Ciocia w odwiedzinach, żona płacze
Robert obudził się przez głośne dzwonienie do drzwi. Po drugiej stronie posłania jego żona, Zosia, przeciągała się jeszcze rozespana. Otarł delikatnie dłoń o jej ramię:
Kochanie, śpij dalej, ja otworzę. Wyszedł z sypialni, szurając kapciami, i mruknął sennie pod nosem: Kto to może być tak późno, w środku nocy?
Kiedy otworzył drzwi wejściowe, na wycieraczce stała jego ciotka Grażyna z olbrzymią, pstrokato haftowaną torbą. Tuż za nią dreptał jej mąż, Wujek Zenek, kołysząc się niecierpliwie z nogi na nogę.
Roberciku, ty mój złoty! wykrzyknęła ciotka. Cieszysz się, że mnie widzisz? No chodź tutaj, przytulisz Grażynkę chwyciła Roberta za rękę jakby miała zamiar go połknąć w tym uścisku.
Koniec ze spokojem w domu westchnął w myślach Robert, niosąc ciężką torbę ciotki przez korytarz ze zdobionymi kafelkami.
Reszta nocy upłynęła w przedziwnym zamieszaniu, jakby dom zmienił się w barwne targowisko snu. Ciotka Grażyna absolutnie odmówiła spania na kanapie, bo uznała, że przypomina jej szkolną ławkę z lat osiemdziesiątych. Potem oznajmiła, że woli, żeby Robert sam ją ułożył do snu.
Zosia przecierała oczy ze zdumienia. Minęła ledwie godzina od pojawienia się ciotki, a mieszkanie wyglądało tak, jakby przez nie przeszła fala powodziowa: poduszki na lampach, kapcie na stole, kuchenny zegar przekręcony o sto osiemdziesiąt stopni. W końcu wszyscy pokotem położyli się spać ciotka z wujkiem zajęli łóżko, a Robert z żoną rozłożyli się pod plecioną narzutą na kanapie.
Jak myślisz, długo tu zostaną? wyszeptała Zosia przy śniadaniu, układając na stole chleb z serem i szynką.
Nie wiem. Zapytać po pracy.
Cały poranek szumiało w uszach Zosi głośne chrapanie dochodzące z sypialni. Po chwili dodała:
Robert, boję się ich, wróć dzisiaj szybciej, błagam.
Zrobię co mogę odparł, wychodząc cicho z mieszkania.
Po powrocie z pracy Robert dostał oczopląsu: stół nakryto świątecznie jak na Wigilię. W kuchni ciotka już wołała:
Wchodź, kochany, świętujemy rodzinne spotkanie!
Zosia zaszokowana szepnęła do Roberta:
Jak dobrze, że wróciłeś…
Wszyscy usiedli przy stole z makówkami, barszczem i kompotem z suszu.
Ciociu Grażyno, długo już u nas jesteście? zagadnął Robert nieśmiało.
Wyrzucasz nas już? burknęła Grażyna do Zenka, oczyma przewracając do sufitu.
Nie, no skąd, możecie zostać jak długo chcecie! Robert nie rozumiał, na co ta aluzja.
My już z tobą, Roberciku, na zawsze mrugnęła ciotka. Sprzedaliśmy mieszkanie na Ochocie, rodzina to wy i nikt więcej. Nie wyrzucisz chyba własnej ciotki za próg? Ile nam jeszcze zostało, Roberciku, dasz radę z nami wytrzymać? Grażyna ostentacyjnie otarła łzę haftowaną chustką.
Szczęka Roberta opadła w osłupieniu, a Zosia rozpłakała się i wybiegła z pokoju.
Zapadła cisza, którą przerywało chrupanie sałaty przez Zenka.
Czemu milczysz? huknęła ciotka na wujka. Jeść to możesz, ale powiedzieć coś, to już ciężko.
Zgadzam się z tobą, Grażyno, kochana odparł Zenek półgębkiem, przeżuwając ogórek.
Ty jesteś fajtłapa! wydarła się Grażyna na Zenka. Zawsze ja decyduję, a on tylko przytakuje. Co to za chłop! zwróciła się do Roberta. Szczęśliwy jesteś, Roberciku?
Może tu zostać ile lat zechcesz, ciociu powiedział Robert, słysząc żonę płaczącą w korytarzu.
Z rezygnacją sięgnął po widelec. Wujostwo jedli jak hipnotyzowani, rozlegało się mlaskanie, które zaginało czasoprzestrzeń w kuchni.
Gdy ciotka skończyła ucztę, odchyliła się teatralnie na krześle i ozwała się:
Do syta. Roberciku, teraz się przyznam robiłam sobie z ciebie żarty. Jesteśmy tu tylko trzy dni, bo do szpitala musimy, badania i tyle. Ale od razu poznałam, żeś dobry chłopak: byłeś wystraszony, lecz trzymałeś fason. Pamiętaj o rodzinie. Po mojej śmierci mieszkanie w Kołobrzegu twoje nie mamy dzieci, ty jedyny dziedzic.
Robert nigdy nie poczuł takiej ulgi i zaśmiał się, lekko rozproszony:
Ciociu, niech cię żywot omija sto lat!
Przez te dni wizyty Zosia zmieniła się w łkającą dziewczynkę, załamującą ręce nad każdą czynnością: zupa za słona, kotlety twarde jak gwoździe, pranie źle rozwieszone, podłoga źle umyta.
Gdy wyjeżdżali, Grażyna nachyliła się do ucha Roberta:
Jak mogłeś poślubić taką płaczliwą istotę? W ciąży ona, czy jak? Cały czas wylewa łzy.
Gdy drzwi zatrzasnęły się za rodziną, Zosia zaczęła tańczyć walca triumfalnego po salonie:
Może już nie wrócą? powiedziała z nadzieją w głosie.
Nie wiem, ale mam wrażenie, że cioci się u nas spodobało!
Dłużej tego nie zniosę! jęknęła Zosia dramatycznie.
Nagle ktoś zaczął natarczywie dzwonić.
Chwila, znowu? podskoczył Robert. Ach, to tylko budzik!
Zaśmiał się, bo czekał go wspaniały dzień.



