**Cienie przeszłości: dramatyczna prawda w wiosce Lipówka**
Marcin rozchorował się. Przyjechał do babci do wioski Lipówka, gdzie powietrze było przesiąknięte zapachem ziół i wspomnieniami dzieciństwa. Leżąc na starej kołdrze, smutno spojrzał na babcię Zofię Stanisławównę.
— Dobrze, że cię mam, babciu — szepnął cicho. — Jestem sam na tym świecie. Może nikomu nie jestem potrzebny?
— Co ty wygadujesz, Marcin?! Oszalałeś?! — wykrzyknęła babcia, klasnąwszy w dłonie. — Taki przystojny mężczyzna i niepotrzebny? Każda samotna kobieta uznałaby cię za dar losu! Leż, nie wstawaj, a ja pójdę do sąsiadki po lipowy miód…
Zofia Stanisławówna pokiwała głową i wyszła. Marcin zamknął oczy, pogrążając się w niespokojnym śnie. Nagle drzwi zaskrzypiały, a lekkie kroki przerwały ciszę.
— Babciu, to ty? — Marcin otworzył oczy i gwałtownie usiadł na łóżku, nie wierząc własnym oczom.
Marcin spieszył się do babci do Lipówki. Ostatnie lata wziął na siebie wszystkie troski o nią. Rodzice byli zajęci: ojciec wciąż pracował w hucie, a matka godzinami spędzała czas w swoim ogródku, pielęgnując kwiaty i warzywa. Do babci zaglądała najwyżej raz w miesiącu.
— Ja jestem najbardziej wolny — uśmiechał się Marcin. — Rodziny jeszcze nie założyłem, choć trzydzieści siedem już stuknęło. A wy ciągle w podróżach albo z remontami się bronicie.
— Babcia cię uwielbia — odpowiadała matka. — Wie, że przywieziesz zakupy, pomożesz w gospodarstwie i spędzisz z nią weekend.
— Tak, kocham ją — wspominał z ciepłem Marcin. — W dzieciństwie każde lato tu biegałem, a potem służba, praca, zarobki… Czas spłacać długi.
— Długi długami, ale kiedy się ożenisz? — nie dawała za wygraną matka. — Czas, Marcin, żebyś dzieci miał, bo zostaniesz sam.
Marcin jechał drogą polną, w bagażniku kołysały się torby z zakupami. Myśli wracały do młodości, kiedy w sąsiedniej wiosce Wierzbowo zakochał się w dziewczynie — prostej, lecz tak bliskiej. Kinga była cicha, o wyrazistych oczach, które zdradzały jej uczucia. Ich letnie spotkania były pełne namiętności i czułości.
— Szkoda, że to się skończyło — westchnął Marcin. — Poszedłem do wojska, a ona, jak się okazało, miała kogoś innego — tego, który wrócił z zarobków i urządził jej scenę na całą wieś. Ech, Kinga…
Na poboczu zauważył dziewczynę, która łapała stopa. Marcin zahamował.
— Do Wierzbowo podwieziecie? — zapytała, odgarniając ciemną grzywkę.
— Wsiadaj — skinął głową.
W drodze Marcin zerkał ukradkiem na pasażerkę. Coś w jej rysach wydało mu się znajome, niemal swojskie.
— Mieszkasz tu, czy przyjechałaś w gości? — zainteresował się.
— Wracam do domu — odparła dziewczyna. — Zdałam egzaminy w szkole pielęgniarskiej, teraz będę odpoczywać. Choć jakie tam lato na wsi — sama praca. Ale w domu dobrze, mama czeka.
Uśmiechnęła się, a Marcin zdrętwiał — ten uśmiech był identyczny jak u Kingi!
— A ty nie jesteś przypadkiem córką Kingi? — ostrożnie zapytał.
— Jestem Agnieszka Kowal — odpowiedziała. — Mama z domu Kinga Wiśniewska.
— A, no tak — Marcin poczuł, jak serce mu zabiło mocniej— Właśnie o twoją mamę pytałem — powiedział, zauważając na jej policzku pieprzyk — taki sam jak jego.



