Cień podejrzeń na działkowym horyzoncie
Walentyna, siedząc w swoim przytulnym domu na przedmieściach Łodzi, przeglądała stary notes w poszukiwaniu numeru sąsiadki z działki, Anny. W końcu znalazła upragnione cyfry i wybrała numer. *„Aniu, cześć, kochanie!* – zaczęła ciepło Walentyna. *To Wala, twoja sąsiadka z osiedla działkowego. Chciałam zapytać, jak ty uprawiasz rzodkiewkę? Twoja zawsze taka soczysta, a u mnie jakoś nie wychodzi”.* *„Nic skomplikowanego* – odpowiedziała Anna z lekkim zmęczeniem w głosie. *„Moczę nasiona na dzień-dwa, potem sieję. Przyjadę za kilka dni – będę sadzić. Na razie jestem w mieście”.* *„W mieście?!* – wykrzyknęła Walentyna, a jej głos zadrżał ze zdziwienia. *„A z kim w takim razie twój Witold przyjechał na działkę?”* Anna zastygła, jej oddech stał się ciężki. Nie mówiąc ani słowa, rozłączyła się, wezwała taksówkę i pognała na działkę. Wchodząc do domu, oniemiała na widok, który ujrzała.
Anna Maria była wściekła. Jej twarz płonęła, a oczy ciskały błyskawice. Gdyby jej mąż Witold, którego w tym momencie uważała za przebywającego w pracy, zobaczył ją teraz, nie poznałby swojej czułej Ani, która rano, żegnając go, nie poprawiła mu kołnierzyka koszuli i nie pocałowała w policzek. Ale Witold niczego nie widział. Był w doskonałym nastroju, wyczekując piątkowego wieczoru: pachnące kotlety schabowe z ziemniaczanym puree, które Anna przyrządzała tak wyśmienicie, domowe kiszone ogórki i pomidory z grządki, a z lodówki – zimne piwo, bo jutro sobota i nie trzeba iść do pracy. Witold nawet nie podejrzewał, jaka burza zbiera się nad jego głową.
A wszystko zaczęło się od tego telefonu Walentyny, sąsiadki z działki. Walentyna, emerytka, mieszkała w przestronnym mieszkaniu z córką, zięciem i wnukami. Ale gdy tylko nadchodziła wiosna, przewożono ją na działkę, gdzie spędzała czas aż do późnej jesieni. Rodzina zaglądała tylko w weekendy, żeby upiec kiełbaski, a w tygodniu Walentyna nudziła się sama, wypełniając czas telewizją. Dlatego każda wzmianka o wydarzeniu na osiedlu budziła w niej palące zainteresowanie.
Tego ranka, około dziesiątej, Walentyna wyszła na ganek swojego domu, rozejrzała się po okolicy i nagle zauważyła, jak brama sąsiedniej działki się otworzyła, a na podwórze wjechał samochód. Walentyna nie znała się na markach aut, ale była pewna: to wóz Witolda, męża Anny. Jednak zamiast zaparkować przy bramie, auto przejechało dalej i zniknęło za gęstymi krzakami malin. *„Aha* – pomyślała Walentyna, mrużąc oczy. *„Nie chce, żeby go zauważyli. Co za spryciarz z tego Witolda!”*
Została oderwana dźwiękiem telefonu od przyjaciółki i nie zauważyła, jak z samochodu wysiedli dwoje – mężczyzna i kobieta, których Walentyna natychmiast ochrzciła w myślach mianem *„kochanki”*. Wróciwszy na ganek, kontynuowała obserwację. Po pół godziny jej cierpliwość została nagrodzona: z domu wyszła młoda kobieta w jaskrawozielonym dresie. Rozkładając szeroko ręce, wykrzyknęła: *„Miałeś rację, tu jest niesamowicie! Powietrze takie czyste, i tak ciepło!”* To z pewnością nie była Anna – nieznajoma około dwudziestu siedmiu lat, szczupła brunetka z długimi włosami. *„No proszę, Witold!* – westchnęła w duchu Walentyna. *„Ma prawie pięćdziesiątkę, a jaką laskę sobie znalazł!”* Kobietę zawołał męski głos i zniknęła w domu.
Walentyna, nie tracąc czasu, złapała notes i wybrała numer Anny. *„Aniu, cześć, kochanie!* – zaczęła z udawaną beztroską. *„To Wala, z działki. Chciałam zapytać o rzodkiewkę – jak ty ją sadzisz? U ciebie zawsze pierwsza klasa”.* *„Nic specjalnego* – odparła Anna. *„Moczę nasiona, potem sieję. W maju przyjadę – zacznę. Na razie jestem w mieście”.* *„W mieście?* – Walentyna zrobiła dramatyczną pauzę. *„A z kim w takim razie Witold przyjechał na działkę?”* *„Kiedy przyjechał?”* – głos Anny zadrżał. *„Jakieś półtorej godziny temu. I schował auto za malinami – z ganku widzę tylko dach”.* *„Dobrze, Walu, na razie”* – rzuciła Anna i rozłączyła się.
Zastygła, czując, jak krew uderza jej do skroni. Wybierając numer męża, spytała: *„Witek, gdzie jesteś?”* *„W pracy, a co?”* – odparł beztrosko. *„Tylko chciałam wiedzieć, o której będziesz. Nie spóźnisz się?”* *„Jak zwykle, może nawet wcześniej – piątek przecież”* – odpowiedział wesoło Witold. Anna ścisnęła telefon tak mocno, że zbielały jej kostki. *„No to zobaczymy, jaki to będzie piątek”* – pomyślała i wezwała taksówkę.
Droga na działkowe osiedle zajęła niecałą godzinę – sezon jeszcze się nie zaczął, więc korków nie było. Zapłaciwszy kierowcy, Anna zdecydowanie podeszła do domu. Auto Witolda faktycznie stało za krzakami malin, błyskając białym lakierem. Serce Anny waliło jak młot. Cicho weszła na ganek, ostrożnie otworzyła drzwi i przekroczyła próg. Na kuchennym stole stały talerze z wędliną i serem, kiszone ogórki, pomidory i otwarte pudełko czekoladek. Obok – rozpoczęta butelka wina i dwa kieliszki. *„No tak, Witek postanowił sobie przed kolacją zaostrzyć apetyt* – pomyślała z goryczą. *„Ale ja mu teraz pokażę, co to znaczy kotlety!”*
Wpadła do sypialni i zamarła. Pod kołdrą majaczyły dwa kształty. Rozległo się stłumione *„Ojej!”,* a Anna szarpnęła kołdrę, ale ktoś mocno ją trzymał. *„Anna, co ty robisz?!”* – rozległ się znajomy głos. Przed nią, zdezorientowany, siedział… bratanek Witolda, Bartek, a obok niego młoda dziewczyna, której Anna nigdy wcześniej nie widziała. *„Ciociu Aniu, skąd ty się tu wzięłaś?!”* – wybełkotał BartekBartek szybko się podniósł, czerwony jak burak, i wyjaśnił: *„Wujek Witek dał mi klucze, bo chciałem pokazać Kasi naszą działkę”.*



