Bez musisz
Tomasz przekroczył próg mieszkania i zobaczył na stole w kuchni trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubeczek po jogurcie i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał pośrodku korytarza, a Weronika siedziała na kanapie, zapatrzona w telefon.
Zdjął buty, odstawił torbę na podłogę. Miał już powiedzieć coś o tych talerzach, lecz zmęczenie ścisnęło mu gardło, więc bez słowa podszedł do stołu, wziął jeden talerz i zaniósł do zlewu.
Tato, zaraz umyję rzuciła Weronika, nie patrząc na niego.
Mhm.
Odkręcił wodę, podstawił talerz. Makaron nasiąkał wodą, spływał w dół zlewu. Tomasz przekręcił kurek i wpatrzył się w mokre naczynie.
Werka, gdzie Kostiś?
U siebie. Robi matmę.
A ty?
Ja już wszystko zrobiłam.
Wytarł ręce o kuchenny ręcznik i przeszedł do pokoju syna. Kostek leżał na dywanie, głowę podpartą pięścią, a w zeszycie nabazgrane półtora zadania.
Cześć rzucił Tomasz.
Cześć.
Jak tam?
Dobrze.
Lekcje?
Robię.
Tomasz usiadł na brzegu łóżka. Kostek spojrzał na niego ukradkiem, zaraz potem wsadził nos w zeszyt.
Tato, o co chodzi?
Sam nie wiem przyznał Tomasz. Zmarnowany dziś trochę jestem.
I rzeczywiście nie wiedział. Rano matka dzwoniła, żeby pomóc jej posprzątać szafę. Potem w pracy zebranie ciągnęło się do osiemnastej. W metrze ścisk, ledwo wcisnął się do drzwi. Teraz siedział w pokoju Kostka i czuł, że nie chce ani mówić o talerzach, ani o szkole, ani o porządku w mieszkaniu. Nie chciał być kimś, kto wraca do domu i automatycznie spełnia rolę rodzica.
Posłuchaj, może zbierzmy się wszyscy w kuchni zaproponował. Razem.
Ale po co?
Porozmawiać.
Kostek skrzywił się.
Znowu o pałę z polskiego?
Nie. Po prostu pogadać.
Tato, lekcje mam do zrobienia.
Dokończysz później. Pięć minut.
Wyszedł do salonu i zawołał Weronikę. Dziewczyna podniosła głowę, westchnęła z niezadowoleniem.
Serio?
Serio.
Rzuciła telefon na kanapę i poszła za ojcem. Kostek pojawił się w drzwiach kuchni, jakby nie był pewien, czy wejść.
Tomasz usiadł przy stole, odsunął zeszyt. Weronika zajęła miejsce naprzeciwko, Kostek przysiadł niepewnie na brzegu krzesła.
Co się stało? zapytała Weronika.
Nic się nie stało.
To po co to wszystko?
Tomasz spojrzał najpierw na nią, potem na syna. Kostek miał zaniepokojone spojrzenie, jakby spodziewał się czegoś złego.
Po prostu chcę porozmawiać wyrzucił z siebie w końcu Tomasz. Tak szczerze. Bez musisz zrobić lekcje, musisz pozmywać naczynia, tego wszystkiego.
Czyli nie trzeba już zmywać? upewnił się ostrożnie Kostek.
Zmyjemy potem. Chodzi mi o coś innego.
Weronika skrzyżowała ramiona.
Dziwnie się dziś zachowujesz.
Dziwnie, zgadza się przyznał. Może dlatego, że zmęczyło mnie udawanie, że wszystko jest okej.
Zapadła cisza. Słowa ugrzęzły mu gdzieś między myślami a ustami.
Nie wiem nawet, jak to powiedzieć… Ale mam wrażenie, że wszyscy udajemy. Ja wracam, wy udajecie, że nic was nie rusza, ja udaję, że wierzę. Rozmawiamy o szkole, o obiedzie, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy.
Tato, trochę nas dołujesz szepnęła Weronika. Po co?
Nie wiem. Może dlatego, że sam sobie nie radzę i boję się, że wy też nie dajecie rady, tylko ja nawet nie wiem, z czym dokładnie.
Kostek zmarszczył brwi.
Ja sobie radzę.
Na pewno? spojrzał na niego Tomasz. To dlaczego już od dwóch tygodni zasypiasz po północy?
Chłopiec milczał, patrząc w blat stołu.
Słyszę, jak się przewracasz w łóżku dodał Tomasz. I rano masz taką minę, jakbyś całą noc nie zmrużył oka.
Po prostu nie chce mi się spać.
Kostek.
No co, Kostek?
Powiedz jak jest naprawdę.
Chłopak wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.
W szkole wszystko okej. Lekcje robię. Czego jeszcze chcesz?
Nie pytam o szkołę.
Wtedy wtrąciła się Weronika:
Tato, czemu go przepytujesz?
Nie przepytuję. Chcę zrozumieć.
A może on nie chce mówić. Ma do tego prawo.
Spojrzał na nią.
Dobrze. A ty? Jak u ciebie?
Parsknęła.
U mnie? Super. Uczę się, spotykam z koleżankami, wszystko jak trzeba.
Werka.
Umilkła. Odwróciła oczy.
Co?
Od miesiąca praktycznie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dzwoniły dwa razy, nie chciałaś iść.
No i co z tego? Nie miałam ochoty.
Dlaczego?
Ścisnęła usta.
Bo mam dość ich gadania, chłopaków, pierdół. W porządku?
W porządku powiedział cicho. Po prostu wydajesz się smutna.
Pokręciła głową, jakby chciała odgonić tę myśl.
Nie jestem smutna.
Dobrze.
Zapanowała cisza. Słychać było tylko buczenie lodówki.
Słuchajcie odezwał się wolno nie chcę was teraz wychowywać. I nie chce, żebyście mnie pocieszali. Powiem wprost: boję się. Każdego dnia. Boję się, że zabraknie mi pieniędzy, boję się, że babcia zachoruje i nic nie powie, boję się, że mnie zwolnią z pracy. I boję się, że coś przeżywacie, a ja nawet nie zauważę, bo myślę tylko o sobie. I mam dość udawania, że nad wszystkim panuję.
Weronika zamrugała i spojrzała na niego uważniej.
Ale przecież ty jesteś dorosły powiedziała cicho. Powinieneś sobie radzić.
Wiem. Ale nie zawsze daję radę.
Kostek uniósł głowę.
A co się stanie, jeśli sobie nie poradzisz?
Nie wiem odpowiedział szczerze Tomasz. Może będę musiał prosić o pomoc.
Kogo?
Na przykład was.
Kostek posmutniał.
Ale my jesteśmy dziećmi.
Jesteście, to prawda. Ale też jesteście częścią tej rodziny. I czasem potrzebuję, żebyście powiedzieli mi prawdę. Nie wszystko w porządku, tylko jak naprawdę jest.
Weronika przejechała dłonią po stole, zmiatając niewidzialne okruchy.
Po co ci to wiedzieć?
Żeby nie być sam.
Podniosła na niego wzrok i zobaczył w jej oczach coś, co przypominało zrozumienie.
Boję się chodzić do szkoły odezwał się nagle Kostek. Tam jeden chłopak mówi mi codziennie, że jestem głupi. I wszyscy się śmieją.
Coś ścisnęło Tomaszowi w środku.
Jak on się nazywa?
Nie powiem. Pójdziesz z nim gadać i będzie jeszcze gorzej.
Nie pójdę. Obiecuję.
Kostek spojrzał na niego z nieufnością.
Naprawdę?
Naprawdę. Ale musisz wiedzieć, że nie jesteś sam.
Kostek skinął głową i spojrzał w podłogę.
Nie jestem sam. Jest Kuba, on jest w porządku. Siedzimy razem.
To dobrze.
Weronika westchnęła.
Nie chcę iść do liceum powiedziała cicho. Wszyscy pytają, gdzie złożę papiery, a ja nie wiem. W ogóle nie wiem. I wydaje mi się, że nigdzie się nie dostanę, bo na niczym się nie znam.
Werka, masz czternaście lat.
No i co z tego? Wszyscy już są zdecydowani. Tylko nie ja.
Nie wszyscy.
Wszyscy, których znam.
Zamilkł na moment.
W twoim wieku chciałem być geologiem. Potem zmieniłem zdanie. Później jeszcze raz. A teraz robię zupełnie co innego niż myślałem.
I co, jest okej?
Różnie bywa. Czasem dobrze, czasem ciężko. Ale tak już jest. Życie nie musi być zaplanowane co do milimetra.
Weronika lekko kiwnęła głową, choć niepewnie.
Wszyscy mówią, że trzeba się określić.
Mówią zgodził się. Ale to oni mówią, nie ty.
Spojrzała na niego i pierwszy raz lekko się uśmiechnęła.
Dziś jesteś inny.
Zmęczyło mnie udawanie.
Kostek prychnął.
Mogę cię o coś zapytać?
Jasne.
Naprawdę się boisz?
Naprawdę.
A co robisz, kiedy się boisz?
Tomasz zamyślił się.
Wstaję rano i po prostu robię coś. Nawet jeśli nie wiem, czy to dobre. Po prostu działam.
Kostek skinął głową.
Rozumiem.
Milczeli. Tomasz patrzył na swoje dzieci i wiedział, że żadnych problemów nie rozwiązał, nie udzielił odpowiedzi, nie rozwiał niepokoju. Ale coś się przełamało: pokazał im, że może być nie tylko rodzicem, lecz także zwyczajnym człowiekiem i oni odpowiedzieli tym samym.
Idę zmywać naczynia powiedziała Weronika, wstając.
Pomogę dodał Kostek.
Ja też Tomasz się uśmiechnął.
Wszyscy podnieśli się, Weronika odkręciła wodę, Kostek podał gąbkę. Tomasz chwycił ścierkę i zaczął wycierać. Trwali w ciszy, ale to była inna cisza nie pusta, lecz pełna.
Gdy ostatni talerz wylądował na suszarce, Weronika otarła dłonie i spojrzała na ojca.
Tato, a możemy tak jeszcze kiedyś pogadać? Kiedyś znowu?
Jasne odpowiedział. Kiedy tylko chcesz.
Dziewczyna skinęła głową i poszła do siebie. Kostek został, przydeptał nogą wykładzinę.
Dzięki, że nie będziesz rozmawiać z tamtym chłopakiem mruknął.
Ale jeśli będzie ci już bardzo trudno, powiesz mi?
Powiem.
No to chodź, dokańczamy matmę.
Poszli razem do pokoju Kostka, usiedli na dywanie. Tomasz wziął zeszyt, spojrzał na zadania. Kostek zbliżył się, zaczęli rozwiązywać kolejne przykłady, spokojnie, bez pośpiechu. Teraz Tomasz wiedział za tymi zadaniami kryje się chłopiec, który się boi, a on sam może być nie tylko sprawdzającym ojcem, lecz kimś, kto też czasami się boi i mimo to codziennie wstaje.
To było niewiele, ale to był początek.



