Wszystko będzie dobrze, synku…
„Marku, synku, to mama” – dobiegł z telefonu cichy głos.
Marka zawsze irytowało, że matka mówiła, iż to ona dzwoni. Jakby nie znał jej głosu. Ileż razy tłumaczył, że na ekranie wyświetla się nazwa dzwoniącego, więc wie, że to ona.
Miała stary telefon z klawiaturą. Kupił jej nowoczesny, z mnóstwem funkcji, ale odmówiła.
– Za stara jestem na nowinki. Podaruj lepiej… Jadwidze. Jej córka takich prezentów nie robi. Będzie zadowolona.
Jadwiga ucieszyła się z telefonu, szybko go opanowała. Marek nie podarował go bez powodu – miał nadzieję, że jeśli coś się stanie matce, Jadwiga natychmiast do niego zadzwoni. Wpisał swój numer do jej książki telefonicznej.
– Mamo, wiem, że to ty – uśmiechnął się Marek. – Wszystko w porządku?
– Synku, jestem w szpitalu.
Przez plecy Marka przebiegł zimny dreszcz.
– Co się stało? Serce? Ciśnienie? – pytał szybko.
– Jutro mają mnie operować. Przepuklina się zaogniła. Już nie mogę wytrzymać.
– Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Mamo, przyjadę jutro, zabiorę cię do miasta. Tam szpitale lepsze, chirurdzy znakomici. Proszę cię, zrezygnuj z operacji – gorączkował się Marek.
– Synku, nie martw się. Pamiętasz doktora Wojciecha? To bardzo dobry…
– Mamo, posłuchaj mnie, przyjadę jutro rano – przerwał jej Marek. – Do tego czasu nie zgadzaj się na operację – krzyczał, bo głos matki stał się ledwo słyszalny.
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze, synku. Kocham cię… – W słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Marek spojrzał na ekran. Na ciemnym tle świeciły się cyfry – dziesięć minut po północy.
Ostatnie słowa matki zabrzmiały głucho, jakby z oddali. Nigdy nie dzwoniła tak późno. Coś było nie tak. Marek wybrał numer matki, ale nikt nie odebrał. Dzwonił raz za razem – bez skutku.
Wstał od biurka i spojrzał przez okno. Drugi dzień padał deszcz ze śniegiem. W dobrych warunkach do wsi jechało się pięć godzin, ale w taką pogodę – sześć. Trzeba było ruszać od razu, żeby nie pędzić, ale zdążyć przed operacją. Kto wie, o której ją zaplanowali. Droga do wsi na pewno była rozjeżdżona. Ale nie jechał do wsi, tylko do szpitala w powiecie.
Wyłączył komputer i zaczął się pakować. Wychodząc z mieszkania, przypomniał sobie, że nie wziął ładowarki. Wrócił, złapał ją i stanął w przedpokoju. *„Jeśli o czymś zapomnisz i wrócisz, wyjrzyj w lustro”* – przypomniały mu się słowa matki. Spojrzał na swoje odbicie. Zmęczona twarz, niespokojne oczy. *„Mama powiedziała, że wszystko będzie dobrze, a nigdy mnie nie okłamała”* – pomyślał i wyszedł.
W samochodzie zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Jadwigi. Była sąsiadką matki, przyjaźniły się od lat. Ale on pracował nocami, a na wsi ludzie wcześnie kładli się spać. Dlaczego jednak Jadwiga nie zadzwoniła? Przecież ją uprzedził. Niepokój o matkę wrócił. Silnik się rozgrzał, i Marek wyjechał z podwórza.
Ile razy namawiał matkę, by przeprowadziła się do niego. Miał duże mieszkanie, miejsca było dość. Ale odmawiała. *„Synku, ty młody jesteś, ja będę tylko przeszkadzać. Tu mi dobrze. Nigdzie nie pojadę”*.
Ach, mamo, mamo… Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Zawsze bała się przeszkodzić, być komuś ciężarem.
Marek przypomniał sobie rozmowę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co go zaniepokoiło. Jej głos był dziwny, stłumiony, jakby mówiła przez jakąś przeszkodę. Ostatnich słów ledwo się dosłuchał. I ten ton – pełen winy. Pewnie myślała, że obudziła go w środku nocy. Nigdy nie dzwoniła tak późno.
Przepuklina dokuczała jej od lat, bolało przy zmianie pogody. Ale matka zwlekała, nie chciała operacji. Raz sadzenie, raz zbiory, raz Jadwiga zachorowała i nie mogła jej zostawić. Zawsze znajdowała wymówki.
A on sam? Mieszkał niedaleko, miał samochód, ale nigdy nie miał czasu ją odwiedzić. Też znajdował sobie usprawiedliwienia.
Pamiętał matkę jako dobrą i czułą. Ale potrafiła i skarcić, a nawet wziąć się do rzeczy, które miała pod ręką. Nie miał do niej pretensji – zasłużył. Rzadko to robiła, dlatego pamiętał.
Kiedy pierwszy raz wrócił o świcie, mając szesnaście lat, czekała na niego. Spojrzała na niego – rozgrzanego, rozluźnionego od pocałunków – surowo i powiedziała:
– Po co się tak śpieszysz? A co, jak przyjdzie czas się ożenić? Gotowy? Będziesz potem wył jak wilk. Idź spać, nie mogę na ciebie patrzeć. – I odwróciła się.
Następnego dnia go ignorowała. Marek pamiętał, że to było sto razy gorsze niż jej krzyk. Potem, gdy się uspokoiła, zapytał:
– Czemu się tak na mnie uwzięłaś? Wszyscy chodzą na randki. A ty nie chodziłaś? Młodość, miłość i te sprawy.
I matka opowiedziała, jak zakochała się w siedemnastu latach. Jak kochali się nocami przy śpiewie słowików. Gdy zaszła w ciążę, ukochany zwiał. Od hańby uratował ją ojciec Marka. Powiedział, że to on z nią chodził. Zaręczyli się. Ale krótko przed ślubem, przy zbieraniu ziemniaków, poroniła. Ojciec i tak ją poślubił. A Marek urodził się dopiero po ośmiu latach…
Ciemno, droga monotonna, samochodów mało. Oczy same mu się zamykały. Kilka razy omal nie spowodował wypadku. Raz ocknął się, jakby ktoś go trącił. Spojrzał – jechał pod prąd. Na szczęście droga była pusta. Drugi raz o mało nie wyleciał do rowu, sam nie wiedział, jak zdążył skręcić. Włączył radio głośno i wrzeszczał razem z nim, żeby nie zasnąć. Tak dojechał.
W szpitalu, starym, ceglanym, dwupiętrowym budynku, świeciło się kilka okien. Pracowało tam trzech lekarzy: internista, chirurg i asystent. Poważne przypadki odsyłali do miasta, z drobnymi operacjami radzili sobie sami.
Marek zadzwoniW drzwiach szpitala stanęła Jadwiga, trzymając w dłoniach mały, zawinięty w chustkę krzyżyk, który niegdyś należał do matki Marka – teraz był gotowy, by spocząć na jej piersi na wieczny odpoczynek.



