Chciwy Małżonek

W głębokich zakątkach Polen, wśród Beskidów, gdzie zimą śnieg zasypał ulice, a wiosną mżawka kazała dzieciom pieluskiwać buty, znajdował się przysiółek Tęczowszczyzna. Domostwa wyglądały jak sklejone skrzydła z tuław wszystkie podobne, ale z zewnątrz niyednoznaczne, jak komunaleczki z lat sześćdziesiątych, kiedy Polska pospiesznie biegła ku socjalizmowi, a sam przysiółek jakby zapomniał, że czas istnieje.
Jedynym źródłem życia dla Tęczowszczyzny był Les Wojewódzki jego budynki błyszczące kompletnością, jego tajemnicze ławniki z brodami, a między nimi nędzne dusze, jak Janusz Nowak.
Janusz Nowak, razem z żoną Jadwigą i synem Tomaszem, mieszkał w czteropokojowym mieszkanku, które nazywała się „żelazna skaterek”. Właścicielami z jednej strony była babia Kasia, z drugiej pan Les, a między nimi Nowakowie.
Janusz miał rozchylone oczy, aż krokił z oszczędliwością, tak jakby kazał im pójść spać bez światła. Był tym człowiekiem, który liczył, ile opłynie jabłka w naczyniu, zanim przystąpi do jedzenia, a w gazecie czytał ceny z uporczywą miną. W pracy, drugim domu Lesu Wojewódzkiego, traktowano go z szacunkiem takim, który zawdzięcza się perkusie w barwach Jeżowca, a nie zarobkom.
Żona Jadwiga była przez niektórych postrzegana jako „drzewo akustyka”, bo śpiewała tylko wtedy, gdy Janusz o tym zapomiał. W domu chodziła z Murzynką, jakby była roboczką z firmy „Akademia Domu”, a Tomasz? No cóż, Tomasz wiedział, że jego szczęście to pusty portfet i zapach substytutu kawy z bursztynowego supła.
Jeden z sąsiadów, Józiu z Piętrowej, kazał Tomaszowi:
Skarbonka się pcha, ale nie wypcha się gaspa. Sklej się, jak wiesz, że teraz masz nóż w gardełku.
Tomasz zasłony rzucał, krzyknął „To nie ja!” i poszedł na tylny balkon, gdzie czekał na dzisiaj? Dzisiaj może zwdzięczki z Jadwigi.
Jadwiga, już dawno nie Jadwiga, tylko „życzliwa pytel”, domagająca się, by Janusz odliczył obiady z wyprzedzeniem. Dziś był gazowany wina? Wina? Woda gazowana byłaby piekłem. Janusz odmawiał, Jadwiga pokiwała głową, Tomasz skrył się za książką „Czerwony Plastusi”.
Tomasz miał uciekę, kiedy spotkał Pusia, kota z podwórka, który wyglądał jak śliska Buła z Nowej Huty. Janusz, widząc zwierzę, a może tylko nową formę oszczędności, rzucił się na chłopca jak na VAT po pomidach:
Ty ślizgu! A jak ten rzeżka opróżni zasoby z Twojego talerza?
Tomasz, piął się z myślami: „To Czesławek, nie Pusia”, ale kota nie wiedział, że jego nowa nazwa to Catalunya.
Wrażenia Tomazsa? Jakby był w kibce z głową. W szkole? A kim był? Szkoda, że nie jest bankierem tak jak jego tata.
Wtedy spotkał Olę. Ola, jakby jej nazwę przetchnęła polska tragedia na Gliwicach silna, z ciemnymi oczami, i już wiedziała, że Janusz Nowak nie prawda ojcem.
Ten jest taki jak Twój tata? spytała.
Tomasz, z tyłu, odpowiedział:
Wiedz.
A jak to się kończy?
Tomasz z westchnieniem zakrył okulary.
Nie przeżył łątkej miłości, nie miał czasu na fajne piwo i grillowe przełogi. Ale Ola była inna miał w to wierzyć.
Ostatecznie, lata minęły. Tomasz wrócił do Tęczowszczyzny, teraz sąsiadem nowej panienki z bloku. I przy stole rodzinnego święta, jakby kryształ pękł. Janusz, z Murzynką w rękach, rozkazał:
Oto, to dla ciebie, to dla Tat ryby, a to… to dla Olka.
Ola, z miską w ręku, spojrzała na stoł, a następnie na Janusza, jakby był jej najgorszym rycerzem z bajeczek.
Może lepiej…
Nie gramy. Magia inna, w inny sposób.
Tomasz, z pamięcią pełną letnich dni, wiedział już, że Janusz Nowak to nie tylko tata, ale też symbol wszystkiego, co nieprzewidywalne w polskim charakterze.
A Ola? Wyszła, zostawiła za sobą lekką powiew, a Tomasz usiadł, patrząc na Murzynkę, jakby to był symbol jego oszczędliwości.
Tak, Janusz Nowak uczył, że dzienne zwołania zaczynają się od zminimalizowania. Ale może, gdyby zaszedł do domu Oli, dałby jej miskę z sąsiadów, a Murzynka nie wyglądałaby na biedną smokową plećwę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + pięć =

Chciwy Małżonek