**Dziennik, 15 maja**
Cicha kobieta powiedziała głośno
Henryk Kowalski! Ile można wytrzymać?! Drugi raz w tym tygodniu zalewasz mi mieszkanie! krzyczała sąsiadka z dołu, wymachując mokrą szmatą tuż przed nosem Elżbiety Nowak.
Przeprosiłem już! Kaloryfer przecieka, hydraulika wezwałem! tłumaczył się mężczyzna, stojąc w drzwiach w samych bokserkach i podkoszulku.
Przeprosiłeś! A co ja mam zrobić z sufitem? Tapety świeżo przykleiłam! Wy tam w ogóle na nic nie zwracacie uwagi?
Elżbieta stała za plecami męża, zaciskając pięści. Sąsiadka, Wanda Szymańska, miała rację, ale Henryk, jak zwykle, nie chciał słuchać. Kaloryfer faktycznie przeciekał od miesiąca, a on ciągle odkładał naprawę.
No przestań wrzeszczeć jak przekupka na targu! nie wytrzymał Henryk. Naprawię, mówiłem przecież!
Kiedy? Jak już całe mieszkanie mi zaleje? Wanda Szymańska była wściekła, jej siwe włosy rozczochrały się, a policzki płonęły.
Elżbieta delikatnie dotknęła ramienia męża.
Heniu, może jutro rano znajdę hydraulika? Znam dobrego fachowca szepnęła.
Zostaw! Sam się tym zajmę! odburknął, nawet się nie odwracając.
Wanda spojrzała na Elżbietę ze współczuciem. Znały się od ośmiu lat, od kiedy Nowakowie wprowadzili się do tego bloku, ale przez cały ten czas sąsiadka nigdy nie słyszała, by Elżbieta podniosła głos. Zawsze cicha, zawsze ustępliwa, zawsze przepraszająca za męża.
Dobrze, Elżbieto, wiem, że to nie twoja wina. Ale zróbcie coś w końcu! Wanda odwróciła się i poszła w stronę klatki schodowej.
Henryk trzasnął drzwiami i poszedł do kuchni, gdzie na kuchence stał barszcz. Elżbieta podążyła za nim, jak zawsze, w milczeniu.
Co tak nachmurzona? warknął, siadając przy stole. Nalej barszczu.
Elżbieta wzięła chochlę, ale ręce jej drżały. Krople czerwonego barszczu spadły na czysty obrus, który rano prasowała.
Niezdara! mruknął Henryk. Normalnie nalać nie potrafisz!
Przepraszam szepnęła i szybko wycierała plamę serwetką.
Przy obiedzie mąż opowiadał o pracy, narzekał na szefa, na kolegów, na wszystkich po kolei. Elżbieta kiwała głową, czasem wtrącając: Tak, oczywiście albo Masz rację. Tak było od dwudziestu trzech lat ich małżeństwa.
Po obiedzie Henryk rozłożył się na kanapie przed telewizorem, a Elżbieta poszła zmywać naczynia. Przez okno kuchenne widziała, jak sąsiadka wiesza pranie na balkonie. Wanda dostrzegła jej spojrzenie i pomachała ręką. Elżbieta nieśmiało odpowiedziała gestem.
Wieczorem, gdy mąż zasnął przed telewizorem, Elżbieta cicho się ubrała i zeszła do sąsiadki. Wanda otworzyła drzwi w szlafroku, z kubkiem herbaty w dłoni.
Elżbieto! Wejdź, wejdź! Herbaty się napijesz?
Dziękuję, nie trzeba. Tylko na chwilę. Chciałam zobaczyć, jak tam u ciebie z sufitem.
W łazience sytuacja była przygnębiająca. Na suficie rozlewała się duża żółta plama, a w rogu tapeta już zaczynała odchodzić.
Ojej! westchnęła Elżbieta. Wandziu, wybacz nam! Jutro sama zapłacę za remont!
Ależ Elżbieto, nie w pieniądzach rzecz! Po prostu mam już dość. Widzisz, jaki twój mąż ma charakter Zawsze innych obwinia, a sam nic nie chce załatwić.
Elżbieta spuściła wzrok. Sąsiadka miała rację, ale głośno się do tego nie przyzna.
On się męczy w pracy, stresuje cicho tłumaczyła.
Elżbieto, a ty jak żyjesz? niespodziewanie spytała Wanda. Znam cię tyle lat i nigdy nie widziałam, żebyś się uśmiechała. Zawsze taka smutna chodzisz.
Normalnie żyję. Co ty Elżbieta zmieszała się z powodu bezpośredniego pytania.
Dzieci macie?
Nie. Jakoś nie wyszło.
A chcieliście?
Elżbieta długo milczała, w końcu skinęła.
Chciałam. Bardzo. Ale Henryk mówił, że jeszcze za wcześnie, potem że nie ma pieniędzy, potem że nie jest gotowy. A teraz już za późno.
Wanda odstawiła kubek, podeszła bliżej.
A czego ty chcesz? Nie Henryk, tylko ty.
Nie wiem odpowiedziała szczerze. Już nawet nie pamiętam, czego chcę. Tak długo myślałam tylko o tym, czego on potrzebuje
Elżbieto, przecież jesteś piękną kobietą. I wcale nie starą czterdzieści pięć lat to nie wiek! Dlaczego się tak umniejszasz?
Elżbieta spojrzała na swoje odzwierciedlenie w lustrze. Rzeczywiście, twarz jeszcze nie stara, oczy pełne życia, figura zgrabna. Ale wyraz twarzy zmęczony, jakby wygaszony.
Nie umniejszam. Po prostu tak wyszło. Nie umiem krzyczeć, kłócić się. Mama mówiła, że dobra żona powinna być posłuszna mężowi.
A twoja mama była szczęśliwa?
Elżbieta zamyśliła się. Mama zawsze cicha, zawsze w cieniu ojca. Tata decydował, a mama kiwała głową. Ale szczęśliwej jej nie pamiętała.
Chyba nie przyznała cicho.
No widzisz. A ty powtarzasz jej drogę.
Gdy Elżbieta wróciła do domu, w mieszkaniu było cicho. Henryk chrapał na kanapie, w powietrzu czuć było wódkę pewnie po jej wyjściu sięgnął po butelkę. W zlewie stały brudne talerze, na stole leżały okruchy.
Zaczeła sprzątać odruchowo, ale nagle się zatrzymała. Spojrzała na śpiącego męża, na bałagan, który zrobił w pół godziny. Coś w niej zadrżało, jak napięta struna.
Rano Henryk obudził się z kacem, wściekły i rozdrażniony.
Gdzie śniadanie? burknął, wchodząc do kuchni.
Zrób sobie sam odparła Elżbieta, nie odrywając wzroku od kubka z kawą.
Co?
Zrób sobie sam. Nie jestem twoją służącą.
Henryk wytrzeszczył oczy. Przez dw


