Dzisiaj znów miałam dość. Siedziałam w kuchni, zmywałam naczynia, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Jak grom z jasnego nieba – stanęła w nich moja teściowa, Halina Stanisławówna.
— Cześć, Julciu — powiedziała z przesadną czułością. — Postanowiłam was odwiedzić. Tak sobie, wpadłam!
Zaprosiłam ją do kuchni, nastawiłam czajnik i krzyknęłam do męża.
— Grzesiu, twoja mama przyszła!
Po chwili cała trójka siedziała przy stole. Halina powoli mieszała cukier w herbacie, spoglądając na mnie z tym charakterystycznym przymrużeniem oczu, które od dawna nauczyłam się rozpoznawać — preludium do manipulacji.
— Wiesz, Grzesiu — zaczęła — Tomek zaproponował Magdzie, żeby się do niego wprowadziła. Wyobrażasz sobie? Jeszcze przed ślubem!
— No to mu się napatoczyło — zaśmiał się Grzegorz. — Nasza Magda go nauczy życia. Spokoju mu nie da!
— Ależ nie! — oburzyła się teściowa. — Magda to zupełnie inna dziewczyna. Skromna, rozsądna, nie jak niektóre…
Ten wzrok. Kamień, jak zawsze, leciał w moją stronę. Udawałam, że nie widzę.
— A wiesz, co Tomek jeszcze zrobi? — podniosła palec z triumfem. — Sprezentuje jej mieszkanie! Na ślub! Prawdziwy mężczyzna!
Grzegorz skrzywił się.
— Zobaczymy, czy dotrzyma słowa. Póki nie zobaczę dokumentów, nie uwierzę.
— Oto, co znaczy dobry wybór! — nie dawała za wygraną Halina. — A ty, swoją drogą, masz żonę z mieszkaniem, a sam nawet nie jesteś współwłaścicielem.
Wyszłam z pokoju. Serce ścisnęło mi się w piersi. Znowu to samo — „przecież to sprawiedliwe”, „powinnaś przepisać połowę”, „jesteście rodziną”. Minął rok od ślubu, a teściowa wciąż próbowała wyrwać kawałek mojego mieszkania.
Grzegorz też zaczął naciskać. Że się go wyśmiewają — facet bez mieszkania. Że kupił samochód, zrobił remont, meble — a wszystko niby nie jego.
— Nikt cię nie oszukiwał — odpowiadałam. — Ty nie ożeniłeś się z mieszkaniem, tylko ze mną. Czyż nie?
Milczał. Do następnej wizyty matki.
Kiedy zawitała do nas jego władcza ciocia, Grażyna, Grzegorz zaczął snuć opowieści.
— Tak, mieszkanie kupiliśmy. Głównie za moje pieniądze — oznajmił pewnie.
Omal się nie zakrztusiłam herbatą. Kłamstwa płynęły jak rzeka. Milczałam. Nie dla niego — dla siebie.
Potem przyszedł kolega, Marcin. Grzegorz znowu nadymał się jak paw.
— Wchodź, u nas jak u siebie. Mieszkanie w końcu nasze, moje i Joli!
— No brawo! — zachwycił się Marcin. — Ożeniłeś się, mieszkanie kupiłeś. I auto masz zajebiste!
Patrzyłam i nie wierzyłam własnym oczom. Gdzie ten spokojny, dobry chłopak, z którym się spotykałam?
Spakowałam się i pojechałam do rodziców.
— Mamo, nie daję rady. Czuję się nie jak żona, tylko jak inwestycja. On się ze mną ożenił tylko dla mieszkania…
— Zastanów się, córeczko. Ale mieszkania — nikomu, słyszysz? Ani kawałeczka!
Wróciłam. I wkrótce zjawiła się teściowa. Bez zapowiedzi, roztrzęsiona, z łzami w oczach.
— Grzesiu, tragedia! Tomek rzucił Magdę! Ślubu nie będzie. A ona nabrała kredytów: auto, ciuchy, telefon…
— I co my mamy z tym wspólnego? — zmieszał się Grzegorz.
— Trzeba pomóc. Niech Jola przepisze ci połowę mieszkania. Zastawicie, spłacicie dług. Potem oddamy!
Zdrętwiałam. Ale szybko otrząsnęłam się.
— Nigdy! To mieszkanie to prezent od moich rodziców. Nawet jednego procenta dla was nie będzie!
— Bezduszna! — wrzasnęła Halina.
Wyszłam, ale podsłuchałam, jak matka z synem szepczą pod drzwiami.
— Zrobiłam, co mogłam, synku. Ale ona twarda…
— Spróbuję jeszcze coś wymyślić — mruknął ponuro Grzegorz.
Otworzyłam drzwi szeroko.
— Wymyślajcie! Wymyślajcie, ile wlezie! Tylko wiedzcie: mieszkania nie zobaczycie. Ani skrawka. Chcecie żyć na swoim — zapracujcie, jak wszyscy!
Nazajutrz Grzegorz wyprowadził się do matki.
Złożyłam pozew o rozwód. Późno zrozumiałam, ale lepiej późno, niż oddać im to, co moje. Bo cudze apetyty są nieskończone. A godność — tylko jedna.



