Cień podejrzeń na letnim horyzoncie

**Cień podejrzeń na horyzoncie działki**

Siedząc w swoim przytulnym domu na obrzeżach Łodzi, Wanda przeglądała stary notes, szukając numeru swojej sąsiadki z działki, Danuty. W końcu znalazła upragnione cyfry i wybrała numer. „Danuś, dzień dobry, kochanie! – zaczęła ciepło. – To Wanda, twoja sąsiadka z osiedla. Chciałam zapytać, jak uprawiasz rzodkiewkę? U ciebie zawsze taka soczysta, a u mnie jakoś nie wychodzi”. – „Nic skomplikowanego – odparła Danuta z lekkim zmęczeniem w głosie. – Moczę nasiona na dzień czy dwa, potem sieję. Przyjadę niedługo – będę sadzić. Na razie jestem w mieście”. – „W mieście?! – Wanda aż podskoczyła, a jej głos zadrżał. – To z kim twój Witold przyjechał na działkę?”. Danuta zastygła, oddech stał się ciężki. Nie mówiąc ani słowa, rozłączyła się, zamówiła taksówkę i pognała na osiedle. Wchodząc do domu, oniemiała na widok, który ujrzała.

Danuta była wściekła. Twarz miała rozpaloną, a oczy ciskały błyskawice. Gdyby jej mąż Witold, który według niej był teraz w pracy, zobaczył ją w tej chwili, nie poznałby swojej czułej Danuśki, która rano, żegnając go, delikatnie poprawiła mu kołnierzyk i pocałowała w policzek. Ale Witold tego nie widział. Był w znakomitym nastroju, wyczekując piątkowego wieczoru: pachnące kotlety z purée, które Danusia przygotowała tak wyśmienicie, domowe kiszone ogórki i pomidory z grządki, a z lodówki – kieliszek chłodnej wódeczki, bo przecież jutro sobota i pracy nie ma. Nawet nie podejrzewał, jaka burza zbierała się nad jego głową.

A wszystko zaczęło się od telefonu Wandy, sąsiadki z działki. Wanda, emerytka, mieszkała w przestronnym mieszkaniu z córką, zięciem i wnukami. Ale gdy tylko nadchodziła wiosna, przewożono ją na działkę, gdzie zostawała aż do późnej jesieni. Rodzina odwiedzała ją tylko w weekendy, by upiec kiełbaski, a w tygodniu Wanda nudziła się sama, zabijając czas przed telewizorem. Dlatego każda plotka z osiedla budziła w niej gorące zainteresowanie.

Tego ranka, około dziesiątej, Wanda wyszła na ganek, rozejrzała się i nagle zauważyła, jak brama sąsiedniej działki się otworzyła, a na podwórko wjechał samochód. Wanda nie znała się na markach, ale była pewna: to auto Witolda, męża Danuty. Jednak zamiast zaparkować przy bramie, pojazd przejechał dalej i zniknął za gęstymi krzakami malin. „Aha – pomyślała Wanda, mrużąc oczy. – Nie chce, żeby go widziano. Co za spryciarz z tego Witolda!”.

Odwróciła ją telefon od przyjaciółki i nie zauważyła, jak z samochodu wysiedli dwójka – mężczyzna i kobieta, których Wanda natychmiast ochrzciła w myślach mianem „kochanki”. Wróciła na ganek i kontynuowała obserwację. Po pół godzinie jej cierpliwość została nagrodzona: z domu wyszła młoda kobieta w jaskrawoczerwonym dresie. Rozkładając ręce, wykrzyknęła: „Miałeś rację, tu jest cudownie! Powietrze takie czyste i ciepło!”. Na pewno nie była to Danuta – nieznajoma, może dwudziestoparoletnia, szczupła brunetka z długimi włosami. „No proszę, Witold! – zdumiała się Wanda. – On ma prawie pięćdziesiątkę, a taką laskę sobie znalazł!”. Kobietę zawołał męski głos, po czym zniknęła w domu.

Wanda, nie tracąc czasu, chwyciła notes i wybrała numer Danuty. „Danuś, dzień dobry, kochanie! – zaczęła z udawaną swobodą. – To Wanda, z działki. Chciałam spytać o rzodkiewkę – jak ją sadzisz? U ciebie zawsze świetna”. – „Nic specjalnego – odpowiedziała Danuta. – Moczę nasiona, potem sieję. W maju przyjadę – zacznę. Na razie jestem w mieście”. – „W mieście? – Wanda zrobiła dramatyczną pauzę. – To z kim Witold przyjechał na działkę?” – „Kiedy przyjechał?” – głos Danuty zadrżał. – „Jakieś półtorej godziny temu. I samochód schował za malinami – z ganku widać tylko dach”. – „Dobra, Wanda, na razie” – rzuciła Danuta i rozłączyła się.

Zastygła, czując, jak krew pulsuje w skroniach. Wybrała numer męża i spytała: „Witek, gdzie jesteś?” – „W pracy, a co?” – odparł beztrosko. – „Tak tylko, o której wrócisz? Nie spóźnisz się?” – „Jak zwykle, może nawet wcześniej – piątek przecież” – odparł wesoło Witold. Danuta ścisnęła telefon tak, że zbielały jej kostki. „No, zobaczymy, jaki to piątek” – pomyślała i zamówiła taksówkę.

Droga na osiedle zajęła niecałą godzinę – sezon jeszcze się nie zaczął, więc korków nie było. Zapłaciwszy kierowcy, Danuta zdecydowanie podeszła do domu. Samochód Witolda faktycznie stał za krzakami malin, lśniąc białym nadwoziem. Serce Danuty waliło jak młot. Cicho weszła na ganek, ostrożnie otworzyła drzwi i przekroczyła próg. Na kuchennym stole stały talerze z wędliną i serem, kiszone ogórki, pomidory i otwarte pudełko czekoladek. Obok – rozpoczęta butelka szampana i dwa kieliszki. „Widzę, Witek postanowił na apetyt zapracować – pomyślała z goryczą. – No, teraz ja mu urządzę kotlety!”.

Wpadła do sypialni i zamarła. Pod kołdrą majaczyły dwa kształty. Rozległ się stłumiony okrzyk, a Danuta szarpnęła kołdrę, ale ta była mocno przytrzymywana. „Danuta, co ty wyprawiasz?!” – rozległ się znajomy głos. Przed nią, zmieszany, sDanuta zobaczyła przed sobą swojego siostrzeńca, Krzysztofa, który wytrzeszczył oczy, a obok niego siedziała młoda dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziała.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 + 19 =

Cień podejrzeń na letnim horyzoncie