone Ziemniaki obsadzi, kurkę sprawi, coś się jeszcze oszczędzonego znajdzie. A myślała już, żeby to wszystko rzucić, a tu Zuźka się znalazła!
***
Mamusiu
No?
Mamusiu
No mów, słodziaku.
Zuziula wzięła pączka z talerza, mamusia upiekła, policzki już jej się zaokrągliły, Antonina wyposażyła dziewczynę jak lalkę, a i sama jakby młodsza.
Mamunciuuu!
No co znowu?
Mamo, zakochałam się!
Antonina aż westchnęła.
Tak? Kto taki?
Bartek. Taki fajny Chce cię poznać
Ja już nie wiem, córcia
A myślami już przy tym, że to te ostatnie beztroskie dni, dał los, to i zabierze
Mamuniu, co ci? Mamuniu
Nic, córeczko, nic Taka szybko wyrosłaś nie nacieszyłam się nawet, wybacz
Oj mama, daj spokój! My z Bartkiem wnuki ci damy Jak ja cię kocham Jak długo cię szukałam! Oj kocham, mamusiu, kocham!
Bartek spodobał się Antoninie. Wiejski chłopak, zaradny, pracowity, same zalety. Czasy były ciężkie: jedni głodowali, a drudzy psy lepiej karmili, niż ludzi. Ale Antonię, Zuzię i Bartka bieda się nie imała. Antonina szyła fabrykę zamknęli, za to w spółdzielni roboty i płaca dobra, a i córeczką i zięcia w firmówki przyodziała. Bartek nie próżnował płot postawił nowy, z bratem podmurówkę naprawili, stodołę dla prosiaka wybudowali, dom aż śpiewał, kiedy Zuzia w nim zamieszkała, mądra, piękna.
Serce Antoniny zmiękło, rozgrzało się. Chciało się żyć od nowa, za te wszystkie lata, za upokorzenia, które próbowała zapomnieć. Ale czasem w nocy wracały, tak że aż z jękiem musiała powstrzymywać łzy.
Mamo, co ci? Boli coś?
Nie, soleilko, śpij spokojnie.
Mamo, mogę z tobą?
Pewnie Antonina przesunęła się do ściany, zostawiając miejsce córeczce.
Moja maleńka, dziewczynka kochana, aż serce pęka od miłości. Tak, taka to jest matczyna miłość. Dzięki Ci, Boże.
Ślub był piękny, młodzi zostali z Antoniną w domu a ona rozkwitała jak róża. Nawet w pracy zauważyli: kiedyś surowa Antonina Nowak nie umiała powstrzymać uśmiechu, a policzki pałały jak mak. Wnuk, albo wnuczka! szepnęła kobietom na przerwie aj, jak się denerwuję!
Szczęśliwa ta jej córka, wzdychały koleżanki. Miłość matki pieściła ją jak nikt.
No i urodził się wnuk! Antoś! Na cześć mojej mamy, dziarskiej Antoniny! śmiała się rozpromieniona Antonina Ależ chłopczyk, aż strach!
Ja to nigdy dzieci na rękach nie trzymałam No może od Zuzieńki upłynęło tyle lat. Teraz trzymam serce wali jak młot, oto szczęście.
Cała głowa pełna Antosia najpiękniejszy, najmądrzejszy, babciny skarb, do babci się tuli.
Bartek dom powiększył, miejsce dla teściowej znalazł a jak! Nawet nie myśleli, jakby to było żyć bez mamy! Bartek z braćmi założyli firmę budowlaną, sklep ze sprzętem budowlanym otworzyli żyją spokojnie.
A tu kolejna wieść będzie dziewczynka. Dla wnuczki Marysi Antonina uszyła tyle sukienek, co żadna babcia! Dziecięcy śmiech roznosił się po domu od rana do nocy.
Wszystko było dobrze, tylko Antoninę coraz częściej paliło w piersiach.
Mamo, mamusiu kochana, czemuś nic nie mówiła, boli?
Nic mi, Zuziu, nic
*
Za późno, proszę wybaczyć, jesteśmy bezsilni powiedział lekarz.
Doktorze jak to, to przecież to moja mama
Rozumiem. Przykro mi.
***
Zuzieńko, moja kochana, czas mi już. Przepraszam cię, tyle już pożyłam. Już dawno mnie skreślili, a ty mnie uratowałaś wtedy, przyszłaś do mnie, moje serce
Mamuniu, nie mów tak!
Córeczko, muszę ci coś powiedzieć ciężko mi tylko nie przerywaj mi. Zuzia ja nie jestem twoją mamą Wybacz
Mamo! Nigdy, nikomu już nie powtarzaj! Jesteś moją mamą, nie chcę nawet słuchać, rozumiesz? Mamą moją, ukochaną mamusią!
Dobrze, córeczko W zeszycie tam wszystko. Przebacz, Zuziu. Kocham cię, dziecko
I ja ciebie, mamo mamo MAMO
***
Zuza, zjadłabyś coś
Bartku, zaraz idź już
Zuzia siedziała w pokoju mamy, przeglądała jej zeszyt. Tam była cała historia Antoniny szorstka, pełna bólu, ale też radosna.
Matka surowa, Antonina, ojciec nie wrócił z wojny. Antosia, Ania, Anusia kwiatuszek. Zakochała się w złodzieju taka była młoda. Przygoda, ryzyko, młodość pulsuje.
Uciekła z nim I tak się zaczęło Otchłań lat, potem nagle starość.
On zniknął w więzieniach, nie ma już nikogo na tym świecie. Dziecka nie było bo w śniegu przeziębiła się, kiedy z nim szykowali ucieczkę Głupota, młodość. Straciła wszystko.
Nic: ani dziecka, ani kotka, został dom po matce. Osiedliła się, powoli odmarzła. Lekarze kazali czekać albo, albo poszła do kościoła, poprosiła o przebaczenie ciężko.
I wtedy los ją zaskoczył nie mogła zaprzepaścić szansy. Choć trochę chciała być mamą, chociaż poczuć, jak to jest Zuzia, światełko życia. Antonina pisała o sobie w trzeciej osobie szczęście jak każdy, żyję, pracuję. Dziecko mam, duszę moją, serce. I choroba jakby minęła.
Wybacz mi, Boże, za prośby moje, daj pożyć, wnucząt popilnować, pomóc córeczce Najpierw się bała. Bała się, żeby prawda nie wyszła na jaw, że nie była jej matką, a tylko ktoś o tym samym nazwisku, coś poplątali. Potem przestała się bać, zaczęła żyć jak każdy.
Przepraszam cię, Zuziu, przepraszam, że ukradłam cię twojej prawdziwej mamie. Takie właśnie jest to moje cudze szczęście
Mamusiu! płacze Zuzia mamusiu kochana! Mam nadzieję, że mnie słyszysz! Wiedziałam, prawie od razu. Dowiedziałam się, że dane były nietrafione, Anna była Janiną. Znalazłam ją, z ciekawości. Ona sama mnie nie chciała, wyszła za mąż, przeszkadzałam jej, mamo Ma swoją rodzinę, nie miała dla mnie czasu Bała się że ktoś nas zobaczy Dawała mi pieniądze Uciekłam, mamo Pamiętasz, jak wtedy zachorowałam? Pamiętasz, gorączkę, mamusiu? Ty wtedy, kochana, dziękuję Bogu, że cię spotkałam. Tak długo cię szukałam. Ty jesteś moją mamą
Dobrze, że wtedy się pomylili Może to i nie pomyłka była, bo przecież ktoś tam na górze lepiej wie, kto do kogo trafić powinien.
Jak mam żyć bez ciebie, mamo
Zuzia, Zuźka.
Bartku, niech popłacze, matkę pochowała, daj jej czas
***
Babciu, a babcia Ania była miła?
Najlepsza, kochanie.
A piękna?
Najpiękniejsza, Aniu.
Kto ją tak nazwał?
Nie wiem, może dziadek, może babcia.
Twój dziadek albo babcia?
Tak, mój dziadek albo babcia.
A mnie nazwałaś tak na prababcię?
Tak, razem z tatą. Bardzo kochał swoją babcię.
A ona mnie widzi?
Oczywiście, widzi, patrzy i zawsze ci będzie pomagać.
Kocham cię, prababciu Aniu! mówi dziewczynka i kładzie na mogile wianek z mleczy.
I ja ciebie, kochanie szumi brzózka, i my ciebie dodaje wiatr.



