„A jeśli rodzice naprawdę się rozwiodą?” Ta przerażająca myśl ścisnęła Kubę w żołądku i miał ochotę płakać.
Trzech kolegów szło ze szkoły. Wiosenne słońce raziło ich prosto w oczy. Chłopcy przekomarzali się, popychając i śmiejąc. Zatrzymali się przed blokiem Marka.
— Przyjdziesz wieczorem na rowery? Wczoraj z Darkiem tak zajebiście jeździliśmy po parku.
Kuba się zasępił. Od dawna prosił ojca, żeby przyniósł rower z garażu, ale ten zawsze nie miał czasu. Albo wracał późno z pracy, gdy już było ciemno, albo obiecywał, że zrobi to w weekend, a potem zapominał albo wymyślał wymówki.
— No, przyjdziesz? — powtórzył Marek i trącił Kubę w ramię.
— Nie wiem. Rower jest w garażu. Jeśli tata wróci wcześniej…
— Sam go nie możesz wziąć? Dobra, będziemy o siódmej w parku, podjeżdżaj. — Marek wystawił dłoń, a chłopaki po kolei przybili mu piątkę.
Przy następnym bloku Kuba pożegnał się też z Darkiem. „Może jednak poszukać klucza do garażu? Tata trzyma tam samochód tylko zimą. Pewnie nie nosi klucza przy sobie” — pomyślał i ruszył szybko do domu. Mieszkał najdalej ze wszystkich.
W domu Kuba przebrał się i od razu zaczął szukać klucza. Ale w szufladzie komody, gdzie rodzice trzymali różne drobiazgi, klucza do garażu nie było. Poszukał jeszcze trochę, ale w końcu dał spokój i zabrał się za lekcje. Jak mama wróci, spyta ją o klucz. Ale jeśli nie odrobi zadań, raczej mu go nie da.
Kuba skończył lekcje w półtorej godziny. Nawet się zdziwił. Zwykle zajmowało mu to dwie, trzy godziny. W zamku zatrzeszczało. „Mama!” — ucieszył się i wybiegł do przedpokoju.
— Cześć — powiedziała zmęczona mama i przeszła z siatką do kuchni.
Kuba podążył za nią. Wyjmowała zakupy i wkładała je do lodówki.
— Dlaczego nie zjadłeś makaronu z kotletem? Znowu napychałeś się kanapkami i herbatą? Włóż do szafki — podała mu paczkę z kaszą gryczaną.
— Mamo, gdzie jest klucz do garażu?
— Po co ci?
— Chcę wziąć rower.
— Odrobiłeś lekcje? — Mama zatrzasnęła lodówkę i spojrzała na niego.
— Zrobiłem, możesz sprawdzić — odparł gotowy na kontrolę.
— Klucz… — mama rozglądała się po kuchni wzrokiem. — Nie pamiętam. Poczekaj na tatę, on na pewno wie, gdzie jest.
— A kiedy wróci? O północy? — Kuba warknął ze złością. — Chłopaki od dawna jeżdżą. Po co w ogóle znosiliście ten rower do garażu? Mogliście zostawić na balkonie. Tata wróci, i znowu będziecie się kłócić, a nie o mnie. Już mi się to znudziło — mruknął, zdając sobie sprawę, że dziś nie pojeździ.
Nastrój mu raptownie spadł. Odwrócił się i wyszedł do swojego pokoju, trzasnąwszy drzwiami.
Ostatnio tata często zostawał w pracy. Z mamą codziennie się kłócili, wrzeszczeli na siebie. Kuba za często słyszał słowo „rozwód”.
Nie mógł sobie wyobrazić, że rodzice się rozwiodą. No, tata rzadko interesował się jego życiem, od dawna nigdzie razem nie wychodzili. Raz wrócił do domu o czasie. Przy kolacji zapytał, jak Kubie idzie w szkole. Kuba zaczął opowiadać, ale szybko umilkł, widząc nieobecny wzrok ojca. Nie słuchał go, myślał o swoich sprawach.
Wtedy mama zaczęła, że tata olewa syna, że się nim nie zajmuje, a to przecież trudny wiek, kiedy przykład ojca jest ważny… Kuba wtedy zamknął się w pokoju, starając się nie słuchać. Ale jak nie słyszeć, gdy rodzice darli się na siebie?
U wszystkich kolegów były normalne rodziny. Marek z tatą często jeździli na ryby albo na mecze. Darek w ogóle rzadko wychodził na podwórko — ciągle gdzieś jeździli z rodzicami samochodem. Kuba westchnął.
Siedział na łóżku z nogami podwiniętymi, trzymał w rękach książkę, ale ani razu nie spojrzał na otwarte strony. Do pokoju weszła mama, usiadła na skraju łóżka, sięgnęła, żeby pogłaskać go po włosach. Kuba odsunął głowę, a mama cofnęła rękę.
— Znalazłam klucz do garażu. Jeśli odrobiłeś lekcje… — zaczęła przepraszająco.
— Odrobiłem, mówiłem — przerwał jej Kuba.
— Dobrze, to się ubieraj. Pójdziemy po rower razem.
Kuba trzepnął książką o łóżko, zerwał się i naciągnął bluzę przez głowę.
— Gotowy — powiedział radośnie.
— Tylko obiecaj, że nie będziecie wyjeżdżać na ulicę. Jeździcie po parku albo chodnikach — powiedziała mama, wstając.
Garaż był niedaleko, jakieś pięć minut od domu. Kuba z trudem otworzył zardzewiały zamek, pociągnął żelazne drzwi. Otworzyły się z metalicznym zgrzytem.
— Ile razy mówiłam, żeby nasmarował zawiasy — mruknęła mama, wchodząc do środka.
Kliknęła włącznik i pod niskim sufitem zapaliła się goła żarówka. Na półkach i w rogach stały pudła, leżały narzędzia i różne graty. W kącie stał stary kuchenny stół i dwa taborety. Garaż był jak składzik na niepotrzebne rzeczy, których szkoda wyrzucić.
Żelazo nagrzane słońcem oddawało ciepło. W środku było duszno, pachniało olejem i benzyną. Kuba od razu zobaczył rower, zawieszony wysoko na ścianie.
— Nie sięgniesz, weź taboret — powiedziała mama.
Kuba przystawił taboret do ściany i stanął na nim. Meble zatrzeszczały niebezpiecznie.
— Ostrożnie, przytrzymam cię — mama objęła jego nogi.
— Mamo, tak mnie nie utrzymasz. Lepiej przytrzymaj taboret, żeby się nie chwiał. — Kuba sam się zdziwił, że brzmi jak tata, z tą samą pobłażliwą nutą.
Podniósł rower, ale nie mógł go zdjąć z haka — był za ciężki.
— Może ja spróbuję? — zaproponowała mama.
— Ja sam — Kuba wspiął się na palce i mocno pchnął rower do góry. Taboret zachwiał się niebezpiecznie.
— Mamo, trzymaj! — krzyknął Kuba i o mało nieKuba spojrzał na rodziców, którzy teraz trzymali się za ręce i uśmiechali się do siebie, i poczuł, że może jednak wszystko będzie dobrze.



