„Chociaż tu zjem porządnie, a nie twoje paskudztwo!” syknął mężczyzna przy szwedzkim stole. Ale moja odpowiedź na jego talerzu sprawiła, że zbladł jak ściana.
Ci, którzy są w związku od lat, wiedzą: mężczyźni dzielą się na dwa typy. Jedni jedzą wszystko, co im podasz, i jeszcze dziękują. Drudzy tacy jak mój Henryk. Dla niego każde moje danie to okazja do krytyki.
Przez trzydzieści lat naszego małżeństwa słyszałam tylko: „Znowu przesoliłaś zupę”, „Ziemniaki niedogotowane”, „U mojej mamy kotlety były pulchne, nie to co twoje podeszwy”. Po prostu skarb, nie mąż!
Przyznam, zaczęłam myśleć, że naprawdę nie umiem gotować. Starałam się, dziewczyny, jak szalona! Kupowałam książki kucharskie, oglądałam programy kulinarne.
Przyrządzałam mu żuliki w kokilkach, kaczkę z jabłkami na Wigilię, barszcz gotowany godzinami. A w zamian? Wiecznie kwaśna mina i porównania do jego zmarłej matki.
Ostatnio doszedł jeszcze jeden problem. Przez nadwagę Henryk zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem: skoki ciśnienia, cholesterol w górę.
Lekarz, stary i surowy, powiedział mu wprost: „Henryku, jeszcze jeden taki atak i możesz nie wstać. Żadnych smażonych, tłustych ani słonych potraw. Tylko dieta”. A kto, jak myślicie, pilnował tej diety? Oczywiście ja.
Gotowałam mu na parze, duszone bez tłuszczu, soliłam dopiero na talerzu. A on tylko warczał, że go głodzę i karmię „trawą”. Cóż za cierpliwość trzeba mieć!
Kiedy wybraliśmy się na wczasy all inclusive, westchnęłam z ulgą. Myślałam, że wreszcie odpocznę od garnków i krytyki. Niech je, co chce, sam zobaczy, że restauracyjne jedzenie nie zawsze lepsze od domowego. Jakże się myliłam
Już pierwszego dnia wczasy zamieniły się w kulinarne piekło. Na widok szwedzkiego stołu Henryk stracił głowę. Krążył między półmiskami jak sęp.
Jego talerz wyglądał jak dzieło sztuki na dole tłusty ryż z mięsem, na nim kawałki kebabu, obok sałatki z majonezem, a na wierzchu jeszcze kawał pizzy.
Delikatnie przypominałam:
Heniu, lekarz mówił ciśnienie pamiętasz, jak źle było zeszłego miesiąca?
A on tylko machał ręką:
Nie marudź, kobieto! Jestem na wakacjach! Zapłaciłem jem, co chcę! Wreszcie odpocznę od twoich dietetycznych pomyj!
I tak siedzi naprzeciwko, mlaska, aż cała sala słyszy, wpycha w siebie wszystko, a ja grzebię widelcem w liściach sałaty, czując się jak pielęgniarka przy umierającym. I śmieszno, i straszno.
Tak mijały dni. On jadł, ja milczałam. On chwalił kucharzy, ja milczałam. Gadał przez telefon do syna, jak się „odżywia za wszystkie lata”, a ja tylko zaciskałam zęby. Ale któregoś wieczora puściły mi nerwy.
Jedliśmy kolację. Wzięłam trochę warzyw i kawałek piersi z kurczaka. A Henryk, jak zwykle, naładował talerz po brzegi sam widok tej góry jedzenia przyprawił mnie o mdłości.
Przeżuwając tłustą baraninę, przymknął oczy z rozkoszą i mruknął:
To dopiero jedzenie! Soczyste, aromatyczne, prawdziwe! Wreszcie najem się porządnie, a nie twojej mdłej brei!
Dziewczyny, mało nie upuściłam widelca. Trzydzieści lat przy garach, troska, dieta a w zamian „breja”!
Cała złość tych lat wezbrała we mnie jak fala. Ledwo zipnęłam „Ach tak? pomyślałam. Chcesz „porządnego” jedzenia? No to masz! Takiego, że zapamiętasz na całe życie!”
Następnego wieczora szłam na kolację z uśmiechem, jak myśliwy na polowanie. Henryk, niczego nieświadomy, już wybierał dania przy stole. Podeszłam i słodko szepnęłam:
Heniusiu, usiądź, odpocznij. Dziś ja się o ciebie zatroszczę. Przecież jesteś moim ukochanym mężem, trzeba cię rozpieszczać.
Spojrzał zdziwiony, ale posłusznie wrócił do stolika. A ja wzięłam największy talerz. I zaczęło się przedstawienie.
Nałożyłam na niego trzy najtłustsze, chrupiące żeberka. Dorzuciłam górę frytek, sałatkę z majonezem, ostrą marchewkę, skrzydełka w sosie i zapiekane parówki. A na koniec hojnie polałam wszystko keczupem, serowym sosem i musztardą.
Kucharz patrzył na mnie jak na wariatkę. Pewnie myślał, że karmię całą rodzinę.
A ja, niczym Święta Teresa, z powagą zaniosłam to „arcydzieło” do naszego stolika i postawiłam przed Henrykiem.
Jedz, kochanie, nie krępuj się! Wszystko, co najlepsze dla ciebie. Chciałeś porządnego jedzenia? Proszę bardzo! Smacznego, najdroższy!
Powiedziałam to głośno, by wszyscy słyszeli. Goście się odwrócili. Ktoś się zaśmiał, kobieta obok skinęła głową ze zrozumieniem. Henryk zmieniał się w oczach: najpierw zbladł, potem poczerwieniał. W moim spojrzeniu zobaczył nie troskę, a lód. I zrozumiał to nie czułość, to wyrok.
Ty co ty robisz? wyjąkał.
Co takiego, kochanie? Nie smakuje? odparłam słodko. Przecież to „porządne jedzenie”, sam mówiłeś. Jedz, starałam się.
Siedział jak rażony piorunem. Nie mógł zrobić awantury wszak „dbam” o niego publicznie. Zjeść samobójstwo. Wpadł w pułapkę.
Minęło pięć minut, nim cicho odsunął talerz. Resztę wczasów jadł tylko piersi z kurczaka i warzywa. I patrzył na mnie z lękiem.
Co o tym myślicie? Jeśli historia was poruszyła, zostawcie lajka i podzielcie się w komentarzach mieliście podobne sytuacje?



