Wszystko będzie tak, jak chcę
Apolonia Nowak siedziała w bujanym fotelu, trzymając w dłoniach druty i robótkę. Obok, na wysłużonej kanapie, spokojnie spał wnuk. Patrzyła na niego z czułością i cichym zadowoleniem. „Rośnie zdrowo, a to dzięki moim staraniom” — pomyślała.
Apolonia zawsze dumna była ze swojej oszczędności. W młodości, gdy wraz z mężem zaczynali wspólne życie, musieli liczyć każdy grosz. Właśnie wtedy nauczyła się cieszyć prostymi rzeczami i doceniać to, co miała. Potrafiła przyrządzić smaczne danie z niewielu składników, naprawić starą odzież, by służyła lata, i wychować dzieci zdrowe i radosne, nie marnując pieniędzy.
Teraz, gdy córka Danuta wyszła za mąż za Waldemara, Apolonia zauważyła, że Waldemar zupełnie zapomniał o wartości oszczędzania. Zarabiał dobrze, ale jej zdaniem pieniądze szły na głupoty. Nowe zabawki, drogie pieluchy, markowe ubrania — wszystko wydawało się jej niepotrzebne. „Za moich czasów rodziły w polu!” — powtarzała często, wspominając lata, gdy wystarczał minimum.
Spojrzała na wnuka, ubranego w porządny sweterek, oddany przez sąsiadkę. „Po co wydawać na nowe rzeczy, skoro stare są dobre?” — myślała Apolonia. Widziała, że Danuta próbuje iść jej śladem, ale Waldemara to irytowało. Ciągle kupował nowości, nie rozumiejąc, że liczy się nie ilość, a umiejętność zarządzania.
Apolonia westchnęła i znów wzięła się za druty. „Młodzi teraz inni — myślała. — Wszystko muszą mieć najlepsze, modne, drogie. A dawniej ludzie umieli być szczęśliwi z małym.” Przypomniała sobie, jak wychowywała Danutę, ucząc ją szacunku do pracy i oszczędności.
Waldemar siedział w swoim gabinecie, wpatrzony w okno, za którym ciemniało niebo. Praca była codziennością, lecz dziś myśli nie chciały skupić się na raportach. Wciąż wracał do jednej sytuacji w domu. Żona Danuta i jej matka, teściowa Apolonia, zamienili jego życie w koszmar skąpców.
Kiedyś żyli skromnie, niemal biednie. Oszczędność stała się ich drugim imieniem. Wtedy miało to sens — ledwo starczało na życie. Ale gdy Waldemar dostał nową pracę i zaczął dobrze zarabiać, Danuta i Apolonia zachowywały się, jakby wciąż byli w biedzie.
Czuł, że za każdym razem, gdy chciał zrobić coś dobrego dla rodziny, napotykał opór. Kupił żonie sukienkę — zaraz szukała tańszej. Wziął nowy telefon — ona twierdziła, że stary jeszcze działa. Wszystko z moralizatorskimi komentarzami Apolonii o tym, jak „dawniej ludzie sobie radzili”.
Najgorsze były narodziny dziecka. Danuta odmówiła kupowania porządnych pieluch, używając starych tetrowych, które jej zdaniem „były sprawdzone”. Oszczędzała na wszystkim: jedzeniu, ubraniach dla malucha.
Waldemar tłumaczył, że stać ich teraz na wygodę i bezpieczeństwo dziecka. Lecz jego słowa odbijały się od muru uporu. Danuta i Apolonia trwały w przekonaniu, że „dawniej żyli i nie narzekali”.
Pewnego wieczoru, po kolejnej kłótni, Waldemar postanowił działać. Zwołał rodzinę i spokojnie wytłumaczył, że pieniądze powinny służyć życiu, a nie być celem samym w sobie. Mówił o dziecku, o rozsądnej oszczędności.
Lecz oni pozostali nieugięci. „Dawniej żyli i nic” — powtarzali. Waldemar czuł narastającą złość. „Czy w ogóle jest wyjście?”
Przebić się przez upór żony — zadanie niemożliwe. „Rozwodu przecież nie wezmę” — myślał.
Siedział w gabinecie, patrząc w ciemność za oknem. „Nie doczekają się — powiedział w końcu na głos. — Nie oddam im syna. Nie ustąpię! Wszystko będzie tak, jak chcę!”.



