Pewnego słonecznego poranka Krzysztof zamiatał podłogi na dworcu autobusowym, słuchając muzyki w słuchawkach. Od dziesięciu lat to miejsce było jego całym światem. Nagle usłyszał niepewny głos:
— Przepraszam…
Odwrócił się i zobaczył zmęczoną kobietę, może z 35 lat, z zaczerwienionymi od płaczu oczami. Trzymała na rękach niemowlę, a obok stało dwoje starszych dzieci.
— Mogę pani jakoś pomóc? — zdjął słuchawki.
— Musimy jechać do Warszawy… Proszę, czy mógłby mi pan kupić bilet? — jej głos drżał.
— Wszystko w porządku? Wygląda pani na przerażoną.
Kobieta zawahała się: — Uciekam od męża. To… to zły człowiek. Chcę do siostry w Warszawie, ale zgubiłam portfel.
Krzysztof nie mógł odmówić, choć to były jego ostatnie pieniądze. Kupił bilet.
— Dziękuję z całego serca — szepnęła, gdy wręczył jej bilety.
— Niech pani zadba o dzieci.
— Proszę mi powiedzieć, gdzie pan mieszka. Chcę się odwdzięczyć.
W końcu podał adres, a autobus z kobietą i dziećmi odjechał.
Wieczorem w swoim małym mieszkaniu Krzysztof gotował z córką, Zosią. Odkąd żona ich opuściła, byli tylko dla siebie. Dziewczynka, mimo młodego wieku, pomagała w domu jak mogła.
Następnego dnia Zosia obudziła go krzykiem: — Tato! Zobacz, co jest na podwórku!
Na trawniku stało kilkanaście paczek. Na jednej z nich leżała koperta z listem:
— To ja, ta kobieta z dworca. Zostawiam panu swoje rzeczy — może je pan sprzeda. To podziękowanie za pomoc.
Krzysztof czytał, gdy nagle rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Zosia upuściła wazon, a wśród skorup błysnął diament.
— Boże, jesteśmy bogaci! — krzyknął.
— Musimy go oddać! — Zosia znalazła adres nadawcy.
— Ale pomyśl, Zosiu! To Twoja przyszłość!
Mimo to dziewczynka przekonała go. Krzysztof jednak postanowił zabrać kamień do jubilera, pana Nowaka.
— To wyjątkowy okaz — mruknął jubiler. — Wartość? Co najmniej 400 tysięcy złotych. Skąd go pan ma?
— To spadek — skłamał Krzysztof. — Kupi go pan?
Nowak zadzwonił do „kolegi”, potem zaoferował 40 tysięcy. Gdy Krzysztof się wahał, jubiler upuścił diament… i niezauważenie podmienił go na szklany odpowiednik.
W domu Krzysztof znalazł kartkę: — Masz mój diament. Jeśli chcesz zobaczyć córkę żywą, przynieś go pod wskazany adres.
Serce mu zamarło. Pojechał na miejsce, gdzie czekał mężczyzna z blizną i pistoletem.
— Gdzie Zosia?! — krzyknął Krzysztof.
— Najpierw diament.
Gdy oszust zobaczył, że to szkło, wpadł w szał. Krzysztof wykorzystał to, by uwolnić Zosię, a potem podstępem nakłonił porywacza, by sam wpadł w ręce policji.
— Tato… naprawdę zabiłeś tego jubilera? — zapytała Zosia, gdy już byli bezpieczni.
— Nie, kochanie. To była tylko gra. Ale oni już nikogo nie oszukają.
I tak Krzysztof, choć z duszą na ramieniu, ocalił córkę. A diament? Cóż… pewnie wrócił do prawowitego właściciela.



