„Spodoba ci się, mamo. To po prostu cud!” – wykrzyknął entuzjastycznie Marek. „A nie znudzi ci się życie z cudem?” – zapytała ironicznie Zofia.
Zofia stała przy kuchence, nasłuchując. Kiedy żył jej mąż, zawsze gotowała tak, by kolacja była gotowa na jego powrót. Mąż odszedł osiem lat temu. Teraz w ten sam sposób czekała na syna wracającego z pracy.
W drzwiach zaskoczył zamek, a z przedpokoju dobiegł głos Marka:
„Mamo, jestem w domu.”
„Słyszę” – odparła Zofia i uśmiechnęła się.
„Co dziś mamy? Kotlety, smażone ziemniaki?” – Marek objął matkę i zajrzał przez jej ramię, wciągając nosem zapach ulubionych ziemniaków z zieloną cebulką.
Zofia wyłączyła gaz, nakryła patelnię pokrywką.
„Masz dobry humor? Co się stało?” – po drobnych zmianach w jego głosie potrafiła odczytać nastrój syna.
Marek odsunął się.
„Mamo, żenię się.”
„Najwyższy czas. A czemu Ania do nas nie wpada?” – spytała Zofia, odwracając się twarzą do syna, wpatrując się w jego przyciemnioną minę.
„Żenię się z Kornelią.”
I Zofia poczuła dreszcz wzdłuż pleców. Syn od dawna był dorosły. Przytulał ją, okazywał czułość tylko w chwilach wyjątkowych wyznań lub radości.
„Obiecujące imię. A co z Anią?”
„Ania wychodzi za mąż w sobotę. Nie chcę o tym mówić, mamo. Chodźmy na kolację.”
„Dobrze, że ślub Ani nie wpłynął na twój apetyt. Umyj ręce.”
Zofia postawiła przed synem talerz z ziemniakami, usiadła naprzeciw, podpierając brodę dłonią, i patrzyła, jak je.
„A ta Kornelia, kim jest?”
„To dobra dziewczyna. Przekonasz się sama. Chcę was poznać. W sobotę, na przykład?” – Marek przestał jeść i spojrzał na matkę. – „Kornelia ci się spodoba, jestem pewien. To po prostu cud!” – wykrzyknął z zachwytem.
Coś podobnego mówił kiedyś o Ani. Że wybrała bogatszego narzeczonego, Zofia dowiedziała się od jej matki, z którą chodziły do jednej szkoły i przyjaźniły się, mając nadzieję, że ich dzieci się ze sobą zwiążą. Spotkały się przypadkiem w sklepie, a tamta podzieliła się nowiną. Przeprosiła za wybór córki.
„Za dużo nie ma cudów. A nie znudzi ci się życie z cudem?” – zapytała ironicznie Zofia.
„Mamo, nie śmieszno.”
„Ja się nie śmieszę. Opowiedz o niej. Co w niej takiego cudownego?”
„Czemu się czepiasz tego słowa?” – Marek się zawahał. – „Jest nauczycielką, uczy polskiego i literatury, choć dopiero pierwszy rok. Poważna, oczytana. Dobrze mi z nią.”
„A rodzice?”
„Tata inżynier, mama gospodyni domowa.”
„I przyjechała z…?” – Zofia nie dokończyła, czekając, aż syn podpowie.
„A co za różnica, skąd przyjechała?” – obruszył się Marek.
„Rzeczywiście. Więc nie jest stąd. Gdzie zamierzacie mieszkać?”
„Jeśli masz coś przeciwko, wynajmiemy mieszkanie.” – Marek wpatrzył się matce w oczy.
„Nie, wcale nie. Będę tylko szczęśliwa. Co ja tu sama będę robić? Będę czekać na wnuki. Jeśli się nie dogadamy, wtedy wynajmiecie mieszkanie.”
„Kornelia nie chce się spieszyć z dziećmi, chce popracować, zdobyć doświadczenie.”
„Kornelia nie chce, Kornelia postanowiła…” – przedrzeźniała Zofia. – „Dobrze, zaproś na obiad swojego cuda.” – Wstała od stołu i wyjęła pusty talerz do zlewu.
„Jesteś najlepszą mamą na świecie” – Marek też wstał.
„Mam nadzieję, że nie zapomnisz o tym, gdy się ożenisz.”
Zofia zmywała naczynia, rozmyślając. „Nauczycielka, czyli wszystkie wieczory spędzi na sprawdzaniu zeszytów, przygotowaniach do lekcji, a w weekendy będzie jeździć z klasą na wycieczki…” – westchnęła. – „Jak szybko Marek wyrósł, już się żeni. Szkoda, że mąż nie dożył.”
W sobotę od samego rana Zofia czarowała w kuchni. Marek długo przeglądał się w lustrze, dobierając koszulę i krawat. Potem wyszedł spotkać Kornelię.
Zofia próbowała wyobrazić sobie cudowną nauczycielkę, ale na myśl przychodziła jej tylko Jadwiga Barańska, która zagrała Kornelię w filmie „Wiosna, lato, jesień, zima… i znowu wiosna”.
Kornelia okazała się drobną, niską dziewczyną o długich prostych włosach i dużych oczach. Nie można było nazwać jej pięknością – gdyby spotkać ją na ulicy, nie zwróciłaby uwagi. Jadła mało, powściągliwie chwaląc każde danie. Wina tylko skosztowała. Widząc to, Marek też nie pił.
„Nie krępuj się, Kornelio” – zachęciła ją Zofia.
„Zestresowana, boi się mnie. Pierwszy raz spotyka się z matką narzeczonego” – pomyślała. – „Co syn w niej znalazI przez te wszystkie lata Zofia powtarzała sobie, że życie bywa jak sen – pełen niespodzianek, które czasem układają się w sposób, jakiego nigdy by się nie spodziewała.



