Bliska, Obca, ale Znajoma Babcia

— Babciu, a ty możesz być jeszcze czyjąś babcią?

— Co ty wygadujesz, Wiolu? Nie rozumiem.

— No wiesz, babciu, wszystkie dzieci na podwórku mają babcie. Jedna, dwie, a ja mam aż cztery. Dwie moje i po jednej od mamy i taty. A u Marcela nie ma żadnej. Bardzo mi go szkoda.

— Więc chcesz, żebym została jego babcią?

— No przecież, babciu! Nie oddawać cię, ale się podzielić. Żebyś i jemu robiła racuszki i zrobiła mu ciepły szalik na zimę.

— Ach, ty moje słoneczko… Marcel miał swoją babcię Irenę. Przyjaźniłyśmy się od małego. Szkolne koleżanki, nierozłączne. Ale zginęła… w tym wypadku. Akurat wtedy, gdy Marcel się urodził.

— Babciu, czemu płaczesz?

— Trudno, kotku. Pojechali z dziadkiem odebrać młodą mamę ze szpitala. Tymczasem naprzeciw nich wyjechała ciężarówka. Kierowca zasnął za kółkiem… Zderzenie. Odeszli. To takie bolesne.

— Babciu… Nie płacz. I tak będę Marcela zapraszać. On uwielbia twoje racuszki. I zrób mu skarpety na Gwiazdkę, dobrze?

— Oczywiście, że zrobię. Tylko, Wiolu, nie mów mu o tym. Skoro mama nie powiedziała, to musi być ważny powód. Umiesz dochować tajemnicy?

— Umiem, babciu. Obiecuję.

— To moja mądra dziewczynka. A teraz biegnij do dzieci — zaraz obiad.

Wybiegłam na podwórko i zaczęłam skakać na skakance. Chłopaki pod domem Szymka ścigali się, kto dalej plunie. Wygrał Szymek — po minach było widać, że się śmieje, a Kuba i Marcel mieli kwaśne minki.

— Chodźcie! Ktoś się wprowadza do pustego domu!

— Kto ostatni, ten ślimak leniwy!

Całą gromadą pobiegliśmy na sąsiednią ulicę. Dom stał pusty od dwóch lat, ale dziś podjechała ciężarówka, a mężczyźni wynosili meble. Podeszliśmy bliżej. Jeden grubszy pan zdjął czapkę i przetarł spocone czoło.

— Dzieciaki, gdzie tu można się napić wody?

— Mogę przynieść z domu!

— Albo przy studni!

— Pokażecie?

— Chodźcie! A kogo sprowadzacie?

— Staruszkę. Babcię. Bądźcie dla niej mili, dobrze? Nikogo już nie ma. To wszystko, co wiem.

— Jesteśmy grzeczni! Możemy jutro przyjść ją poznać?

— Jasne, przychodźcie.

Rozbiegliśmy się do domów, tylko Marcel został. Marzył, by zostać kierowcą. Nawet zapach benzyny go fascynował. Wdrapał się na jabłoń przed domem i cicho obserwował.

Nagle pod drzewem rozległ się głos:

— Przepraszam, chłopczyku. Nie chcę przeszkadzać, ale nie mam gdzie spać. Zgubiłam klucze. Pomógłbyś mi wejść przez okno?

Marcel zastygł, potem skinął głową.

— Nazywam się Marcel. Pomogę. Tylko niech panowie mnie podniosą.

Zeskoczył z drzewa i stanął obok drobnej babci o łagodnych oczach.

— A lubisz ciasto, Marcelku?

— Z marmoladą! I jeszcze z cebulą i jajkiem!

— Zapamiętam. Za kilka dni zaproś przyjaciół — będzie ciasto.

Wspiął się przez okno, otworzył drzwi. W domu było pusto i zakurzone. Gdzieś podarł koszulkę — trochę się zmartwił. Mama będzie zła. Ale babcia obiecała, że zaszyje. I zaszyła — do rana nie było śladu.

Od tamtej pory Marcel miał babcię. Nie swoją, ale jakby własną. Robiła mu rękawiczki, czytała bajki, zapraszała na herbatę. Nawet jego mama czasem przychodziła. Aż pewnego dnia babcia Danusia zachorowała.

Razem z Marcelem gotowaliśmy jej kaszę. Ja zapalałam gaz, on obierał ziemniaki. Kuba nawet napalił w piecu, gdy zrobiło się zimno. Dorośli pomagali, ale Marcel dbał o babcię najbardziej. To przecież jego babcia.

Teraz on też ma swoją babcię. Nie swoją, a jednak prawdziwą. Choć obcą, to najprawdziwiej rodzinną.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 1 =

Bliska, Obca, ale Znajoma Babcia