Wiesz co, chciałam Ci opowiedzieć historię o Monice, bo naprawdę daje do myślenia. Monika była osierocona jako dziecko i przez całe dzieciństwo mieszkała w domu dziecka gdzieś pod Krakowem. Gdy miała zaledwie osiemnaście lat, szybko wyszła za mąż. W ogóle nie wiedziała, jak wygląda życie w rodzinie, ani z czym się wiąże bycie żoną nie miała nawet koleżanek, które byłyby już po ślubie. Kiedy wprowadziła się do mieszkania swojego męża, dosłownie chłonęła każde słowo o tym, jak być dobrą żoną. Jej autorytetem została oczywiście… teściowa.
Niby wszyscy straszą złymi teściowymi, ale Monika wierzyła, że skoro sama nie ma mamy, to może teściowa nią zostanie i będzie życzyła jej dobrze. I w zasadzie coś w tym było, bo teściowa nie była złym człowiekiem ona po prostu chciała nauczyć Monikę, jak żyć pod jednym dachem. Z takim własnym polskim zacięciem wyjaśniała jej: Jeśli mąż zdradza, to wina żony.
Wyobrażasz sobie? Monika zawsze myślała, że każdy odpowiada za siebie, zdradza ten, kto zdradza. Ale według teściowej to żona powinna dbać o siebie, zawsze wyglądać porządnie, bo jak się zaniedba, to mąż pójdzie w bok. Po tych mądrościach Monika zapisała sobie w zeszycie hasło: Nigdy nie przytyć. Zapisała się więc na fitness w lokalnym klubie, choć to przecież nie była dziewczyna, która miała z tym problem.
Kiedy już wytrenowała się na fit, teściowa wyskoczyła z kolejną radą: W każdej normalnej rodzinie kobieta też pracuje. Monika nie miała z tym problemu, bardzo chciała pracować. Ale zapytała teściową: A co w trakcie urlopu macierzyńskiego?. Teściowa odpowiedziała: Urlop wychowawczy to Twój problem, jakoś sobie poradzisz! zero wsparcia.
No i faktycznie, parę lat później, gdy Monika urodziła dziecko i wzięła urlop wychowawczy, zaczęła pracować na pół etatu, opiekowała się innymi dziećmi u sąsiadów. Była zadowolona z siebie, aż tu mąż z teściową zaczęli narzekać, że zarabia grosze. Mówiła sobie, że no trudno, może chociaż wyda coś na siebie, pójdzie do fryzjera. Nie zdążyła nawet umówić się na wizytę, a teściowa już objaśniała: Jak siedzisz w domu z dziećmi, nie masz po co się stroić. Do fryzjera i na paznokcie pójdziesz, jak zaczniesz normalnie zarabiać. Teraz liczy się każda złotówka.
No i wiesz, przez te wszystkie lata Monika oddawała swoje zarobione pieniądze mężowi. Cały czas słyszała, że prawdziwa gospodyni potrafi wszystko ogarnąć sama. I ogarniała. Padała na nos, ale sama ogarniała dom, dzieci, zakupy. Potrafiła po uśpieniu dzieci o 21 jeszcze biegać z mopem albo gotować na następny dzień, podczas gdy jej mąż już dawno spał, bo on utrzymuje rodzinę, więc może być zmęczony.
Skończyło się tak, że Monika wylądowała w szpitalu. Zawsze wszystkie bóle bagatelizowała, bo przecież przejdzie. Ale tym razem nie przeszło i musiała zostać na oddziale ponad dwa tygodnie. Ani mąż, ani teściowa jej nie odwiedzili serio, ani razu. Dobrze, że wzięła telefon i zadzwoniła po swoją przyjaciółkę Kasię to ona przywoziła jej jedzenie, piżamy, wszystko, czego potrzebowała.
Gdy tylko wyszła ze szpitala, bez cienia wątpliwości złożyła papiery rozwodowe. Powiedziała mi potem, że przez te wszystkie lata starała się być idealną żoną, synową, matką, a i tak zrujnowała nie tylko małżeństwo, ale przede wszystkim siebie.



