Bezrobotny zięć od pół roku na naszym utrzymaniu, a córka go broni

No tak, to jest historia jak żywa… Zięć Piotr siedzi bez pracy już ponad pół roku, a moja córka Joanna go jeszcze broni. Serce się kraje, gdy widzę, co się dzieje z rodziną, kiedy dorośli ludzie nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niedawno pokłóciłam się z Joanną, a wszystko przez jej męża — od ośmiu miesięcy nie pracuje i nawet nie próbuje tego zmienić. A moja córka? Twierdzi, że wstyd iść byle gdzie do pracy, skoro ma doświadczenie i wykształcenie. Ale żyć na garnuszku rodziców — to już nie wstyd, tak?

Dwa lata temu wzięli ślub. Piękna impreza, wszystko jak należy. My, rodzice, dołożyliśmy się po połowie do mieszkania w Warszawie. Sami remontowali, oboje wtedy pracowali, pieniędzy starczało. No, może nie zawsze wydawali rozsądnie, ale nie wtrącaliśmy się — dorośli, niech się uczą.

Pół roku temu urodził się wnuczek Maciuś. Radość ogromna, ale i kłopoty od razu. Joanna poszła na macierzyńskie, a Piotr w tym samym czasie stracił pracę. Oszczędności? Żadnych. Zwrócili się o pomoc, my z mężem oczywiście pomogliśmy. Teściowie też się dołożyli. Wszystko — od wózka po łóżeczko — kupiliśmy my. Joanna dostaje grosze, a Piotr szuka pracy… już ósmy miesiąc.

Obiecywał, że to tymczasowe, że znajdzie coś odpowiedniego i spłaci długi. Nie żądaliśmy zwrotu, byleby się pozbierali. Ale czas leci, a nic się nie zmienia. My z mężem już padamy ze zmęczenia. Czy tak trudno iść choćby na chwilę do magazynu czy do dostaw? Ale nie, bo to „nie dla niego”. A Joanna tylko przytakuje.

Ostatnio nie wytrzymałam i powiedziałam jej, co myślę. Mówię: on jest mężczyzną, ojcem, powinien utrzymać rodzinę. A on leży na kanapie i czeka, aż spadnie mu z nieba wymarzona posada za 10 tysięcy złotych. A my z mężem harujemy, żeby oni nie głodowali.

Joanna się obraziła. Nazwała mnie okrutną, że nie rozumiem ich sytuacji. Że jak pójdzie „byle gdzie”, to nie będzie miał siły na rozmowy kwalifikacyjne, a ona i tak ma ciężko z dzieckiem. Słuchałam tego i aż krew we mnie wrze. Kiedy młodzi zaczęli myśleć, że rodzice muszą utrzymywać nie tylko ich, ale i ich dzieci? My z mężem wychowaliśmy ją bez pomocy dziadków, sami pracowaliśmy, sami radziliśmy sobie. A oni? Urządzili się wygodnie.

Pogadałam z teściową. Też jest wkurzona — mówi, że syn tylko narzeka na zmęczenie, ale nawet odkurzacza nie ruszy, a co dopiero do pracy pójdzie. Umówiłyśmy się: koniec, stawiamy tamę. Żadnych cotygodniowych zakupów, żadnych pieluch za nasze pieniądze. Tylko absolutne minimum.

Może to brzmi surowo? To nasze dzieci, ale czy miłość to wieczne pobłażanie? Czy prawdziwa troska to pozwalać im się staczać? Sami muszą zrozumieć, że rodzina to praca, a nie wieczne wakacje.

Jeśli teraz ich nie otrzeźwimy, za rok będą w jeszcze gorszej sytuacji. On dalej będzie czekał na idealną ofertę, a ona — mówiła, że „wszystko gra”. Tylko że żyć będą już nie na swojej, a na naszej głowie. I bez cienia wstydu.

A przecież Maciusiowi dają taki przykład. Czy tak można?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 4 =

Bezrobotny zięć od pół roku na naszym utrzymaniu, a córka go broni