Cicha kobieta powiedziała głośno
Stanisław Kazimierz! Ile można to znosić?! Drugi raz w tym tygodniu zalewasz moje mieszkanie! krzyczała sąsiadka z dołu, wymachując mokrą szmatą tuż przed nosem Elżbiety Wojciechowskiej.
Już się przeprosiłem! Kaloryfer mi przecieka, hydraulika wezwałem! tłumaczył się mężczyzna, stojąc w drzwiach w samych kalesonach i podkoszulku.
Przeprosił! A co ja mam zrobić z sufitem? Tapetę świeżo przykleiłam! Wy tam w ogóle niczym się nie interesujecie?
Elżbieta stała za plecami męża, zaciskając pięści. Sąsiadka Bronisława Janowska miała rację, ale Stanisław, jak zwykle, nie chciał słuchać. Kaloryfer faktycznie przeciekał od miesiąca, a on ciągle odkładał naprawę.
No czego się drzesz jak przekupka na bazarze! nie wytrzymał Stanisław. Naprawię, przecież mówiłem!
Kiedy naprawisz? Jak mi całe mieszkanie zaleje? Bronisława Janowska była wściekła, jej siwe włosy potargane, policzki płonęły.
Elżbieta cicho podeszła do męża, dotknęła jego ramienia.
Stasiu, może jutro rano znajdę hydraulika, dobrego. Mam numer jednego fachowca szepnęła.
Zostaw! Sam się tym zajmę! odburknął mąż, nawet się nie odwracając.
Bronisława Janowska spojrzała na Elżbietę ze współczuciem. Kobiety znały się od ośmiu lat, od kiedy Wojciechowscy wprowadzili się do tego mieszkania, ale przez cały ten czas sąsiadka nigdy nie słyszała, żeby Elżbieta Wojciechowska podniosła głos. Zawsze cicha, zawsze uległa, zawsze przepraszająca za męża.
Dobrze, Elżbieto Wojciechowska, wiem, że to nie twoja wina. Ale zróbcie już coś! Bronisława Janowska odwróciła się i poszła w stronę klatki schodowej.
Stanisław trzasnął drzwiami i poszedł do kuchni, gdzie na kuchence stał rosół. Elżbieta szła za nim, jak zawsze, w milczeniu.
Czego się tak mierzwisz? burknął mąż, siadając przy stole. Nalej mi rosołu.
Elżbieta wzięła chochlę, ale ręce jej drżały. Krople żółtego rosołu spadły na czysty obrus, który rano prasowała.
Niezdaro! mruknął Stanisław. Normalnie nalać nie potrafisz!
Przepraszam szepnęła Elżbieta i szybko wytrzeła plamę serwetką.
Przy obiedzie mąż opowiadał o pracy, narzekał na szefa, na kolegów, na wszystkich po kolei. Elżbieta kiwała głową, od czasu do czasu wtrącając: Tak, oczywiście albo Masz rację. Tak było zawsze, przez dwadzieścia trzy lata ich małżeństwa.
Po obiedzie Stanisław położył się na kanapie oglądać mecz, a Elżbieta poszła zmywać naczynia. Przez kuchenne okno widać było, jak sąsiadka wiesza pranie na balkonie. Bronisława Janowska zauważyła jej spojrzenie i pomachała ręką. Elżbieta nieśmiało odpowiedziała tym samym.
Wieczorem, kiedy mąż zasnął przed telewizorem, Elżbieta cicho się ubrała i zeszła do sąsiadki. Bronisława Janowska otworzyła drzwi w szlafroku, z kubkiem herbaty w ręce.
Elżbieto Wojciechowska! Proszę, proszę! Herbaty się napijesz?
Dziękuję, nie trzeba. Na chwilę tylko. Chciałam zobaczyć, jak u was z sufitem.
W łazience rzeczywiście było kiepsko. Na suficie rozlewała się duża żółta plama, a w rogu już zaczynała odklejać się taśma od tapety.
Okropne! westchnęła Elżbieta. Bronisławo Janowska, przepraszamy, proszę! Jutro sama znajdę fachowca, sama zapłacę!
Ależ, Elżbieto Wojciechowska! Nie chodzi o pieniądze. Po prostu mam już dość. Widzisz przecież, jaki twój mąż ma charakter Zawsze wszystkich obwinia, a sam niczego nie chce załatwić.
Elżbieta spuściła wzrok. Sąsiadka miała rację, ale nie potrafiła tego głośno przyznać.
On się męczy w pracy, stresuje cicho tłumaczyła.
Elżbieto, a jak ty żyjesz? nagle zapytała Bronisława Janowska. Znam cię tyle lat i nigdy nie widziałam, żebyś się uśmiechała. Zawsze taka smutna chodzisz.
Normalnie żyję. Co ty Elżbieta zmieszała się od tego bezpośredniego pytania.
Macie dzieci?
Nie. Jakoś nie wyszło.
A chcieliście?
Elżbieta długo milczała, w końcu skinęła głową.
Chciałam. Bardzo chciałam. Ale Stanisław mówił, że jeszcze za wcześnie, potem że nie ma pieniędzy, potem że nie jest gotowy. A teraz już za późno.
Bronisława Janowska postawiła kubek na stole, podeszła do Elżbiety.
A czego ty chcesz? Nie Stanisław, a ty osobiście?
Nie wiem szczerze odpowiedziała Elżbieta. Już nawet nie pamiętam, czego chcę. Tak długo myślałam tylko o tym, czego on potrzebuje
Elżbieto Wojciechowska, przecież jesteś piękną kobietą. I wcale nie starą, czterdzieści pięć lat to nie wiek! Dlaczego tak się umniejszasz?
Elżbieta spojrzała na swoje odbicie w lustrze w przedpokoju. Rzeczywiście, twarz jeszcze nie stara, oczy pełne życia, figura szczupła. Ale wyraz twarzy zmęczony, jakby wygaszony.
Nie umniejszam. Po prostu tak wyszło. Nie umiem głośno mówić, kłócić się. Mama mówiła, że dobra żona powinna być posłuszna mężowi.
A twoja mama była szczęśliwa?
Elżbieta zamyśliła się. Mama zawsze cicha, zawsze w cieniu ojca. Tata rozkazywał, decydował, a mama kiwała głową. Ale szczęśliwej jej nie pamiętała.
Chyba nie cicho przyznała.
No widzisz. A ty powtarzasz jej drogę.
Kiedy Elżbieta wróciła do domu, w mieszkaniu było cicho. Stanisław chrapał na kanapie, w pokoju śmierdziało alkoholem widocznie po jej wyjściu sięgnął po wódkę. W kuchni w zlewie stały brudne talerze, na stole leżały okruchy.
Zaczęła sprzątać machinalnie, ale nagle się zatrzymała. Spojrzała na śpiącego męża, na bałagan, który zrobił w pół godziny jej nieobecności. Coś w niej drgnęło,


