– Własnego faceta nie masz, to się rzucasz na cudzego? Przyjaciółka, nie ma co! Żebym twojej nogi więcej w moim domu nie widziała! – gniewnie powiedziała Kasia.
Wysiadać z autobusu nie miała ochoty. Magda mieszkała w dzielnicy nowych osiedli, gdzie komunikacja miejska jeszcze nie dojeżdżała. Od przystanku do domu było daleko, a pogoda nie sprzyjała. No cóż, w drodze wstąpi jeszcze do sklepu. Obiecali, że otworzą w sąsiednim bloku, ale kto wie, kiedy to będzie. Trzeba zapłacić za wczorajsze zaniedbanie – lodówka świeciła pustkami.
Magda wysiadła i nie zdążyła zrobić dwóch kroków, gdy podmuch wiatru zerwał jej kaptur, rzucając w twarz kosmyk włosów wraz z garścią zmarzniętego śniegu. Wiatr zdawał się wiać ze wszystkich stron naraz, uparcie próbując trafić śniegiem prosto w oczy.
Naciągnęła kaptur głębiej na czoło i szła, przytrzymując go ręką pod brodą, zgarbiona, z pochyloną głową jak staruszka. Tuż przed sklepem prawie zaczęła biec – tak bardzo chciała schować się przed wichurą.
W końcu za nią zatrzasnęły się drzwi, a Magda znalazła się w względnej ciszy sklepowej hali. Odsunęła kaptur, potrząsnęła głową, rozczesując zmierzwione włosy. Wzięła koszyk i ruszyła między półkami. Brała tylko niezbędne rzeczy, by zmieściły się w jednej reklamówce – resztę kupi jutro. Przecież jeszcze trzeba wracać do domu, a jedna ręka musi być wolna, żeby przytrzymywać kaptur.
Przed sobą zauważyła młodą kobietę z wózkiem, za który trzymał dzieciak około sześciu lat, wyglądający jak astronauta w grubym kombinezonie. Kobieta jedną ręką pchała wózek, w drugiej trzymała koszyk. Szli powoli, nie dało się ich wyprzedzić. Magda skręciła w inną alejkę. Wybrała butelkę mleka i poszła do stoiska z pieczywem.
I znowu zobaczyła przed sobą tę samą kobietę. Chciała wyminąć ją drugim przejściem, gdy z wózka wypadła mała pluszowa zabawka. Magda podniosła ją.
– Proszę pani, zgubiła pani! – zawołała.
Kobieta zatrzymała się i spojrzała.
– Proszę… – Magda podała zabawkę i nagle rozpoznała w niej swoją dawną koleżankę ze szkoły. – Kasia! – wykrzyknęła radośnie.
– Madzia! – ucieszyła się Katarzyna.
– Idę sobie i myślę, jaka to desperatka wyszła z dziećmi na zakupy w taką pogodę – powiedziała Magda.
– Mieszkam w tym samym bloku. Wpadłam tylko po mleko i kaszę mannę, bo się skończyła. Chciałam szybko sama wyjść, ale Zosia rozkaprysiła się, a Jasiek sobie z nią nie radził. No i wyszliśmy wszyscy.
Na języku Magdy zawisło pytanie o męża, ale na czas się powstrzymała. Nie wypada tak od razu wypytywać. Pewnie jeszcze w pracy.
Spuściła wzrok na chłopca. Obojętnie przyglądał się opakowaniom ciastek.
– Mój pomocnik – z dumą powiedziała Kasia.
– Ile ma lat?
– Sześć. We wrześniu idzie do szkoły.
– Chodźmy do domu, chcę dokończyć bajkę – niezadowolony, spojrzał na mamę.
– Poczekaj chwilę – surowo odparła Kasia. – Wybacz, Madziu, widzisz, nie należę do siebie. Zapisz mój adres i numer.
Magda sięgnęła po telefon.
– Zadzwoń, porozmawiamy. Dzieci zazwyczaj śpią od dziesiątej – powiedziała Kasia, kierując się do kasy.
– Czekaj, a zabawka? – zawołała za nią Magda.
Katarzyna coś szepnęła synowi. Jasiek podbiegł, zabrał różowego króliczka i wrócił do mamy. Kasia skinęła głową Magdzie i poszła dalej, gderząc na syna, że nie podziękował.
*„Niemożliwe, nigdy bym nie pomyślała, że Kasia będzie miała dwoje dzieci. Jak ona sobie w ogóle radzi? Ja bym się nie odważyła wyjść w taką zamieć”*, myślała Magda, stojąc w kolejce do kasy.
*„Dlatego nie masz ani męża, ani dzieci”*, powiedział jej wewnętrzny głos.
W domu Magda usmażyła jajecznicę. Nie miała ochoty na coś bardziej skomplikowanego. I tak było już za późno na solidny obiad. Gdy czekała, aż zagotuje się woda w czajniku, rozglądała się po nowej kuchni. Kupiła mieszkanie pół roku temu i była z tego dumna.
W pokoju stały tylko szafa, telewizor i kanapa, przez co wydawał się pusty i nijaki. Ale kuchnię urządziła od razu. Kuchnia to dla kobiety najważniejsze miejsce. Tu spędzała większość czasu. Teraz Magda wpadała tu tylko na chwilę, gotowała coś prostego i wracała przed telewizor. Ale kiedyś będzie miała rodzinę – męża, dzieci. I stanie się taką kura domową jak Kasia. Westchnęła.
W matowej powierzchni mebli odbijało się światło żyrandola. Czajnik zagwizdał, Magda poderwała się, by go wyłączyć. Po kolacji zaniosła naczynia do zlewu. Stojąc przy oknie, patrzyła na migające w ciemności światła samochodów, przypominające świąteczne girlandy. W oknach sąsiednich bloków świeciły się prostokąty. Ludzie siedzieli razem przy stole, jedli kolację, rozmawiali. Może ktoś też właśnie patrzy w okno i myśli to samo.
Przypomniała sobie Kasię. Pewnie nie miała czasu stać i się tak zastanawiać. Dwoje dzieci. A zawsze mówiła, że będzie miała tylko jedno albo wcale.
– Nie zamierzam marnować najlepszych lat życia na niewdzięczne dzieci, które potem wyfruną, a ja zostanę sama na starość. Nie, będę żyć pełnią życia. Niech inni się rozmnażają – mówiła Kasia w liceum.
Magda wtedy jej odpowiedziała, że dzieci to nasza kontynuacja, sens życia.
– No to sobie rób – odparła Kasia.
Magda mieszkała sama z mamą. Zmarła rok temu. Ojciec gdzieś był, ale dawno założył nową rodzinę. Gdyby miała rodzeństwo, nie byłoby tak samotnie. Każdy marzy o tym, czego mu brakuje.
Ona miała niepełną rodzinę i marzyła o bracie lub siostrze, potem o dzieciach. A została zupełnie sama. Kasia miała mamę, tatę i dwóch braci. Była najstarsza. Może dlatego nie chciała dzieci – zmęczyła się niańczeniem młodszych?
Cokolwiek byśmy nie planowali, wychodzi odwrotnie. Chyba nie da się oszukać programu, który ktoś w nas zapisałKasia odeszła w pośpiechu, ciągnąc za sobą wózek, a Magda stała jeszcze chwilę na mrozie, patrząc za nią i myśląc, że życie – tak często nieprzewidywalne – jednak potrafi przynieść niespodziewane rozwiązania, nawet jeśli droga do nich bywa kręta i bolesna.



