Ciepło obcej duszy: historia w wiejskiej chacie
Kacper postawił ciężkie wiadra z wodą na ławce w sieni u babci Bronisławy i już miał wychodzić, ale staruszka mocno złapała go za rękaw, milcząco wskazując na dom. Posłusznie wszedł za nią i usiadł na szerokiej ławie przy drzwiach, czekając, co powie.
Bronisława, nie mówiąc ani słowa, wyjęła z pieca żeliwny garnek, spojrzała na stary zegar ścienny, jakby przypominając, że pora obiadu, i nalała do głębokiej misy aromatyczny żur na zakwasie. Dodała do niego kawał słoniny, cebulę i pajdę razowego chleba z chrupiącą skórką. Po chwili zastanowienia postawiła na stole butelkę bimbru. Jej zgarbione plecy, owinięte wełnianą chustą, wydawały się kruche, ale w filcowych butach poruszała się pewnie, mimo gorąca w izbie.
Kacper, ściszając głos, odezwał się:
— Żur zjem z przyjemnością, ale pić — daruj, babciu. Przysiągłem sobie, że ani kropelki więcej do ust nie wezmę. Całowałem ikonę, obiecałem księdzu. Po tamtym razie, jak się upiłem i Zosię o zazdrość przyprawiłem, w świetlicy taki raban zrobiłem — sam nie wiem, jak do aresztu nie trafiłem. Za połamane krzesła musiałem słono zapłacić. Mama powiedziała, że plecy ciebie bolą, więc przyszedłem wodę przynieść. Teraz zjem, drzewa narąbię, a może jakąś inną robotę znajdziesz. Mama, jak tylko zobaczy, że przy telewizorze siedzę, od razu wymyśla mi zajęcie, jakby z powietrza je brała.
Kacper zaśmiał się z własnego żartu, ale zaraz zakrztusił się żurem. Bronisława, nie tracąc czasu, zaczęła bić go po plecach swoimi małymi piąstkami, jakby gwoździe wbijała. Chłopak, odkasławszy, znów zabrał się za żur ze słoniną i cebulą, a potem, przebiegle mrużąc oczy, zapytał:
— Babciu, a jak ty śpisz? Plecy prostujesz, czy jak łuk leżysz?
Bronisława spojrzała na niego swymi jasnymi, błękitnymi oczami, w których mignął uśmiech, i machnęła ręką, jakby odganiając pytanie.
— A ja widzę, że w młodości byłaś pięknością! — ciągnął Kacper, kiwając na starą fotografię na ścianie. — Włosy gęste, brwi jak dwie tęcze nad czołem, a oczy — niby gwiazdy w nocy. Moja Zosia też piękność nie lada! No to słuchaj, zaraz ci jej zalety wyliczę, a ty palce zaginać będziesz. Tylko boję się, że palców zabraknie: urodziwa, postawna, skromna, dobra, pracowita, schludna, oszczędna, śpiewa jak słowik, tańczy — aż oczy bolą, nie skąpa, nie zamężna, nie pije, nie pali, po cudzych podwórkach się nie wałęsa. No i co, babciu, palce się skończyły?
Kacper dostrzegł, jak oczy Bronisławy rozbłysły śmiechem. Jej pierś drżała, ale głosu nie było — tylko ciepło w spojrzeniu.
— Jakie masz oczy, babciu, jasne, żywe, jakby młodsze od ciebie! — zachwycił się. — Zosię znasz?
Bronisława rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby mówiąc: „Któż was, młodych, rozgryzie, jacy jesteście?”.
— No pewnie, że my nie tacy, jak wyście byli — ciągnął Kacper. — Wy rodziców słuchaliście, baliście się sprzeciwić. A my? Jak tylko coś nie po naszej myśli — zaraz buzia na klucz i prosto w wir. My na wszystko swoje zdanie mamy. Mój ojciec, zanim coś zrobi, zawsze mnie pyta o radę. A mama w ogóle uważa, że to ja rządzę. Bracia po miastach się rozjechali, ja najmłodszy, póki się nie ożenię, z rodzicami mieszkam. Ale chcę wesele zrobić, dzieciaków narobić. Zosia u mnie — no, rewelacja! Ja przecież weterynarz jestem, naukowo powiem: zdrowa jak ryba, urodzi, ile tylko zechce. No to jak, palce na pewno się skończyły?
Kacper najadł się porządnie, od piecowego żaru rozmarzył się. Mimo bólu w plecach, u Bronisławy w izbie było czysto jak w muzeum. Szczególnie rzucało się w oczy ogromne łóżko z pierzyną, górami poduszek i koronkową kapą. Kacper z rozmarzeniem westchnął:
— Żebym ja takie łóżko na pierwszą noc po ślubie miał! Choć może i nie — na takiej pierzynie bym się ugotował jak jajko na twardo i o wszystkim bym zapomniał.
Zaśmiał się i dodał:
— Zosia niedługo studia skończy, wróci do wsi, i wesele zrobimy. Ona na felczera się uczy. Wyobraź sobie, jak fajnie: ja bydło leczę, ona — ludzi. Chociaż mama czasem ojca bydlakiem nazywa. Ale co tam, my wszyscy czasem nie lepsi od bydła. Słyszałaś, jak Jasiek motocykl u Adama ukradł i w stawie utopił? No nie bydlak? A Piotrek na stodole palił, chałupę by spalił. Też niezły!
Ale najgorszy to ten Marek. Chodził z Kasią, oszukał ją, zaszła w ciążę, a on z miasta narzeczoną przywiózł. Kasia mało nie oszalała, myśleli, że ręce na siebie nałoży. A wczoraj idzie, uśmiechnięta, brzuch do przodu, mówi, że chłopiec będzie, Bóg dał na szczęście. A ja myślę: jak ten Marek będzie koło jej domu chodził, wiedząc, że tam jego syn rośnie? Ale ja Zosi nigdy nie zostawię! Patrzę na nią — i tak bym ją przytulił, żeby we mnie się rozpłynęła, żebyśmy jednością się stali. Ale ona dziewczyna surowa, przed ślubem — ani rusz. Ten ślub to granica, i ciągnąć ją przez nią nie będę. Felczer z niej będzie pierwszego sortu, twoje plecy w mig naprawi. Zastrzyki robi — komar bolej gryzie. A ja czasem myślę: jak nam PGR dom przydzieli, będę za tobą, babciu, tęsknił. Mieszkać będziemy nie blisko. Ale nic, zawsze przyjdę, pomogę, pogadam. A masz coś jeszcze smacznego?
Bronisława zręcznie złapała pogrzebacz i wyciągnęła z pieca garnek z kaszą gryczaną i mięsem. Zapach tak uderzył w nozdrza, że Kacper aż nosem pokręcił. Chwycił łyżkę i jak dziecko zaczął stukać nią w stółBronisława uśmiechnęła się szeroko, pokazując brakujące zęby, i sięgnęła po słoik z domowymi konfiturami, bo wiedziała, że Kacper nie odmówi słodkości.



