Ciepło duszy: opowieść z wiejskiego domu

Ciepło obcej duszy: opowieść w wiejskim domu

Marek postawił ciężkie wiadra z wodą na ławce w sieni u babci Pelagii i już miał wyjść, ale staruszka złapała go mocno za rękaw, milcząco wskazując na dom. Posłusznie wszedł za nią i przysiadł na szerokiej ławce przy drzwiach, czekając, aż coś powie.

Pelagia, nie mówiąc ani słowa, wyjęła z pieca żeliwny garnek, spojrzała na stary zegar wiszący na ścianie, jakby przypominając, że pora obiadu, i nalała do głębokiej miski aromatyczny żurek. Dodała kawałek wędzonki, cebulę i pajdę razowego chleba z chrupiącą skórką. Po chwili namysłu postawiła na stole butelkę bimbru. Jej zgarbione plecy, owinięte wełnianym szalem, wydawały się kruche, ale w filcowych kapciach poruszała się pewnie, mimo gorąca w izbie.

Marek, ściszając głos, zaczął:

— Żurek to ja zjem z ochotą, ale pić— daj spokój. Przysiągłem, babciu Pelagio, że ani kropli więcej do ust nie wezmę. Całowałem obrazek, obiecałem księdzu. Po tamtym razie, jak się upiłem i zacząłem zazdrościć Krysi, narobiłem awantury w świetlicy— sam nie wiem, jak nie wylądowałem za kratkami. Za połamane krzesła musiałem wyłożyć sporą sumę. Matka mówiła, że boli cię plecy, więc przyszedłem wodę przynieść. Teraz zjem, drzewa narąbię, a może jeszcze coś znajdziesz do roboty. Mama, jak tylko zobaczy, że przysiadłem do telewizora, zaraz wymyśla zajęcie, jakby z powietrza je wyciągała.

Marek parsknął śmiechem, ale zaraz zakrztusił się żurkiem. Pelagia, nie tracąc rezonu, zaczęła kułakować go po plecach swymi małymi piąstkami, jakby gwoździe wbijała. Chłopak, odkasławszy, wrócił do wędzonki z cebulą, a potem, przebiegle mrużąc oko, zapytał:

— Babciu, a jak ty śpisz? Wyprostowana czy w kabłąk?

Pelagia spojrzała na niego swymi jasnymi, błękitnymi oczami, w których mignął uśmiech, i machnęła ręką, jakby odganiając pytanie.

— Ale w młodości musiałaś być piękna! — ciągnął Marek, wskazując na starą fotografię na ścianie. — Gęste włosy, brwi jak tęcze nad czołem, a oczy— jak gwiazdy w nocy. Moja Krysia też krasa pierwsza! Chcesz, wyliczę ci jej zalety, a ty palce zginaj. Tyle że pewnie nie starczy: piękna, zgrabna, skromna, dobra, pracowita, schludna, oszczędna, śpiewa jak słowik, tańczy— aż oczy bolą, nie chciwa, nie zamężna, nie pije, nie pali, po cudzych podwórkach nie lata. No i co, babciu, palce się skończyły?

Marek zauważył, jak oczy Pelagii zabłysły śmiechem. Jej pierś zadrżała, ale głosu nie było— tylko to ciepło w spojrzeniu.

— Masz takie oczy, babciu, jasne, żywe, jakby nie twoich lat! — zachwycił się. — Krysię znasz?

Pelagia rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby mówiła: „Któż was tam rozgryzie, czy dobrzy jesteście, czy nie”.

— No pewnie, że nie tacy, jak wyście byli — ciągnął Marek. — Wy rodziców słuchaliście, baliście się sprzeciwić. A my? Ledwo co nie po naszej myśli— od razu grymasy i prosto w sam środek burzy. Mamy swoje zdanie na wszystko. Mój ojciec, zanim coś zrobi, zawsze ze mną radzi. A mama to w ogóle uważa mnie za głowę domu. Bracia po miastach się rozjechali, ja najmłodszy, póki się nie ożenię, z rodzicami mieszkam. Ale chcę wesele zrobić, dzieci nakręcić. Krysia u mnie— no, rewelacja! Ja weterynarz jestem, naukowo powiem: zdrowa, urodzi tyle, ile zechce. No to jak, palce na pewno się skończyły?

Marek najadł się solidnie, od pieca rozebrało go na dobre. Mimo bólu w plecach, w chacie Pelagii było czysto jak w muzeum. Najbardziej rzucało się w oczy ogromne łóżko z puchem pod pierzyną, górami poduszek i koronkowym kapą. Marek z rozmarzeniem westchnął:

— Żebym ja taką pierzynę na pierwszą noc miał! Chociaż może i lepiej nie— na takim puchu bym się ugotował jak jajko na twardo i o wszystkim bym zapomniał.

Roześmiał się i dodał:

— Krysia niedługo skończy naukę, wróci na wieś, i pohulamy na weselu. Uczy się na felczerkę. Wyobraź sobie, jak fajnie: ja bydło leczę, ona— ludzi. Chociaż mama czasem ojca bydlęciem nazywa. Ale co tam, czasem i my niewiele lepsi. Słyszałaś, jak Jurek motocykl Wojtka ukradł i w stawie utopił? No nie bydlę? A Piotrek na stodole palił, mało chałupy nie spalił. Też niezły okaz!

Ale najgorszy to Darek. Chodził z Olą, oszukał ją, zaszła w ciążę, a on z miasta narzeczoną przywiózł. Ola mało nie oszalała, myśleli, że sobie coś zrobi. A wczoraj idzie, uśmiechnięta, brzuch do przodu, mówi, że chłopak będzie, Bóg dał na szczęście. A ja myślę: jak ten Darek będzie koło jej domu chodził, wiedząc, że tam jego syn rośnie? Ale ja Krysi nigdy nie zostawię! Patrzę na nią— i tak bym ją objął, żeby we mnie się rozpuściła, żebyśmy stali się jednym. Ale ona taka surowa, do ślubu— ani rusz. Ten ślub jak granica, a ja jej przez nią ciągnąć nie będę. Felczer z niej będzie znakomity, twoje plecy w mig wyprostuje. Zastrzyki daje— komar bolej kąsa. A ja czasem myślę: jak nam spółdzielnia dom da, to będę za tobą, babciu, tęsknił. Mieszkać przecież nie obok. Ale nic, zawsze przyjdę pomóc, pogadać. Co tam jeszcze masz smacznego?

Pelagia zręcznie złapałPelagia szybko chwyciła pogrzebacz i wyciągnęła z pieca garnek z kaszą gryczaną i mięsem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć + 11 =

Ciepło duszy: opowieść z wiejskiego domu