Dzięki Ci, Panie! Doczekałam się! babcia oddychała ciężko, lecz na jej twarzy igrało szczęście zupełnie nierealne, jakby odbite w starej porcelanowej filiżance, z której opada złoty kurz. Gładząc wyschniętymi dłońmi policzki wnuka, pozwoliła im osunąć się miękko na wełniany pled.
Odpocznij, babciu prosił Jurek, patrząc przez okno na szkliste, rozlane niebo. Jutro cały dzień przed nami, wygadamy się do syta.
Nie, Jurku babcia posłała blady uśmiech. Jedno tylko wymodliłam u Boga doczekać ciebie. Nic mi więcej nie trzeba. Zobaczyłam cię, przytuliłam. Teraz zamknę na chwilę oczy i porozmawiamy. Przymknęła powieki, szeptując. Jagoda, nakarm chłopca, wiadomo, po drodze się zmęczył.
Babcia była już blisko końca swojego czasu, czuła to pod cienką skórą rąk, gdzie pulsuje historia. Jurek był dla niej ostatnią rodziną, żywą nicią w gobelinie tych, co odeszli. Rodzice Jurka zniknęli pochłonęła ich butelka i beznadzieja, najpierw poszły sprzęty, potem meble, aż w końcu własne życie rzucili na ofiarę pijaństwu. Babcia zabrała Jurka od tej otchłani, wykształciła, przepchnęła przez szkołę, przekonała, by zrobił prawo jazdy na osobowe i ciężarowe auta, potem odprowadziła pod bramę jednostki wojskowej. Dziś znów się spotkali. To nie takie spotkanie sobie wymarzyła, ale nie można wybierać we śnie.
Gdy Jagoda sąsiadka jeszcze sprzed wojny, a teraz nieodłączna druhna babci ugaszczała Jurka w kuchni, babcia leżała, mrucząc dla siebie modlitwę i dobierając słowa. Próbowała łowić myśli, ale łapały się wyblakłe wspomnienia niczym wędki na jeziorze. Gładziła kotkę Kicię, szarą i miękką, która nie chciała od niej odstąpić czuła, że zbliża się coś niepojętego. W końcu zawołała:
Jurku, podejdź. Kiedy usiadł przy łóżku, mówiła cicho: Chciałam potrzymać na rękach twoje dzieci, ale chyba się nie doczekam. Zostaniesz sam, a samotność jest ciężka. Jeśli napotkasz dobrą dziewczynę, nie wypuszczaj jej z rąk, wybieraj na całe życie i na ciężkie chwile, bo łatwo nie było nigdy. Próżnowania nie kochaj, przed winem chroń się jak przed trującym zielem! Jeden popadnie w nałóg, a całej rodzinie przyjdzie płakać. Dróg jest wiele, Jurku, ale wybierz mądrze.
Babcia umilkła, nabierając powietrza, albo śniło jej się coś o rodzicach Jurka. Otrząsnęła się i dodała:
Mieszkanie przepisałam na ciebie młodą żonę będziesz miał gdzie przyprowadzić. Na mój pogrzeb odłożyłam, Jagoda pokaże ci gdzie. Pozostałe pieniądze przelew na konto, starczy na początek. Kicię chroń, nie zostawiaj samej. Jest mądra, ma duszę jak stara śliwa w sadzie, ty sam ją przecież kiedyś przyniosłeś… I to tyle. Idź, odpocznij, ja też muszę zmęczyłam się snem dziś mocno.
Rano babcia już się nie obudziła…
Jurek zaczął pracować przy montażu sieci światłowodowej, bo znajomi polecili w brygadzie było ich sześciu, którzy plątali kable i podłączali ludzi do internetu jakby wrzucali sny w sieci pajęczyn. Praca była ciężka i chłodna jak letni deszcz, ale wynagrodzenie porządne, do tego satysfakcja, że coś w życiu pozostaje.
W domu czekała Kicia szarawa kotka, którą Jurek znalazł jako kociaka, osiem lat temu nad Wisłą pod rozchwianą brzozą. Po śmierci babci Kicia przycupnęła w ulubionym babcinym fotelu i patrzyła w drzwi, jakby spodziewała się duchów. Nie jadła, nie mruczała, tylko śniła na jawie.
Jurek próbował rozruszać kotkę, długie rozmowy prowadził, głaskał, karmił czym najlepszym, ale skutku nie było. Dopiero po miesiącu Kicia przemówiła kocim językiem.
To właśnie wtedy Jurek dostał pierwszą pensję. Koledzy wymusili zasadę: Stawiasz! złamanie tego prawa uznano by za szczyt skąpstwa. Jurek zaprosił ich do baru mlecznego, wyszło dużo placków, śmiechu i piwa korzennego. Do domu wrócił późno, dość roześmiany. Przy wejściu czekała Kicia i jej zielone, czujne oczy nie chciały spuścić z niego wzroku. Jurek unikał tego spojrzenia, bo czuł wyrzut przed kotką czy babcią? Sam nie wiedział.
Kiciu, nie mogłem odpuścić tłumaczył się. Przecież to przez nich mam pracę, przyjaciele są ważni…
Następnego dnia Kicia znów na niego czekała i kiedy poczuła, że z Jurkiem wszystko w porządku, rozmruczała się i tuliła tak, jakby czas na chwilę zatrzymał się w kocim kręgu domowego światła. Apetyt jej wrócił, wieczorami towarzyszyła z pokoju do pokoju, aż w końcu spała przytulona do ramienia swojego człowieka.
Ty wszystko rozumiesz szeptał Jurek, głaszcząc miękkie uszko. Nie martw się, jestem już dorosły, rozumiem, co wolno, a czego nie. Dorośli nie radzą sobie tylko z jednym z gorzałką. Ja jej się boję wiesz, dziedziczenie… Może czas poszukać nowej pracy? Tu zawsze powód, zawsze jest wódka, święto, piątek, dzień kieliszka. Odmawiam, ile mogę, ale patrzą dziwnie. Muszę znaleźć coś innego, ale co? Od dziecka marzyłem, by zostać kierowcą, najlepiej tira, tylko robiłem prawo na coś mniejszego, a kto mi da taki pojazd?
W kolejny piątek siedział z kolegami w barze, wszyscy już podchmieleni, śmiech rozlany jak mleko na stole. Jurek, jak zwykle, popijał oranżadę i patrzył przez okno na białą czerwcową noc.
Obsługiwała ich młodziutka dziewczyna, którą koledzy wołali raz po raz, a brygadzista szorstko chwycił za rękę. Dziewczyna się przestraszyła, próbowała się wyrwać, ale błaznowi w głowie się kręciło.
Puść ją spokojnie, lecz stanowczo powiedział Jurek. Przy stole zapadła cisza, bo kto śmie przeciwstawiać się brygadziście? Ten puścił, a kelnerka cofnęła się, zerkając na Jurka z wdzięcznością.
Kłótni zapobiegł właściciel baru postawny mężczyzna w białym fartuchu, z ramionami jak dęby. Gdy się pojawił, koledzy się ulotnili, a Jurek został.
Z kim ty się zadajesz, chłopaku? zagaił właściciel, nazywając się Michałem. Widziałem, nie pijesz po co ci tacy kompani?
Brygada… wzruszył ramionami Jurek.
Daruj machnął ręką Michał. Jaki to odpoczynek? Tam cię albo rozpiją, albo zjedzą. Masz fach?
Prawo jazdy mam, nawet prowadziłem ciężarówkę na służbie, od dziecka marzyłem o trasach
Na tira to i potrzebny papier, i znajomości uśmiechnął się Michał. Ale mogę coś załatwić, mam kontakt do prawdziwych kierowców. Na początek chodź do mnie, na Żuka albo Lublina pojeździsz, potem, jak zdobędziesz papier na większe auto.
Dziękuję! oczy Jurka rozjaśniły się jak księżyce.
Michał uśmiechnął się, zauważył spojrzenia Jurka na kelnerkę.
Julka, dziękuję, idź już do domu, Jurek cię odprowadzi. I już oboje wiedzieli, że coś się wydarza, może we śnie, może naprawdę.
***
Pięć lat minęło jak jeden dzień zamrożony w śniegu. Jurek jechał tirem przez lodowy tunel Mazur. Do Olsztyna, gdzie czekała żona Julka, córeczka Małgosia i Kicia kocia seniorka rodziny, brakowało mu trzydzieści kilometrów.
Na poboczu stał samotny człowiek w cienkiej, nieprzystającej do zimy kurtce, trzymając w ręce brudną niebieską czapkę.
Zamarznie tu, jak nic pomyślał Jurek i zatrzymał tira.
Brygadzista? poznał go od razu, ledwo tamten wsiadł z przodu, pachnąc tanim trunkiem.
To ty… wybełkotał były kierownik. Już brygady nie ma, każdy poszedł w swoją drogę. Jeden zamarzł, drugi utopił się po pijaku, trzeci wypił płyn do spryskiwaczy… Zostaliśmy w kilku, na podwójnym zarobku. Dobył flaszkę, łyknął, ochrypł. Jeszcze będzie dobrze!
Jurek wysadził go na głównej ulicy, patrząc przez parującą szybę na odchodzący cień kolegi. Czuł tylko smutną pustkę i echo nonsensu.
Podchodząc pod blok, spojrzał na oświetlone okna mieszkania. Światło kuchenne migotało dziwnie może Julka czeka, może Jagoda wpadła z wizytą, pogadać i pobawić się z Małgosią? Ale nie Małgosia spała w swoim łóżeczku, nad którym wisiała fotografia babci. Córka co wieczór szepcze do niej swoje zmartwienia i historie z przedszkola; nie przejmuje się, że babcia nie odpowiada, bo patrzy na nią rozumiejącymi oczami i dobrym uśmiechem. A oto Kicia, przysiadła na parapecie, zagląda w ciemność jak w dziwny sen. Wyskoczyła, postawiła ogon na baczność i zniknęła, żeby pierwsza przywitać pana.
Nie jestem sam, babciu wyszeptał Jurek, patrząc na splątane światła w oknie Jesteśmy tu wszyscy, razem i ty też. To jest moja droga.


