Ja chcę żyć, Andrzeju!
Panie Doktorze Jerzy, panie doktorze, co się z panem dzieje?
Pielęgniarka Basia chwyciła chirurga za rękaw, ale nie zdołała go utrzymać; oparł się o ścianę, pochylił głowę nisko i milczał.
Basia, mimo wszystko, poczuła dumę z personelu medycznego. Jak bardzo lekarze się poświęcają, pracują prawie do omdlenia! Szkoda tylko, że nikt tego nie docenia. Pacjent, którego właśnie operował Jerzy, tego nawet nie zauważy.
Panie doktorze, może wezwać…
Nie trzeba lekarz oderwał głowę od ściany, chwiejnym krokiem poszedł do pokoju lekarzy dyżurujących. Zatrzymał się w drzwiach i zwrócił do przestraszonej pielęgniarki. Wszystko dobrze, nie martw się.
Jerzy ze zmęczeniem opadł na skórzaną kanapę. Czy wszystko rzeczywiście dobrze? Nie pierwszy raz miał takie ataki zawrotów głowy. Przemęczenie? Najpewniej tak.
Kiedyś miał wolne. Prawdziwe, spokojne weekendy spacery z żoną, wypad do parku z dziećmi. Teraz… Gdy lekarzy do wszystkich szpitali za mało, o odpoczynku nie ma mowy. Poza tym u Jerzego drugie małżeństwo, żona młodsza, dzieci w wieku szkolnym, wydatki. No i marzył o nowym samochodzie.
Ale to nie najważniejsze. Najważniejsze było być potrzebnym. Jerzy chciał być najlepszy, marzył o szacunku, o zawodowych triumfach Przez dwadzieścia lat praktyki lekarskiej często to osiągał. Pacjenci się do niego garnęli, koledzy szanowali, często dostawał zaproszenia, obietnice I dobrze zarabiał.
Paweł zadzwonił do kolegi anestezjologa twoja Natalia jest dziś w pracy?
Cześć, Jurek. Tak, jest na dyżurze.
Pod koniec zmiany Jerzy już leżał w tomografie u Natalii, nasłuchując irytujących dźwięków, których nie zagłuszała nawet muzyka z słuchawek.
W pewnej chwili ogarnął go lęk. Najchętniej nacisnąłby przycisk i kazał się wyciągnąć z tej przygniatającej duszną rurą maszyny. Starał się odwrócić uwagę, myśląc o czymś przyjemnym Ale co wspomnieć? Co?
Jego pamięć zaczęła wędrować po schodach osobistej historii w dół. Drugie małżeństwo On już dorosły, chirurg, ojciec rodziny, a ona młoda nauczycielka jego córki z trzeciej klasy.
Jednak trzask maszyny MRI zagłuszał wszystkie dobre wspomnienia z tamtego okresu. Praca-dom-praca. Pierwsze małżeństwo jeszcze gorzej brzydki rozwód sprawił, że te wspomnienia były dla niego niewygodne.
Studia? Tak! Może pierwsze cztery lata.
I pamięć Jerzego zatrzymała się, krążyła, odrywając od skrzypiącego dźwięku i przeniosła w przeszłość. Studencka brygada remontowa, chłopaki, Marysia ze stołówki, na której wszyscy zawieszali oko…
Jerzy, Wiktor i Andrzej trzej przyjaciele, studenci medycyny. Poznali się jeszcze na egzaminach wstępnych. Toruń był im obcym miastem, mieszkali w akademiku.
Andrzej okularnik z małego miasta, skromny, lekko naiwny, ale z niesamowitą charyzmą. Obok niego chciało się po prostu być i słuchać jego mądrych, spokojnych słów, patrzeć w te niebieskie, spokojne, głębokie oczy zza okularów.
Andrzej miał pamięć jak słoń, znał na pamięć wszystkie pytania egzaminacyjne, odpowiadał na każde pytanie.
Witek był jego przeciwieństwem. Duży, głośny chłopak ze wsi spod Rzeszowa. Zawsze rozgadany, przeżywał przyszłe egzaminy bardzo emocjonalnie, szybko złapał kontakt ze wszystkimi na piętrze, ale więcej biegał do innych niż się uczył.
Jerzy też obawiał się egzaminów. Wydawało mu się, że to właśnie on nie dostanie się na studia. Dziwił się wiedzy Andrzeja i elokwencji Witka. Ostatecznie tylko Michał z ich pokoju nie zdał. Trójka pozostała przyjaciółmi.
Na pierwszym roku nie przyznano im miejsc w akademiku, więc mamusia Andrzeja, troskliwa i serdeczna pani Irena, przyjechała i wynajęła im wspólne mieszkanie.
Niech Bóg wam błogosławi, chłopcy! Żyjcie w zgodzie powiedziała, gdy już ugościła ich przez parę dni, radząc, doglądając syna. Przygotowała im półproduktów na cały miesiąc.
No, nieźle! Twoja mama, Andrzej, to prawdziwa gospodyni. Kim ona jest z zawodu?
Pracuje w sklepiku z dewocjonaliami odpowiedział żując Andrzej.
Gdzie?!
Przy kościele świeczki sprzedaje I nie tylko
To wierząca jest?
Oczywiście. Ja też wierzący.
Koledzy zerknęli na ikony na parapecie.
To twoje? Myślałem, że pani Irena zapomniała.
Nie, to ona nam zostawiła. Właściwie, mnie poprawił, spuszczając oczy.
Wiktor zawsze mówił zanim pomyślał.
Chłopie, po co szedłeś na medycynę, jak wierzysz w takie bzdury? Myślisz, że Bóg pomoże
Lekarz leczy ciało, a Bóg duszę spokojnie odparł Andrzej i wszyscy tylko wzruszyli ramionami.
Od tej pory unikali rozmów o wierze. Widzieli, że Andrzej się żegna, ale robił to dyskretnie, z szacunkiem, nie na pokaz. Był bardzo dobrym studentem, potrafił też gasić kłótnie między upartym Jerzym, a impulsywnym Witkiem.
W codziennych sprawach był inny. Na przykład, kiedy reszta się kłóciła o sprzątanie, Andrzej po prostu brał szmatę i zaczynał myć podłogę.
Czy to jest powód do kłótni? Lepiej posprzątać, niż się spierać
Chłopaki zawstydzali się, dołączali do niego, pomagali.
Może Bóg pomagał Andrzejowi, może po prostu miał talent, ale pierwszą sesję zdał najlepiej. Zapamiętywał łacinę, jakby znał ją od dziecka. Był tym, który spajał ich grupę.
Pierwszy się też zakochał. Został wybrany do samorządu i tam poznał swoją przyszłą żonę Grażynkę. Niska, z krótką ciemną grzywką, odważna i dobra dziewczyna. Już na drugim roku chodzili za rękę.
Witek, choć na pierwszy rzut oka wydawał się niezdarny, okazał się praktyczny. Już zimą drugiego roku pracował w pogotowiu, widziano w nim dobrego studenta, powierzano trudne zadania.
Jerzy uczył się równo i solidnie. Nie miał wybitnych sukcesów, ale marzył o tym, by być po prostu dobrym lekarzem.
***
Wyjechał z MRI z ulgą. Spojrzał przez okno, odetchnął. Skąd nagle ta klaustrofobia?
Przyszła Natalia, zdjęła mu słuchawki i kable.
I jak, Natka? Widzieli już coś?
Daj chwilę, zaraz będzie opis. Zadzwoń, przyjdź po wyniki później jakoś nie chciała patrzeć mu w oczy. Może zmęczona?
Odbiorę jutro. Idę do domu.
Ale nie zdążył wyjść z oddziału, Natalia przyniosła opis, płytę i zdjęcia.
Jurek, jesteś lekarzem, wszystko rozumiesz. Nie zwlekaj. Idź do profesora Anisimowicza. On musi zobaczyć.
Jerzy tylko rzucił okiem na opis, odpalił zdjęcia na komputerze i długo obracał obrazy, nie mogąc uwierzyć, że to jego głowa, że to naprawdę zapalenie konkretne, poważne, wyraźne.
Miał wrażenie, jakby przeglądał MRI pacjenta, a nie swoje… Uświadomienie przyszło dopiero później, w drodze do domu. Nie chciał wierzyć, nie pozwalał sobie uwierzyć. Po prostu to nie mogło go dotknąć.
***
Profesor Kir Anisimowicz był najlepszym neurochirurgiem w klinice.
Powiedziałbym ci ulgę, ale jesteś chirurgiem równie dobrym, co ja. Po co miałbym kłamać? Sam widzisz…
Widzę. To już koniec?
Oj, spokojna głowa, pytasz jak spanikowany pacjent. Dobrze wiesz wszystko zależy od chirurga, trochę od losu, trochę od Pana Boga.
Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że to mnie spotkało. Miałem jechać do Warszawy na Dni Medyka… Zaproszenie dostałem! Chciałem z rodziną trochę odpocząć. A teraz…? Co byś zrobił na moim miejscu?
Pojechałbym Ale nie na odpoczynek, tylko do profesora Szulca. Oni tam cuda robią, wyniki najlepsze w kraju. Tyle że
Że co?
On już nie operuje, tylko jego uczniowie. Ale wszystko według jego metody. Kolejka na rok naprzód. Przebić się trudno. W środowisku lekarskim powinno się udać. Ty jesteś znanym chirurgiem. Spróbujmy…
Jerzy pracował: operował, konsultował, pisał diagnozy. Bóle nie dokuczały tylko lekka niemoc i zawroty głowy. Szybko znalazł sposoby, by je stłumić.
Szukał dojścia do profesora Szulca. Profesor Anisimowicz miał rację zapisać się tam na operację prawie nie dało się.
W końcu nadszedł czas, by powiedzieć o wszystkim żonie, która od razu zaczęła szykować się znów do Warszawy.
Inka, muszę jechać sam.
Jak to? Zwariowałeś? A dzieci?
Jadę do szpitala. Mam problem guz mózgu ostatnie słowa wypowiedział wolno, a gdy już je powiedział, sam się zdziwił, że to zrobił. Powiedział znaczy przyznał się przed sobą.
Na oczach Inki pojawiły się łzy.
Jezu, Jurku… Jak to możliwe? To ja muszę z tobą jechać!
Nie, Inko. Na operację może i nie pójdę od razu. Możliwe, że będę musiał czekać na miejsce Ale tego miejsca może długo nie być.
Naprawdę to aż tak poważne? usiadła obok, Opowiadaj…
Jerzy, jak dziecko, wycierając nos, zaczął chaotycznie mówić: o dawnych podejrzeniach, o badaniu, o wynikach O myślach, o minionym życiu, o nadziejach
Inka trzymała sweterek, marszczyła brwi, słuchała, patrzyła na niego z troską. Było to dla Jerzego ważne mieć komu się wygadać. Z pierwszą żoną takich rozmów nie było.
***
Świadkowie Jehowy odmawiają transfuzji krwi, cytując Biblię: Nie jedzcie mięsa z jego duszą, to jest z jego krwią.
Był już czwarty rok studiów, siedzieli na wykładzie.
Duchowni często są przeciwni transplantacji organów, choć jest to uregulowane ustawowo. Kościół protestuje przeciw nowoczesnym metodom rozrodu, np. in vitro, surogacji; uważają, że to sprzeczne z naturą. Kościół z wiarą w siły nadprzyrodzone jest nie do pogodzenia z nauką, z medycyną.
To nieprawda ktoś odezwał się z sali.
Co? zmęczony, szczupły wykładowca spojrzał To niemożliwe. Kto mówi?
Ja wstał Andrzej Kościół i medycyna razem pomagają człowiekowi żyć godnie.
Chcesz się spierać?
Nie. Po co. Po prostu tak jest usiadł.
Nie, młodzieńcze. Jak już, to proszę do tablicy wykładowca uśmiechnął się z chytrym błyskiem w oku.
Andrzej wyszedł. Spokojnie patrzył mu w oczy.
Zaczęły padać pytania. Andrzej odpowiadał spokojnie, rzeczowo.
Kościół troszczy się o duszę. Jeżeli małżonkowie nie mogą mieć dzieci i medycyna nie pomoże, powinni przyjąć to bezdzietność jako szczególną drogę. Może do adopcji. In vitro z nasieniem męża niejest odrzucane, ale z obcym tak. To narusza relację małżeńską i odpowiedzialność za dziecko.
A czemu kościół jest przeciw surogacji? Przecież komórki są matki i ojca.
Bo trzeba myśleć o kobiecie, która nosiła dziecko, i o tym dziecku również
Ależ to bzdury! wykładowca podniósł głos Kościół powinien myśleć o duszy, ale nie kosztem ludzkiego szczęścia! Widziałem, jak rodzice nie oddali serca zmarłego syna choremu dziecku. Efekt? Oboje nie żyją. To po bożemu?
Był to ich wybór. Nie mogli się pogodzić.
Widzisz?! Religia to opium dla ludu! Najgorsze z wszystkich, blokuje rozwój nauki! Kościół boi się, że człowiek wyprzedzi Boga. Władza kościoła osłabnie! Człowiek i jego mózg to największy twórca!
Wykładowca krzyczał, wykpiwał, długo podważał argumenty Andrzeja. Andrzej tylko czasami unosił wzrok i patrzył ze współczuciem na rozgorączkowanego profesora.
Dla niego Bóg był sercem, które dostrzega głębię drugiego człowieka, a przez tę głębię docierał do bliskich.
Odpowiadał spokojnie, jasno. Ich debata rozgrzała publiczność, wszyscy słuchali uważnie. Profesor wymyślił mnóstwo argumentów, ale atmosfera się odwróciła: sala widziała, że przegrywa.
Od tego czasu zaczęły się kłopoty Andrzeja wizyty u dziekana, wracał przygaszony, nie chciał za dużo mówić. Tylko Grażyna, jego dziewczyna, wiedziała coś więcej, ale nie zdradziła kolegom nic.
Na piąty rok Andrzej nie wrócił. Dostał list, w którym wyjaśniał, że jego droga jest inna, żegnał się i prosił, by zachować przyjaźń.
Jerzy i Witek byli zszokowani. Najlepszy z najlepszych! Utalentowany. Mógłby zostać świetnym lekarzem… Prawie skończył studia! Jak to możliwe?
Szybko znaleźli Grażynę. Ale milczała. Nie chciała zdradzić powodów. Pojechali więc do Andrzeja do domu. Przywitała ich pani Irena serdeczna, szczęśliwa. Syn dostał się do seminarium ogłosiła radośnie.
Wrócili obładowani paczkami, ciastem i… dalej nie rozumieli decyzji Andrzeja.
Jak on mógł, na litość Boską! Witek walił pięścią w kolano.
Widzisz, teraz i ty tak mówisz: na Boga. On po prostu poszedł swoją drogą. Ale jest głupi… Och, Andrzej…
***
Jaka świeczka?! Ty, Kir, nie wymyślaj. Jadę do przyjaciela. Już mam urlop.
Siedzieli w pokoju lekarskim z profesorem Anisimowiczem. Za trzy dni Jerzy miał jechać do Warszawy. Kupił bilety na pociąg samochodem bał się z powodu zawrotów głowy, jeździł już bardzo ostrożnie. Miał nadzieję na operację.
Do kogo?
Do studenckiego przyjaciela. Nie widzieliśmy się od ponad dwudziestu lat. On po piątym roku poszedł do seminarium, dziś jest już księdzem. Tu niedaleko. Jutro pojadę samochodem.
Ja bym nie zaryzykował.
Rozumiem, ale pojadę
Słynny z klasztorem i szlakiem pielgrzymkowym Kazimierz Dolny okazał się trochę przygnębiający. Najbardziej rzucało się w oczy mnóstwo kościołów, niemal na każdym rogu.
Jerzy kierował się do kościoła Świętej Trójcy. Co dziwne, przez całą drogę ani razu nie miał zawrotów głowy. Pomyślał, że prawdą jest, iż droga do Boga bywa drogą ku zdrowiu.
Piękne białe mury, wieże i kopuły wybijały się spośród zielonych lasów Tutaj wszystko było inne niż w innych miasteczkach: zadbany parking, aleje, bajeczne klomby i złote kopuły, błyszczące w słońcu tak, że trudno było patrzeć.
Powiedziano mu, że trwa liturgia, ksiądz zajęty. Musiał czekać. Nie wiedział, ile. Poszedł więc na spacer.
Za murami kościoła było małe cmentarze, a dalej zejście nad Wisłę. Poszedł tam. Na dole zobaczył studnię, przy której kręcili się ludzie. Schorowane starsze panie wspinały się po skarpie, nie po schodach. Okazało się, że robiły to na zmianę. Przerzucony przez rzekę most, a za rzeką kolejne klasztorne domy.
Po co tu w ogóle przyjechałem przemknęło przez myśl. Trzeba się leczyć, a nie spacerować tutaj…
Pan nie idzie po święconą wodę?
Po wodę? Ja właściwie…
Tam są butelki. Musi pan zejść trzy razy schodami i wrócić po skarpie podpowiedziała mu młoda kobieta z uśmiechem.
Po co?
Pan sam wie, po co tutaj przyjechał
Jerzy prawie już jej odpowiedział, że do księdza, ale nic nie powiedział. Sam nie do końca wiedział, po co…
Wziął butelkę z kosza i poszedł do studni. Zszedł schodami i wspiął się po skarpie trzy razy, jak kazano. Woda była lodowata, słodkawa, czysta jak łza.
Zrobiło się mu jakoś lżej, jakby po coś naprawdę tu przyjechał. Jeśli to wszystko królestwo Andrzeja, to musiał sobie życie ułożyć najlepiej z całej trójki Jerzy zaśmiał się w duchu.
Wrócił, gdy ludzie powoli wychodzili z kościoła po mszy. Coś się zagęściło przy drzwiach. I nagle pojawił się ksiądz dostojny, z siwą brodą i ciepłym, głębokim głosem. To nie mógł być Andrzej, pomyślał Jerzy. Andrzej był niższy, szczupły, nosiłby okulary.
Ksiądz rozmawiał z parafianami, błogosławił, obejmował, prosił o modlitwę. Nagle spojrzał na Jerzego oczy błękitne, głębokie, znajome. To był Andrzej.
Jerzy podszedł z tyłu.
No, cześć, księże!
Starsza kobieta zgromiła go:
Zwracaj się niech ksiądz pobłogosławi… Jak się możesz tak zwracać?
Ale ksiądz już się uśmiechał.
Jurku! Witaj, przyjacielu…
Objęli się. Parafianie zaczęli się rozchodzić, a oni poszli alejką.
Co za radość, nie spodziewałem się! Grażynka będzie szczęśliwa.
Grażyna? To twoja…
Tak, moja żona. Jest lekarzem pediatrą w tutejsym szpitalu. Nie chciała zrezygnować z zawodu, a ja jej nie bronię. Mamy piątkę dzieci. Już prawie wszyscy duzi, najmłodszy ma dziesięć lat.
O, proszę! Ja mam trójkę. Córka z pierwszego małżeństwa, no i dwójkę w drugim. Ty już tutejszy?
Tak, dobrze nam tutaj. Proponowano nam posadę w innych parafiach, ale na razie zostajemy. Tutaj jest cudownie, natura piękna i pracy wystarczy.
Urosłeś.
Po dwudziestce jeszcze rosłem.
A okulary?
Dawno się zoperowałem. Na razie oczy w porządku. Soczewki jeszcze mam.
Czyli kościół jednak nie odrzuca medycyny?
Obaj się zaśmiali…
Pamiętasz, jak we trzech chcieliśmy wynieść książkę z biblioteki na uniwersytecie? Ty zagadywałeś bibliotekarkę, a my z Witkiem…
Tak, a wy ją upuściliście z hukiem, jak dzieciaki…
Tak ci wtedy zależało, żeby nikt was z nami nie skojarzył!
Wstyd mi było O rany!
A ja ciągle pamiętam, jak jeździliśmy do twojej mamy, pani Ireny. Jak się miewa?
Dobrze, choć lata lecą. Niedaleko stąd. Poszła do zakonu, jest mniszką.
A to kariera!
Jak najbardziej… zaśmiał się ksiądz Andrzej.
Zatrzymała ich dziewczyna w chustce, szepnęła coś księdzu.
Przepraszam, przyjacielu. Jadą do nas ludzie z daleka, muszę się zająć duszpasterstwem. Ale już poślę po ciebie samochód, zawiozą cię do mnie do domu. Grażyna cię przyjmie. Spotkamy się wieczorem.
Dobrze, spędzę tu noc, jeśli nie przeszkadzam.
Poszedł za służbowym autem księdza. Dom Andrzeja był imponujący parterowy z mansardą, ogród wypielęgnowany, kapliczka.
Przywitała Grażyna cieszyła się szczerze, objęła go. Jerzy nie spodziewał się takiego powitania. Dom pełen kwiatów, w kącie obraz Matki Boskiej z lampkami, w kuchni nowoczesne sprzęty, komputer w pokoju. Grażyna nie przestawała rozmawiać: o miejscach pracy, o synach, o mężu. W domu był tylko najmłodszy chłopiec.
Jerzy zapomniał, po co tu przyjechał. Po prostu był wśród bliskich ludzi. Zjadł, trochę opowiedział o sobie, nie mówiąc o chorobie, potem zdrzemnął się w hamaku na werandzie.
Nie chciało się już wyjeżdżać. Urlop trwał, do Warszawy jeszcze był czas.
***
Więc znasz całą historię?
Oczywiście, z Witkiem długo korespondowaliśmy. Potem telefonicznie, ale ostatnio kontakt się urwał. Syn próbował go jeszcze znaleźć przez internet, ale wszystko w rękach Boga.
Potępiasz mnie?
Bóg oceni, a każdy ma własną prawdę i sumienie. Mów, Jurku, jaka to bieda? Widzę
Guz mózgu, nowotwór złośliwy…
Andrzej westchnął.
Niedobrze. Jutro pójdziesz na mszę, jak nie dasz rady stać usiądziesz, potem spowiedź i komunia. Dalej będziemy myśleć…
Trochę mnie pogrzebujesz.
Ależ skąd. Wszystko w twoich rękach. Tylko ty sam możesz sobie pomóc. Ksiądz tylko wskaże drogę, reszta to sprawa duszy i serca.
Ale wiesz, jak wtedy było… zaczął Jerzy.
Powiesz na spowiedzi, nie teraz.
Tej nocy Jerzy przemyślał sprawę zdrady przyjaciela i miał wrażenie, że to bardziej wyznanie, niż tłumaczenie.
***
Po mszy ludzi w kościele było niewielu.
Andrzej odmówił modlitwę, poprosił Jurka, by pochylił głowę.
Chrystus stoi tu ukryty i przyjmuje twoje wyznanie. Ja tylko świadkuję. Mów, Jerzy.
Jerzy drżącym głosem wyznał:
Zazdrościłem Witkowi wszystkiego. Na wydziale go uwielbiali, w szpitalu, w akademiku wszędzie Wituś… A tu jeszcze Aldonka
A było tak. Do szpitala, gdzie pracował Witek, trafił pewien urzędnik z Warszawy. Przy nim była córka Aldona.
Kiedy ojciec chorował, córka bywała w szpitalu. Witek potem jeździł do niej do stolicy, ona odwiedzała ich. Zapowiadały się dla Witka same dobre rzeczy.
Rozumie ojcze Andrzeju, byłem zazdrosny. No i zamieszałem. Parę razy powiedziałem Aldoncie, że Witek spotyka się z Kamilą… A to były moje wymysły. Przepraszam…
A podczas wesela u Piotrka wszystko się wydało. Witek był duszą towarzystwa, przyszedł z Aldoną. Był zajęty, a ona się nudziła. Poszliśmy na balkon…
Wiedziałem, że Witek nas zobaczył, patrzył przez szybę, po chwili wyszedł z wesela. Ja i Aldona nie widzieliśmy tego wtedy się pocałowaliśmy
Już następnego dnia się wyprowadził, a my z Aldoną po tygodniu zamieszkaliśmy razem. Myślałem, że jestem szczęśliwy. W instytucie jakby nie słyszał mojego „dzień dobry”.
Ale karma wróciła. Aldona tylko początkowo była miła, potem kontrolująca, chciała coraz więcej. Po śmierci teścia wszystko przejęła teściowa, znów wyszła za mąż. Aldona kazała mi przenieść się do Torunia. Dopiero tam pokazała swoją prawdziwą twarz. Uciekłem z tego małżeństwa.
Ale czy to była moja największa wina? Większą było zaniedbanie na sali operacyjnej. Pewnie przez moją pomyłkę umarł staruszek…
Zdradzałem też żonę. Po instytucie pielęgniarki, okazje… Nawet udało mi się wyrzucić jedną piękną z pracy, bo mi się postawiła. Uważałem, że mogę wszystko.
Dopiero z Inką odetchnąłem. Jest prosta, wiejska rodzina, wychowuje córkę nauczycielka. Dianka to córka od Aldony, są z Inką przyjaciółkami. Zdradziłem Inkę ze dwa razy. Tyle wyznań
Zamilkł nagle. Co jeszcze dodać? Wszystko wydało się takie głupie…
I możesz rozgrzeszyć, ojcze Andrzeju?
Tylko Bóg może rozgrzeszyć. Ważne, że szczerze żałujesz, Jurku.
Jerzy popatrzył na przyjaciela, pokiwał głową. Oczy mu się zaszkliły. Chwycił się za konfesjonał, upadł na kolana.
Powiedz Bogu, żałuję. Powiedz, Andrzeju, bardzo chcę żyć. Chcę kochać Inkę, wychować dzieci, syna nauczyć życia. Pracować jak zwykły lekarz, gdziekolwiek. Powiedz mu…
Panie Jezu Chryste, przebacz swojemu dziecku Jurkowi wszystkie jego grzechy… modlił się ksiądz.
Potem spojrzeli sobie w oczy niebieskie, głębokie oczy Andrzeja.
Powiem ci jedno, Jurku. Powinieneś poszukać Witka, przeprosić go. Poprosić o wybaczenie powiedział łagodnie.
A gdzie mam go znaleźć? Za dwa dni jadę do Warszawy.
Musisz znaleźć. Jest w Lublinie, w klinice onkologicznej. Nie do Warszawy, lecz tam masz jechać.
Oj, Andrzeju, może jeszcze u niego mam się operować?
A dlaczego nie?
Od razu widać, że nie siedzisz już w medycynie. Tam same stare metody, żadnych nowinek jak u profesora Szulca… No i tyle…
Może, ale wiem, że Witek rozwijał nowe metody chirurgiczne, napisał nawet doktorat i jeździ do Warszawy na konsultacje. Powinniście się spotkać.
Chyba rzeczywiście powinienem. Ale… zobaczymy.
I tę dziewczynę, której zaszkodziłeś znajdź ją i przeproś.
To mogę zrobić. Znajdę ją. Módl się za mnie, Andrzeju Bo mi najbardziej zależy, żeby w Warszawie mnie przyjęli, żebym miał termin na operację. Bo naprawdę, jak nie, to może pojadę do Lublina.
Przed wyjazdem wszedł jeszcze kilkanaście razy na górę przy rzece, za każdym razem pił wodę ze studni
Wierni żegnali się, patrzyli z nadzieją.
A on poczuł, jak ważne są szczerość, pojednanie i odwaga przyznać się do własnych błędów. Zrozumiał, że w obliczu trudnych chwil najważniejsze, by szczerze przeprosić i wybaczyć sobie i innym. I prosić Boga lecz przede wszystkim mieć odwagę iść do ludzi.
Bo tylko wtedy można żyć naprawdę.


