Biznesmen-zalotnik przyszedł do restauracji bez portfela, by sprawdzić moją materialistyczną naturę. Nie straciłam głowy… Oto, co wtedy zrobiłam…

Dziennik, 15 marca

Druga randka z Bartoszem zapowiadała się wyjątkowo elegancko zaprosił mnie do jednej z tych warszawskich restauracji, do których nawet wejść to nie lada przygoda. Oświetlenie przyćmione, miękkie krzesła, obsługa sunąca cicho między stolikami jak duchy. Bartosz wtopił się w to tło bez wysiłku nienaganny garnitur, połyskujący zegarek na przegubie i ta charakterystyczna półuśmiechnięta mina pewnego siebie faceta, dla którego świat kręci się wokół niego.

Zamawiaj, co chcesz rzucił niedbale, nawet nie patrząc w menu. Nie znoszę, gdy kobieta się ogranicza.

Brzmiało to efektownie, niemal jak z filmu o bajecznie hojnych książętach, ale przyznam, że poczułem pewien niepokój. Może dlatego, jak na mnie patrzył, a może przez tę jego litanię o byłych partnerkach, które według niego traktowały go wyłącznie jak chodzący portfel.

Zamówiłem sałatkę z kaczką i kieliszek rieslinga. Bartosz tymczasem poszedł na całość: stek, tatar, cała butelka drogiego, czerwonego wina. Rozwodził się o interesach, narzekał na powierzchowność ludzi, rozwijał teorie o wartościach i duchowej bliskości. Słuchałem, potakiwałem, chociaż czułem się w tej sytuacji trochę nieswojo jakby to była nie randka, a egzamin, w którym pytania podchwytliwe tylko czekają, kiedy je zadadzą.

Gdy kelner położył na stole czarną skórzaną teczkę z rachunkiem, Bartosz wcale nie przerwał swych rozważań. Niby od niechcenia sięgnął do jednej kieszeni marynarki, potem do drugiej, w końcu zaczął klepać się po spodniach. W końcu spojrzał na mnie z udawaną dezorientacją.

O kurcze Chyba zostawiłem portfel w biurze, albo w drugim aucie.

Wzruszył ramionami, prezentując wzorową bezradność, ale nie było w nim żadnej paniki. Nie poprosił kelnera o zaczekanie, nie sięgnął po telefon, by zrobić przelew po prostu patrzył na mnie wyczekująco.

Ale pech, co? Może możesz mnie uratować? Zapłacisz teraz, a ja ci oddam albo następnym razem postawię z procentem.

W tamtym momencie wszystko stało się jasne. To nie była przypadkowa skleroza czy niefart tylko test, o którym sam wcześniej opowiadał, nawiasem mówiąc, przez pół wieczoru.

Znałem podobne historie z forów internetowych i seriali, ale nie sądziłem, że spotka mnie to osobiście, w wykonaniu dojrzałego, atrakcyjnego finansowo faceta.

Jego sposób myślenia był aż śmiesznie schematyczny: jeśli kobieta (czyt. ja) bez zająknięcia płaci za dwóch jest porządna, wygodna, do ratowania i ciągnięcia za uszy. Jeśli odmówi znaczy, że jest interesowna i poluje na pieniądze. W tej chwili widziałem już nie przedsiębiorcę, a zakompleksionego manipulatora, który postanowił zabawić się w egzaminatora.

Był przekonany, że wygra. W jego bajce randka z partią roku sprawi, że bez mrugnięcia okiem wyciągnę kartę z portfela.

Wyciągnąłem portfel z torby powoli i spokojnie, a Bartosz wyraźnie się rozluźnił, przekonany, że plan wypalił.

Jasne, żaden problem powiedziałem i przywołałem kelnera.

Proszę podzielić rachunek powiedziałem wyraźnie. Zapłacę za siebie. Za stek, wino i deser niech płaci dżentelmen.

Jego uśmiech w jednej sekundzie ulotnił się z twarzy.

Jak to? syknął, pochylając się. Przecież nie mam przy sobie portfela.

Rozumiem skinąłem głową, przykładając telefon do terminala. Ale ledwo się znamy. Za siebie zapłacić to normalne. Kolacja mężczyzny, który sam zaprosił do luksusowej restauracji i zamówił najdroższe dania, to wybacz nie moja odpowiedzialność. Jesteś dorosły, dasz sobie radę.

Kelner zawahał się, przenosząc spojrzenie z niego na mnie. Bartosz zrzedł na twarzy i kolejne warstwy jego pewności siebie opadały jedna po drugiej, odsłaniając zwykłą arogancję.

Naprawdę? syknął. Przez te parę złotych? Powiedziałem, że oddam, to tylko test.

I przeprowadziłeś ten test powiedziałem, wstając. Jestem człowiekiem, który nie daje sobą manipulować.

Już kierowałem się do wyjścia, ale czułem, że to nie koniec. On został przy stoliku z nieopłaconym rachunkiem, wściekły i bezradny bez portfela.

Wróciłem jeszcze do stolika, wyjąłem z portfela kilka pomiętych banknotów i garść drobnych te same, które od miesięcy leżą na dnie torby.

Skoro portfel w innym aucie dodałem to chyba na taksówkę też nie masz?

Położyłem pieniądze obok jego kieliszka.

To na bilet do metra. Nie przejmuj się, jakoś dotrzesz! Potraktuj to jako moją cegiełkę do twoich badań duszy kobiety.

Parę osób przy sąsiednich stolikach obejrzało się na nas. Bartosz wyglądał, jakby dostał policzek.

Wyszedłem na chłodną ulicę.

Ten wieczór kosztował mnie tylko sałatkę i kieliszek wina niewielka cena za szybkie rozpoznanie człowieka i zaoszczędzenie sobie lat rozczarowań. Mam nadzieję, że Bartosz wyciągnął z tej lekcji coś dla siebie, choć takich ludzi zmienia życie rzadko.

Na przyszłość wiem już, że własnych granic trzeba pilnować. I że szacunek do siebie nigdy nie jest zbyt wygórowanym rachunkiem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + osiem =

Biznesmen-zalotnik przyszedł do restauracji bez portfela, by sprawdzić moją materialistyczną naturę. Nie straciłam głowy… Oto, co wtedy zrobiłam…