Przedostatniej zimy, byłem świadkiem tonięcia mojego kolegi z klasy. Byliśmy wtedy w siódmej klasie, w wieku – można powiedzieć – dzieciaków bez głowy, które nie mogą się doczekać, żeby wpaść w kłopoty i coś komuś udowodnić.
Nasza szkoła, znajduje się w bardzo malowniczym miejscu, jest dość stara, bo w dawnych czasach znalazłoby się wielu chętnych do wybudowania czegoś innego w tych okolicach, bardzo daleko od placówki oświatowej. Ogrodzenie dziedzińca szkolnego z boiskiem sportowym, ciągnie się wzdłuż pasa lasu nad brzegiem jeziora. Las ten został zagospodarowany, położono ścieżki, chodniki i trasy rowerowe, zainstalowano latarnie i ławki, a obecnie jest to tzw. ogród publiczny. W lecie chodzimy nad jezioro, aby się kąpać, ale czasami zimą mamy tu też niespodziewane kąpiele.
W naszej klasie jest chłopiec, Wiktor, który nie jest zbyt dobry w szkole i stara się zrekompensować swoje słabe oceny w każdy możliwy sposób. W tym czasie wszystko, co się wydarzyło, było jego pomysłem.
Zaczęła się zima i Wiktor zaproponował, żebyśmy po szkole poszli nad jezioro i pobawili się na lodzie. Ktoś odrzucił tę sugestię, zauważając, że lód jest jeszcze cienki. To zdanie, wywołało w Wiktorze, chęć udowodnienia, że jest inaczej i rzucając, że wszyscy jesteśmy głupimi, tchórzliwymi pingwinami, zaprosił nas na pojedynek.
Wszyscy zniechęcaliśmy go w klasie, a on myślał, że jest najmądrzejszy, teraz, gdy oboje wiemy, że to nieprawda, poszedł na lód. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie, sprawdzając wytrzymałość lodu, potem przyspieszył i ruszył na nogach w kierunku środka jeziora. Nie mogliśmy tego znieść, zaczęliśmy krzyczeć, żeby wrócił. Byliśmy na środku jeziora i nie mogliśmy powstrzymać się od krzyku, żeby wrócił. Zrobiło mi się niedobrze na ten widok, niepokój nie dawał o sobie zapomnieć. Wtedy jednak nasz bohater uznał, że jego misja zakończyła się sukcesem i zaczął szybować w kierunku brzegu. Odetchnęliśmy z ulgą.
W jednej chwili stał na skorupie błotnistego lodu, a w następnej był już pod nim. Nie zdążyliśmy jednak zareagować, a ja natychmiast krzyknąłem. Biegnący ścieżką rowerową mężczyzna, ubrany w dres, ale w czapce z klapkami na uszach, pokonał zjazd do jeziora i rzucił się do wody.
Wyciągnął Wiktora, a w tym czasie mądrzejsi chłopcy zdążyli już wezwać karetkę. Ponieważ jedyną dorosłą osobą w pobliżu był mężczyzna, teraz już bez klapek na uszach, musiał iść jako eskorta, ale dla niego to też było dobre. W mokrym ubraniu, dokąd mógłby się dostać i co można by zorganizować? Ale w karetce od razu dali mu koc, Wiktor też dostał koc i zabrali naszych morsów do szpitala.
Rodzice Wiktora ukarali syna, podobnie jak rodzice wszystkich kolegów z klasy, którzy byli świadkami jego nierozważnego czynu. Najważniejsze jest to, że ja i wszyscy obecni pamiętamy tego bohatera w czapce z uszami. Nic o nim nie wiemy, ponieważ zadzwonił do kogoś, wsiadł do samochodu czekającego w pobliżu szpitala i odjechał. Czasem o nim pamiętamy, zwłaszcza zimą, gdy widzimy kogoś w czapce z uszami i słyszę od chłopców, że gdyby byli w jego wieku i byli jego postury, zrobiliby to samo.



