Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć. Wiesz, jak to jest w wielu rodzinach Cała rodzina żegnała babcię, starą Halinę. I nikt specjalnie nie krył, że trochę mają już dość jej obecności. Wszystko mówili prosto w twarz, bez owijania w bawełnę. Cieszyli się, że wreszcie przyszła wiosna bo to przecież znaczy, że babcia pojedzie do wsi i długo jej nie będzie.
Wnuki patrzyły na nią obojętnie, synowa Aneta nawet się nie starała ukrywać swojej niechęci. Syn, Mirek, był wiecznie w delegacji, a nawet jak wracał do mieszkania w Warszawie, to i tak był tak samo chłodny jak wszyscy. Dla nich babcia była tylko kłopotem. Ona to czuła bardzo dobrze, ale znosiła w milczeniu, odliczając dni do wiosny swojej jedynej nadziei, tego drobnego światełka w tunelu.
Tego roku ciepło przyszło wcześnie. Babcia Halina często siadała na ławce pod blokiem, grzała ręce w słońcu i patrzyła w czyste, błękitne niebo. Wyglądała na drobną, w starym płaszczu i zdartych butach jak maleńki przemoczony wróbelek.
Rodzina nie miała dla niej czułości, za to sąsiedzi traktowali ją o wiele lepiej. Zawsze się z nią witali, pytali, jak się czuje, pomagali jej wdrapać się na piąte piętro. A chłopaki z sąsiedniego podwórka czasami nawet zanosili jej siatkę z zakupami, gdy spotkali ją wracającą z Biedronki.
Chociaż była już w swoim wieku, babcia nie siedziała bezczynnie. Gotowała, prała, sprzątała ogarniała całe mieszkanie. Ale synowa zawsze po pracy rzucała jej to samo przez ramię:
Jak siedzisz cały dzień w domu, to wszystko rób sama.
Wnuki prawie z nią nie rozmawiały, a jak przyprowadzały kolegów, babcia cicho siedziała w swoim pokoju. Przestała już wtrącać się w ich sprawy, bo kiedyś usłyszała dość przykre słowa:
Babciu, wstydzimy się przez ciebie.
Ona nie krzyczała, nie buntowała się. Po prostu milczała. A nocą, kiedy wszyscy spali, płakała cichutko z samotności i żalu.
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, zawieźli ją na dworzec taksówką. Miała tylko starą torbę podróżną i mały pakunek z ubraniami. Powoli, na swoim kijku, szła peronem. Usiadła na ławce, trochę odpoczęła. Gdy pociąg do Olsztyna przyjechał, wstała cicho i weszła do przedziału.
Babcia usiadła przy oknie i patrzyła przed siebie spokojnymi, dobrymi oczami. Gdy pociąg ruszył, wyjęła z torby zgniecione zdjęcie. Był na nim jej syn, synowa i wnuki, wszyscy z uśmiechem. Ostatnio widziała ich uśmiech tylko na tej fotografii. Ostrożnie pocałowała zdjęcie i schowała je z powrotem.
Na swojej stacji wysiadła i powoli ruszyła wiejską drogą. Jakiś sąsiad podwiózł ją niemal pod sam dom. Skrzypnęła stara furtka i babcia weszła na znajomą ścieżkę prowadzącą do swojego domu. Tu wszystko było jej bliskie. Tu czuła się potrzebna jeśli nie ludziom, to chociaż tym ścianom, staremu płotkowi i przekrzywionemu gankowi.
Ta wieś była dla niej całym światem. Tu się urodziła, tu dorastały jej dzieci, tu pochowała ukochanego męża. Tu spędziła niemal całe życie z radościami i ze łzami.
W domu otworzyła okiennice, napaliła w piecu, usiadła na ławce pod oknem i wspominała. Kiedyś na tej ławie siedziały jej dzieci, przy tym stole jadły obiady, a po tej podłodze biegały bose nóżki. W pamięci odżywały dziecięce głosy, dźwięczny śmiech. Była wtedy mamą najważniejszą, najukochańszą.
Słońce tak samo jak kiedyś zaglądało przez okno. Wiosna była ciepła i tak bliska sercu. I babcia Halina uśmiechnęła się do siebie cicho.
Następnego ranka już się nie obudziła. Została tam, gdzie było jej miejsce w swoim domu, na swojej ziemi.
Na stole leżały stare fotografie. Na wierzchu świeża, lekko zmięta. Ta właśnie, na której uśmiechają się jej najdrożsi.
Póki żyjemy, mamy czas. Zdążyć powiedzieć dziękuję. Poprosić o przebaczenie. Powiedzieć bliskim, że ich kochamy.
Bo kiedy kogoś zabraknie, już nie wróci. I w sercu może pozostać ból, który z czasem ciąży coraz bardziej.
Dlatego żyj z wiarą. Bądź uczciwy. Czyń dobro szczerze. Kochaj i doceniaj tych, którzy są obok.
I nie przekładaj ciepłych słów na jutro bo to jutro może już nie nadejść.



