Cień Cygana na białym śniegu
Mroźne, krystaliczne powietrze stycznia zdawało się na zawsze wchłonąć zapach palących się świeczek z bożonarodzeniowej choinki i gorzki posmak niespowitych łez matki. Ostatnie dni w mieście przemknęły jak bolesne, rozmyte kadry. Alicja tak teraz nazywała się dziewczynka nawet nie zdążyła pójść na szkolny karnawał. Mama, przez łzy i drżącymi rękami, jeszcze doszywała jej kostium Pani Złotej Góry, ozdabiając zieloną sukienkę szklanymi koralikami, które błyszczały jak prawdziwe szmaragdy. Ale święto się nie wydarzyło. Zamiast niego był tylko niekończący się, kołyszący pociąg, zaśnieżone pola za oknem, przypominające olbrzymią pikowaną kołdrę, i lodowaty ścisk pod sercem.
Tata Po prostu przestał istnieć. Nie fizycznie, nie. Po prostu się rozpuścił, wyparował z ich życia, jakby go nigdy nie było. A potem przyszła babcia, jego matka, z twarzą ostrą i tward



