Kasia, przysięgam, jeśli ten pan Zbigniew jeszcze raz zastuka w sufit, pozwę go za nękanie! Krzysztof, stojąc w przedpokoju, wściekle ścierał ślady psich łap z podłogi. Jego głos drżał z gniewu, a koszulka była mokra od potu, mimo chłodnego wieczoru. Reks, winowajczo merdając ogonem, żuł gumową kaczuszkę przy drzwiach.
Krzysztof, ciszej, dzieci śpią Kasia, siedząc na kanapie z drutami do robótek, zmęczona przetarła skronie. Jej druty zamarły w ruchu, a na kolanach leżała niedokończona dziecięca czapka. I nie od razu do sądu, to przesada. On po prostu… czepia się. Porozmawiam z nim, spróbuję wytłumaczyć.
Wytłumaczyć? Krzysztof cisnął ścierkę do wiadra, jego oczy błysnęły. Wczoraj w klatce schodowej wrzeszczał, że Reks śmierdzi i niszczy jego kwiaty! Kasia, nasz pies nawet nie podchodzi do rabatek!
Wiem, wiem Kasia odłożyła robótkę, jej głos był łagodny, ale napięty. Ale to sąsiad, Krzysztof. Jeśli zaczniemy wojnę, nie zaznamy spokoju. Upiekę ciasto, spróbuję go udobruchać.
Krzysztof prychnął, patrząc na Reksa, który upuścił kaczuszkę i teraz lizał podłogę.
Ciasto? pokiwał głową. Dobrze, próbuj. Ale jeśli jeszcze raz napisze skargę do administracji, nie ręczę za siebie.
Kasia i Krzysztof, młode małżeństwo z dwójką dzieci ośmioletnim Bartkiem i sześcioletnią Zosią mieszkali w tym bloku już pięć lat. Gdy wzięli Reksa, marzyli o radosnych spacerach i dziecięcym śmiechu, ale pedantyczny sąsiad z góry, pan Zbigniew, wypowiedział szczeniakowi wojnę. Teraz ich klatka schodowa stała się areną sąsiedzkich sporów, a ich dom pachniał nie tylko psą sierścią, ale i pretensjami.
—
Wszystko zaczęło się tydzień po pojawieniu się Reksa. Kasia, wracając z porannego spaceru, zauważyła, że pelargonie w donicach przy wejściu, które pan Zbigniew podlewał z maniakalną dokładnością, były podeptane. Pomyślała, że to dzieci z podwórka, ale wieczorem zapukano do drzwi. Na progu stał pan Zbigniew szczupły, w wyprasowanej koszuli, z notesem i długopisem jak detektyw na służbie.
Katarzyno, to twój pies zniszczył moje pelargonie? jego głos był suchy, a okulary połyskiwały w przyćmionym świetle lampy. Hodowałem je trzy lata,



