Zdawało mi się, że wcale się nie rozstaliśmy…
Każdego dnia Ewa wracała do domu z nadzieją, że Bartek wróci. Wiedziała, że nie ma kluczy – zostawił je, gdy odchodził. A jednak wciąż wierzyła, że otworzy drzwi i zobaczy jego trampki w przedpokoju. Tym razem cudu nie było.
Żyli razem dwa lata. Wypełnił pustkę po śmierci matki. I po co w ogóle zaczęła tę rozmowę… Od początku nie było między nimi namiętności. Po prostu było im dobrze. Ale Bartek nie mówił o przyszłości, o ich przyszłości.
— A co dalej? — spytała Ewa pewnego wieczoru.
— Chodzi ci o pieczątkę w dowodzie? Co ona zmieni?
— Dla kobiety to ważne. Jeśli dla ciebie nie, może się rozstaniemy? — powiedziała półżartem, chcąc go sprowokować.
— No to się rozstaniemy — odparł nagle i wyszedł.
Minął tydzień. Żyła sama. I czekała. Zadzwonić? Poprosić, żeby wrócił? Ale jeśli mężczyzna odchodzi tak łatwo, to znaczy, że nigdy nie kochał.
Pojawił się w jej życiu akurat wtedy, gdy została zupełnie sama. Dwa lata temu kierowca busu dostał zawału, stracił panowanie nad pojazdem i wjechał w przystanek. Matka i jeszcze jedna kobieta zginęły na miejscu, reszta miała więcej szczęścia. Kierowca zmarł w szpitalu, gdy dowiedział się, że przez niego zginęli ludzie. Rozległy zawał.
Wieczorem mówili o tym w każdych wiadomościach. Po pogrzebie Ewa chodziła jak we śnie. O mało nie wpadła pod samochód Bartka. Zdażył zahamować, wysiadł i zaczął na nią krzyczeć, aż w końcu zobaczył jej twarz i zamilkł. Zawiózł ją do domu i został.
Był od niej młodszy o trzy lata. Niby niewiele, ale Ewie wydawało się, że dzieli ich dekada. On nie planował, żył dniem dzisiejszym, unikał rozmów o dzieciach. „Jakie dzieci? Zdążymy. Ewka, czy źle nam we dwoje?” — śmiał się Bartek.
A ona marzyła o normalnej rodzinie, dzieciach, wspólnym wybieraniu wózka i śpioszków. On nie znosił takich rozmów.
W domu celowo nie wyjmowała telefonu z torebki, żeby nie sprawdzać go co minutę. Ledwo powstrzymywała się od zadzwonienia. Każdego ranka, szykując się do pracy, z zapartym tchem sprawdzała wiadomości. Bartek nie pisał.
Kolejny pusty, samotny wieczór. W telewizji leciał jakiś film. Ewa myślała o swoim, nie widząc, co dzieje się na ekranie. Dlatego nie od razu usłyszała stłumioną melodię dobiegającą z przedpokoju. Długo grzebała w torebce, przeszkadzał portfel, grzebień, kobiece drobiazgi. W końcu wyjęła telefon, ale to nie Bartek dzwonił. Odebrała, myśląc, że może rozładował mu się telefon albo miał wypadek…
— Ewa? — spytał starszy, kobiecy głos.
I od razu przestało ją obchodzić, kto dzwoni i czemu.
— To sąsiadka twojej ciotki Zosi. Zofia zmarła dziś rano.
Jaka ciotka Zosia? Jaka sąsiadka? O czym w ogóle mówi ta kobieta? Nagle w głowie błysnęło wspomnienie z dzieciństwa. Niska, krągła kobieta przypominająca Kopciuszka. Zasłaniała usta dłonią, gdy się uśmiechała. Nie miała przednich zębów – mąż wybił je w pijanym widzie. Pachniała piecem i pierogami.
Ewa nie mogła doczekać się lata, żeby pojechać do ciotki Zosi. Ale matka powiedziała, że już tam nie pojadą. Nie pamiętała już dlaczego. Potem zapomniała też o samej ciotce.
— Słyszysz mnie? — spytał obcy głos.
— Tak. A z czego zmarła?
— Lekarz powiedział, że oderwał się zakrzep. Szpital w powiecie, nie ma tu takich lekarzy jak w mieście. Mogliby ją zostawić w domu, ale upał… Przyjedziesz?
— Kiedy pogrzeb? — spytała Ewa.
Nie zamierzała nigdzie jechać.
— Pojutrze, trzeciego dnia, jak trzeba. Jeśli nie możesz, powiedz, przełożymy…
— Nie trzeba, przyjadę. Powiedzcie, jak dojechać, już nie pamiętam — przyznała się z trudem.
— Oczywiście — ucieszyła się kobieta. — Skąd możesz pamiętać? Wieś Zalesie. Autobusem dwie godziny, samochodem szybciej.
— Autobusem — odparła Ewa, przypominając sobie, że Bartka i jego samochodu już nie ma.
— Bilety bierz do wsi Borki, autobus u nas nie staje, trzeba iść pieszo. Może odebrać cię?
— Nie trzeba.
— Przyjeżdżaj. Poza tobą nie ma już nikogo…
„Nie pojadę. Po co? Ledwo pamiętam ciotkę Zosię. Skąd ta sąsiadka w ogóle wzięła mój numer?” — Ewa otworzyła szafę. Wzrok padł na sukienkę, w której chowała matkę. „Mamo… Ty byś pojechała.”
Wyjęła długą granatową spódnicę w drobne białe kwiatki i czarną bluzkę. Reszta ubrań była zbyt kolorowa na pogrzeb. Spakowała je do torby.
Rano poszła do pracy i wzięła trzy dni urlopu bezpłatnego. Jak należało.
— Jeśli będzie trzeba więcej, dzwoń — powiedziała szefowa ze współczuciem.
Wróciła do domu, spakowała rzeczy i pojechała na dworzec. Autobus już odjechał, na następny czekała dwie godziny. Wracać nie miała po co. Zabijała czas w kawiarni i sklepach przy dworcu. Kupiła cukierki, ciastka, wino. Nie pojawi się przecież z pustymi rękami. Na stypie się przyda.
Przez całą drogę myślała o bezsensie tej podróży. Gdy wysiadła z autobuWiatr powiał ciepłym podmuchem, niosąc zapach świeżo skoszonej trawy, a Ewa zrozumiała nagle, że to nie był koniec, ale początek czegoś nowego.



