Bałam się, że mąż mnie opuści, bo urodziłam córkę zamiast syna.

Bałam się, że mąż mnie zostawi, bo urodziłam córkę, a nie syna.

W mojej rodzinie zawsze panował kult synów. Mieszkamy w Polsce, i z jakiegoś powodu dziewczynki były tu mniej doceniane. Wychowano mnie w tym przekonaniu. Miałam młodszego brata, Bartka, i siostrę, Kingę, i od małego widziałam różnicę w traktowaniu.

Gdy na świat przyszła Kinga, ojciec był wściekły. Choć na USG mówili, że to dziewczynka, do końca wierzył, że lekarze się pomylili. Dopiero w szpitalu przekonał się, że znów ma córkę. Ale gdy mama zaszła w ciążę z Bartkiem, ojciec się odmienił. Krewni gratulowali z takim zapałem, jakbyśmy wygrali w totolotka. Wszyscy się cieszyli.

„Dziewczyna to dziewczyna. Wyjdzie za mąż i się wyniesie. A syn to kontynuacja rodu!” — powtarzał ojciec.

Wychowanie też było inne. Bartek nie musiał wynosić śmieci ani myć naczyń, nikt nie krzyczał, gdy przyniósł dwóję, a za psoty dostawał co najwyżej pobłażliwe klepnięcie w plecy. Nie żeby nas z Kingą traktowano źle, ale różnica była jak między świeżym rogalikiem a czerstwym. Bartka nosili na rękach.

Uznałam więc, że w każdej rodzinie chłopcy są na pierwszym miejscu. Z takim przekonaniem wyszłam za mąż za Krzysztofa. Żyliśmy w zgodzie, ufaliśmy sobie. Gdy powiedział, że marzy o synu, nawet się nie zdziwiłam — wydawało mi się to oczywiste. Gdy zaszłam w ciążę, też marzyłam o chłopcu. Ale na USG lekarz uśmiechnął się i oznajmił: „Będzie pani miała córeczkę!” Czuję, jak coś mi spada z brzucha do butów. Jak mu to powiedzieć? Wyobrażałam sobie, jak krzyczy, pakuje walizki i znika za drzwiami.

Nie wiem, skąd te dramaty w mojej głowie, skoro moi rodzice nie rozwiedli się po narodzinach nas, dziewczyn. Ale byłam załamana. Ze stresu trafiłam do szpitala z zagrożeniem ciąży. Krzysztof akurat był w Krakowie, ale od razu przyjechał.

Nie wiedział jeszcze o wynikach USG, a ja nie miałam pojęcia, jak mu to powiedzieć. On jednak w ogóle nie pytał o płeć — martwił się tylko o mnie, dopytywał lekarzy, obiecywał przynieść pączki z ulubionej cukierni i prosił, żebym się nie denerwowała.

Gdy wyszedł, rozpłakałam się jak bobas. Przyszła pielęgniarka, pani Grażyna, żeby mnie uspokoić. Próbowałam jej wytłumaczyć, o co chodzi, ale między łkaniami trudno było zrozumieć słowa. W końcu machnęła ręką i powiedziała:

„Dziecko jest ważniejsze niż facet! Facetów jest jak mrówków — znajdziesz nowego. Najpierw donoś tę dziewczynkę, bo jak się będziesz stresować, to urodzisz nerwusę!”

Następnego dnia Krzysztof wpadł do mojej sali z miną, jakby zobaczył ducha. „O co chodzi z tymi bzdurami?!” — zapytał. Okazało się, że pani Grażyna najpierw go zrugała, zanim dowiedziała się, że on wcale nie wiedział o płci dziecka. Przyznałam się do wszystkiego. Krzysztof popatrzył na mnie jak na wariatkę, wzruszył ramionami i powiedział: „Chłopak, dziewczyna — wszystko mi jedno. Przestań wymyślać!”

Choć się uspokoiłam, czasem myślałam, że Krzysztof tylko udaje, żeby mnie nie denerwować. Ale gdy urodziłam małą Zosię i zobaczyłam łzy w jego oczach, zrozumiałam, że naprawdę się cieszy. Teraz śmiejemy się z tamtych obaw. Dobrze, że pani Grażyna wkroczyła do akcji — pewnie sama bym się wykończyła nerwami przed porodem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 4 =

Bałam się, że mąż mnie opuści, bo urodziłam córkę zamiast syna.