Biedna babcia mojego męża przepisała swój dom mojemu mężowi. Gdy otworzyliśmy jej szafy w starej kamienicy w Krakowie, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.

Mój mąż miał babcię, którą wszyscy w rodzinie nazywali Babcia Zosia. Każde lato spędzał u niej w jej starym, drewnianym domu na obrzeżach Lublina. Dla niego był to prawdziwy raj szerokie podwórko, zapach świeżego chleba, gwar wróbli na lipie pod oknem. Babcia Zosia nie protestowała przeciwko tym wizytom, choć miała dużo zajęć prowadziła własny interes, co jak na tamte czasy było nie lada wyczynem. Organizowała wszystko samodzielnie i z uporem, a jej specjalnością były lecznicze zioła, które dostarczała do aptek w całym województwie lubelskim.
Mąż nigdy nie rozumiał, jak to wszystko udawało się jej pogodzić, ale dobrze zapamiętał, że jak na tamte lata zarabiała naprawdę pokaźne sumy w złotówkach. Babcia Zosia była kobietą z charakterem ostra w słowach, wymagająca, lecz kochająca wnuka całym sercem. Nigdy nie szczędziła pieniędzy na porządny obiad czy swojskie wypieki, ale na lody czy bilet do kina już nie dostał od niej ani grosza. Rodzina zawsze szeptała po kątach, że na pewno na coś odkłada pieniądze. W jej domu stały ogromne, ciemne szafy z setkami przegródek, zawsze zamkniętych na żelazny klucz.
Ciekawość mojego męża, by odkryć, co kryją te tajemnicze schowki, nigdy nie spotkała się z powodzeniem. Babcia powtarzała krótko: To wszystko potrzebne do pracy. Z upływem lat czasy się zmieniły, na rynku pojawili się konkurenci i przedsiębiorstwo upadło. Wtedy Babcia Zosia została znachorką pomagała ludziom, nie biorąc za swoje umiejętności ani złotówki. Odwiedzali ją majętni ludzie z Warszawy i Krakowa, lecz ona sama żyła bardzo skromnie. Kiedy przywoziliśmy jej arbuza czy kosz wędlin, zawsze zapierała się rękami i nogami, tłumacząc: Nie róbcie ze mnie księżniczki, ja do takiego życia nie jestem przyzwyczajona.
Po jej śmierci spadł na nas obowiązek uporządkowania wszystkiego. Dom przekazała mężowi. W spiżarni odkryliśmy góry słoików i paczek z jedzeniem większość była już dawno nie do zjedzenia. Okazało się, że jej dawni pacjenci z wdzięczności przynosili jej podarunki, których ona właściwie nie ruszała. Największe zaskoczenie jednak przyszło, gdy otworzyliśmy szafy. Zobaczyliśmy całą kolekcję luksusowych rzeczy z lat dziewięćdziesiątych: zegarki, porcelanę, kryształy, sukienki jak z paryskich wybiegów. Wszystkiego było tyle, że można by urządzić wystawę.
Nie potrafię pojąć, dlaczego Babcia Zosia zamieniała ciężko wypracowane pieniądze na te przedmioty, których wartość z czasem przecież malała. Mimo upływu lat ciągle nad tym rozmyślam kim tak naprawdę była, co czuła, z czego zrezygnowała i do czego tak bardzo przywykła? Pozostały po niej szafy pełne skarbów i wspomnienia, które przez lata nabrały jeszcze większej wartości niż wszystko to, co skrzętnie chowała za żelaznym kluczem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 1 =

Biedna babcia mojego męża przepisała swój dom mojemu mężowi. Gdy otworzyliśmy jej szafy w starej kamienicy w Krakowie, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.