— Chodź do mamy, dla ciebie i twoich braciszków. Jedzcie, kochanie. To nie grzech się dzielić, grzec…

Dziś wpisuję do mojego pamiętnika słowa, które ciągle wracają w myślach: Weź, dziecko, dla siebie i rodzeństwa. Jedzcie, kochanie. Złem nie jest dzielić się, lecz odwracać oczy od potrzebujących.

Mam na imię Bogusia i mam sześć lat. Często czuję, że życie przygniata mnie ciężarem, którego wielu dzieci nawet nie potrafi nazwać. Mieszkam w małej wiosce pod Lublinem, w starej chacie, która trzyma się na modlitwie bardziej niż na fundamencie. Kiedy wiatr mocno zawieje, deski jęczą jakby płakały, a w nocy zimno wciska się przez każdą szparę, nie pytając nikogo o pozwolenie.

Moi rodzice pracują dorywczo jednego dnia jest robota, drugiego już nie. Czasem wracają tak zmęczeni, że dłonie mają popękane od roboty, a w oczach pustkę, jakby zabrakło nadziei. Kieszenie również świecą pustkami. Zostaję w domu z młodszym rodzeństwem, którego przytulam, gdy głód zaczyna boleć mocniej niż mróz.

Tego dnia był grudzień, taki prawdziwy z szarym niebem i powietrzem pachnącym śniegiem. Święta Bożego Narodzenia już wyglądały zza rogu, ale do nas nie chciały zapukać. W garnku na kuchni pyrkał prosty kartoflany gulasz bez mięsa, bez przypraw, tylko z miłością mamy. Mieszałam powoli, chcąc, by jakoś starczyło dla wszystkich.

Nagle z podwórka sąsiadki nadszedł ciepły, kuszący zapach, co trafiał najpierw do serca, a dopiero potem do żołądka. Pani Wiesia z sąsiedztwa świętowała zabijanie świni na święta. Słychać było gwar, śmiech, brzęk talerzy i syczenie smażonego mięsa. Dla mnie to brzmiało jak bajka opowiadana zza siedmiu gór.

Podeszłam do płotu z rodzeństwem, które kurczowo trzymało się mojej kurtki. Przełknęłam ślinę, nie prosząc o nic tylko patrząc. W moich oczach zebrała się niema tęsknota. Mama zawsze powtarzała, że nie wypada pragnąć tego, czego się nie ma. Moje serce jednak nie znało takich zakazów.

Panie Boże, chociaż odrobinkę wyszeptałam.

I jakby niebiosa mnie usłyszały, po chwili w zimnym powietrzu zabrzmiał ciepły głos:
Bogusiu, podejdź tu na chwilę!

Zadrżałam z zaskoczenia. Pani Wiesia stała przy kociołku, z policzkami rumianymi od ognia i spojrzeniem przyjaznym jak ciepły piec kaflowy. Mieszała kaszę i patrzyła na mnie z taką czułością, jakiej nie czułam dawno.

Chodź tutaj, kochanie, dla ciebie i rodzeństwa powiedziała, prosto i serdecznie.

Zastygłam przez chwilę. Zawstydzenie ścisnęło mi gardło bałam się, czy wypada się cieszyć. Jednak pani Wiesia skinęła ręką i jej drżące dłonie nałożyły do pudełeczka gorące, pachnące mięso zapach prawdziwych świąt.

Jedźcie, dzieci. Dzielić się to żaden wstyd. Wstyd to udawać, że się nie widzi.

Moje łzy płynęły nie z głodu, tylko dlatego, że pierwszy raz ktoś mnie naprawdę zauważył. Nie jak biedne dziecko, ale po prostu jak dziecko.

Pobiegłam do domu z kaszą i mięsem, przyciskając pudełko jak najcenniejszy skarb. Rodzeństwo skakało z radości, a przez chwilę nasza mała chata rozbrzmiała śmiechem, szczęściem i zapachem, którego tu nigdy wcześniej nie było.

Wieczorem, gdy rodzice wrócili wymęczeni i przemarznięci, zastali nas jedzących i uśmiechniętych. Mama płakała po cichu, a tata zdjął czapkę i podziękował Bogu.

Tamtego wieczoru nie mieliśmy choinki, nie było prezentów pod poduszką.
Ale mieliśmy ludzką dobroć.
Czasem to wszystko, czego trzeba, by poczuć, że nie jest się na tym świecie samemu.

Są dzieci jak Bogusia właśnie teraz które niczego nie proszą tylko patrzą.
Patrzą na rozświetlone podwórza, suto zastawione stoły, na Boże Narodzenie u innych.

Czasami miska ciepłej zupy, drobny gest albo dobre słowo to najpiękniejszy prezent, jaki można dostać przez całe życie.

Jeśli ta historia cię wzruszyła nie przechodź obojętnieDziś, gdy już jestem dorosła, zimowe zapachy mięsa i kaszy wciąż potrafią rozgrzać mi serce. Nauczyłam się, że dobroć, choć niewidoczna jak wiatr, potrafi ogrzać czyjąś duszę bardziej niż najgrubszy koc. Często wracam myślami do tej grudniowej nocy i do słów, które zostawiły ślad w moim życiu na zawsze.

Sama dziś rozglądam się uważniej. Bo czasem wystarczy otworzyć drzwi, miskę, ręce i choć na chwilę być dla kogoś Panem Bogiem z sąsiedztwa. Wspomnienie prostego, dzielonego posiłku świeci we mnie jak gwiazda betlejemska znak, że nawet z najbardziej chropowatej codzienności może wykiełkować nadzieja.

A kiedy zimą słyszę śmiech dzieci i widzę ciepłe światło w oknie, modlę się, by dla każdego znalazło się miejsce przy stole i w sercu. Może właśnie w tym tkwi tajemnica prawdziwych świąt: nie w pełnych półkach, lecz w pełnym spojrzeniu i otwartym sercu.

Bo nigdy nie wiadomo, ile dla kogoś znaczy jedna porcja kaszy i mięsa nieraz to największy cud, na jaki czeka czyjeś dzieciństwo.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

— Chodź do mamy, dla ciebie i twoich braciszków. Jedzcie, kochanie. To nie grzech się dzielić, grzec…