Dziennik osobisty Dzień, w którym wszystko się zmieniło
Nadal trudno mi uwierzyć w to, co się wydarzyło. W moim życiu pojawił się cud, jakiego nie sposób wyjaśnić, nawet najlepszym lekarzom. Minęły już ponad trzy miesiące, odkąd mój tata Janusz Kowalik, jeden z najbogatszych ludzi w Warszawie i właściciel rodzinnej firmy, trafił do szpitala. Leżał tam, pogrążony w głębokiej śpiączce. Lekarze twierdzili, że to stan wegetatywny, graniczący z beznadziejnym. Rodzina coraz głośniej debatowała, co zrobić z majątkiem, z firmą, nad którą tata pracował przez pół wieku. Wtedy to się stało.
Był środek wiosny, noc była cicha, tylko szum deszczu było słychać zza szyb budynku szpitala przy ul. Banacha. Pamiętam doskonale pokój 312. Kiedy nocna pielęgniarka, pani Basia, weszła z lekarstwami, zamarła. Na łóżku, tuż obok taty, leżał pręgowany, chudy kot z białymi i brązowymi plamami na sierści. Dotykał łapą twarzy taty, jakby go głaskał. Basia aż upuściła tacę na podłogę, hałas rozległ się po całym korytarzu. Kot jednak wcale się nie wystraszył. Został, delikatnie mrucząc, jakby rozmawiał z nieprzytomnym tatą. Pani Basia chciała go wyrzucić, ale zwierzak z wściekłością łapał się pazurami prześcieradła, nie odpuszczając.
Wtedy wpadł do środka doktor Marek Nowak młody, ale już szanowany neurolog. Podniósł rękę: Zaczekaj. Zobacz jego twarz. Kiedy Basia się przyjrzała, zobaczyła, jak po prawym policzku taty spływa łza. Jedna łza. Niemożliwe mruczał doktor, bo człowiek w głębokiej śpiączce nie płacze ze wzruszenia. Lekarz sprawdził źrenice, nie było żadnej reakcji, ale łza była autentyczna. Trzeba powiadomić rodzinę, powiedziała pielęgniarka, ciągle niewierząca własnym oczom.
Kot od tej pory każdego ranka pojawiał się przez uchylone okno. Pracownicy szpitala zaczęli zostawiać dla niego miskę z wodą i puszkę karmy. Przez wiele dni z niedowierzaniem patrzyliśmy, jak mojemu tacie zaczyna się poprawiać.
Telefon zadzwonił o 23, gdy próbowałam oglądać film, by oderwać myśli od tego wszystkiego. Pani Kingo, proszę natychmiast przyjechać do szpitala. Coś się stało z pańskim ojcem. Dłonie mi się trzęsły, choć miałam do taty tyle żalu. Serce waliło jak oszalałe czy to już koniec? Nie, nie umarł, ale proszę przyjechać, to pilne. Wybiegłam z mieszkania, nawet nie zamknęłam drzwi.
Droga do szpitala ciągnęła się w nieskończoność, czerwone światła na skrzyżowaniach denerwowały mnie bardziej niż zwykle. Biegłam przez puste korytarze aż do pokoju 312. Zatrzymałam się w drzwiach. Kot, ten sam pręgowany kot, leżał przy tacie, mruczał głośno. Twarz taty zwrócona była w jego stronę. Co tu się dzieje?, nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
Pani Kingo zaczął lekarz ostrożnie wiem, że to brzmi abstrakcyjnie, ale pojawienie się tego kota wywołało reakcję u pana taty. Płakał, kiedy się pojawił. Proszę spojrzeć na pozycję jego głowy, jeszcze rano leżał odwrócony w drugą stronę. Teraz patrzy na kota.
Patrzyłam i przypominałam sobie. Przecież już kiedyś widziałam tego kota. To niemożliwe, szeptałam. Zna pani to zwierzę? spytał lekarz. Skinęłam głową. Tata zawsze dokarmiał kota na parkingu firmy. Przywoził mu suchą karmę, a sam zostawał z nim kilkanaście minut, rozmawiał jak z przyjacielem. Zawsze wydawało mi się to dziwne taki poważny człowiek, a rozczula się nad kotem. Mercedes Ostrowska, sekretarka taty, potwierdziła mi to podczas spotkania w kawiarni przy szpitalu. To był jego powiernik. Z kotem rozmawiał szczerze, o lękach, smutkach, winie.
Dni mijały, kot bywał codziennie, a ja coraz więcej czasu spędzałam przy łóżku taty. Zaczęłam doceniać scenę, której byłam świadkiem widok, jak tata, nawet nieprzytomny, wydaje się spokojniejszy dzięki obecności zwierzaka. Nawet lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. W rezultacie pozwolili kotu zostawać.
Po pewnym czasie do szpitala zajrzał mój wuj, Ryszard, brat taty, obecnie prowadzący firmę. Wpadł w furię, że kot przebywa w sali intensywnej terapii. To niedopuszczalne! krzyczał. Ja tu teraz zarządzam, proszę natychmiast go wyrzucić! Spojrzałam mu w oczy: Nie masz prawa o tym decydować, jestem córką. Kot zostaje.
Sytuacja się zaostrzyła, bo nawet mama i Ryszard knuli coś w sprawie firmy jak się później dowiedziałam, bardzo im na tym zależało, żeby tata pozostał nieprzytomny. Odnalazłam Carmelinę, naszą dawną gosposię, która kiedyś zniknęła z dnia na dzień. Spotkałyśmy się przypadkiem podczas poszukiwań kota, kiedy zniknął z dnia na dzień po burzy. Przez godzinę chodziłam po okolicy Ochoty, wypytywałam ludzi, aż w końcu usłyszałam ciche miauczenie w jednym z podwórek.
Leżał tam, ciężko ranny potrącony przez auto, odwodniony, głodny. Carmela mi pomogła. Razem zabrałyśmy kota na ulicę Grójecką do zaprzyjaźnionego weterynarza, doktora Edwarda Witkowskiego. Operacja, leki, opieka 4700 złotych, cała moja oszczędność, ale nie zastanawiałam się. Musiałam to zrobić, dla taty i dla siebie.
Doktor zgodził się, by na własne ryzyko zabrać kota z powrotem do szpitala, mimo że się jeszcze leczył. Kiedy wrócił na salę, tata znowu zaczął pokazywać oznaki życia. Delikatne ruchy palców, oczy poruszające się pod powiekami. Lekarze byli zdumieni, nie mogli tego wytłumaczyć medycznie.
W międzyczasie odkryłam jeszcze coś tata miał dwie twarze. Rozmawiałam z dawnymi pracownikami firmy: pan Zbyszek z ochrony powiedział mi, że tata opłacał ukradkiem studia jego córki. Pani Jadzia, księgowa, wyznała, że stworzył tajny fundusz pomocy dla ludzi z firmy.
Dlaczego przed nami to ukrywał? Mercedes odpowiedziała: Tata miał poczucie, że nie może pokazać słabości. Pracował od zera, pamiętał biedę. Każdy dzień to była walka o byt.
Wyrozumiałość nie ukrywam przyszła mi z trudem. Ale obecność kota przez te wszystkie dni i moje nowe rozmowy z Carmeliną pomogły mi lepiej zrozumieć ojca. Nawet Carmela przebaczyła mu po latach.
Pewnej nocy, podczas gwałtownej burzy, kot bardzo się zestresował. Skakał po pokoju, próbował wyjść przez okno, aż w końcu zniknął z pola widzenia. Przez trzy dni tacie się pogorszyło wszystko wróciło do punktu wyjścia. Wtedy to ja zdecydowałam się szukać kota po całej Warszawie, jak szalona. Gdy go znalazłam, był na granicy śmierci. Ale przeżył i wrócił do szpitala.
Po powrocie kota tata z dnia na dzień się poprawiał. Zaczęłam prowadzić śledztwo wokół firmy. Ujawniono przekręty wujka Ryszarda, nielegalne przelewy do własnej kieszeni. Zgromadziłam dowody u notariusza, pana mecenasa Andrzeja Matysika.
Kiedy tata odzyskał świadomość, poruszył ręką i dotknął kota. Łzy same płynęły mi po policzkach. To twój Kompan? zapytałam. Tak, od pięciu lat mój najwierniejszy przyjaciel szepnął tata. Zaczął mówić coraz wyraźniej. Wkrótce opowiedział mi swoją prawdziwą historię jak przyjechał do Warszawy z jednej walizką i dziesięcioma złotymi w kieszeni, spał na dworcu i gdy był najniżej, ktoś mu bezinteresownie pomógł. Teraz chciał oddać połowę swojego majątku na cele społeczne: fundacje, szkoły, szpitale.
Po ujawnieniu przekrętów wujek musiał zrezygnować z funkcji w firmie. Tata przebaczył mu publicznie. Byłem zimny, odpychałem ludzi z dumy i lęku. Ale już nie chcę żyć w samotności wyznał.
Czas od tego momentu zmienił wszystko. Tata założył w Warszawie pierwsze centrum terapii zwierzęcej im. Kompana, gdzie chorzy, niepełnosprawni i samotni mogą leczyć się kontaktując ze zwierzętami. Kompan miał swój kącik, gdzie przyjmował odwiedzających. Tata zaczął chodzić po parkach, rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, dzielić się dobrem, a firma zmieniła swój profil na bardziej odpowiedzialny społecznie.
Carmela wróciła do nas jako pełnoprawna członkini rodziny, nie pracownica. Ryszard wyjechał na Mazury, prowadzi sklep spożywczy, pisze czasem listy z podziękowaniami. Kompan zyskał sławę na całą Polskę pojawiał się w telewizji, pisano o nim książki i reportaże.
Nawet gdy Kompan po latach odszedł cicho, zasypiając spokojnie na kolanach taty, jego legenda trwała. W ogrodzie posadziliśmy dąb, a na kamiennej tabliczce wyryto tylko: Kompan ten, który kochał bezwarunkowo.
Pewnego dnia odebrałam telefon od kobiety, która znalazła podobnego kota. Kiedy go przyniosłam tacie, tylko się uśmiechnął. Życie toczy się dalej powiedział. Najważniejsze jest kochać i nigdy nie jest za późno, by przebaczyć i zmienić swoje życie.
Piszę te słowa ze łzami wzruszenia. Wydaje mi się, że od Kompana nauczyłam się najwięcej miłości, prostoty, wdzięczności. Tata nie zostawił nam fortuny zostawił nam coś ważniejszego: mosty, które zbudował na nowo, ludzi, którym pomógł, dobro, które poszło w świat. I to wszystko dzięki jednemu, zwykłemu kotu z warszawskiej ulicy.


