Do kogo pani przyszła? rzucił chłopak za kontuarem, nie odrywając wzroku od lśniącego smartfona, który pulsował jak żywy portal w mglistym powietrzu snu.
Jego modna fryzura i markowy sweter z daleka obwieszczały własną ważność oraz zupełną obojętność na świat wokół, jakby unosił się w osobnej bańce.
Zofia Krukowska poprawiła prostą, lecz solidną torebkę na ramieniu. Ubrała się celowo skromnie, by nie zwracać uwagi: zwyczajna bluzka, spódnica sięgająca kolan, wygodne buty na płaskim obcasie.
Były dyrektor Grzegorz, zmęczony mężczyzna o siwych włosach, z którym załatwiała przejęcie firmy, uśmiechnął się, gdy usłyszał jej zamiar.
Koń trojański, Zofio Krukowska powiedział z uznaniem. Połkną haczyk, nie zauważą przynęty. Nigdy nie domyślą się, kim pani naprawdę jest, aż do chwili, gdy będzie za późno.
Jestem ich nową pracownicą odpowiedziała spokojnym, cichym głosem, celowo pomijając wszelki ton rozkazujący. Przyszłam do działu dokumentacji.
Chłopak w końcu podniósł wzrok. Zmierzył ją od stóp do głów: od znoszonych butów po starannie uczesane siwe włosy, a w jego spojrzeniu błysnęła otwarta, bezwstydna kpina, jakby ściany biura lekko drżały.
Nawet nie próbował tego ukryć.
Aha, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odbrała pani kartę wstępu u ochrony?
Tak, mam ją.
Leniwie wskazał na obrotowe drzwi, jakby kierował zbłąkanego owada.
Gdzieś z tyłu będzie pani stanowisko. Jakoś się pani połapie.
Zofia Krukowska skinęła głową. Połapię się powtórzyła w myślach, wchodząc do otwartej przestrzeni, która brzęczała jak rój pszczół w unoszącym się na chmurach ulu pełnym sennych szeptów.
Przez czterdzieści lat radziła sobie w labiryntach życia. Po nagłej śmierci męża rozkwitła niemal upadłą firmę. Zarządzała zawiłymi inwestycjami, które pomnożyły jej majątek. I odkryła, jak nie oszaleć od nudy oraz samotności w ogromnym, pustym domu w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.
Ta kwitnąca, lecz wewnątrz gnijąca firma informatyczna przynajmniej tak czuła była najciekawszym wyzwaniem ostatnich czasów.
Jej biurko stało w najbardziej odosobnionym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Było stare, z porysowanym blatem i skrzypiącym krzesłem niczym mała wyspa z przeszłości w lśniącym oceanie technologii, gdzie ekrany mrugały jak oczy drzemiących istot.
Już się pani wdraża? zabrzmiał za plecami mdląco słodki głos. Przed nią stała Magdalena, szefowa marketingu, w kostiumie koloru kości słoniowej, idealnie wyprasowanym. Drogi perfum i zapach sukcesu otaczał ją jak gęsta mgła.
Próbuję uśmiechnęła się łagodnie Zofia Krukowska.
Będzie musiała pani przejrzeć zeszłoroczne umowy do projektu Altair. Leżą w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebiła się wyniosła wyższość, jakby dawała proste zadanie osobie, która ledwie nadąża.
Magdalena patrzyła na nią jak na dziwny, wymarły skamielinę. Gdy odeszła żołnierskim krokiem, Zofia Krukowska usłyszała cichy chichot za plecami.
W HR zupełnie odjechało. Zaraz zaczną przyjmować dinozaury.
Zofia Krukowska udała, że nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po tym płynnym świecie. Ruszyła w stronę działu rozwoju i zatrzymała się przy szklanej ścianie sali, gdzie kilku młodych ludzi żywo dyskutowało.
Szanowna pani, szuka pani czegoś? zwrócił się do niej wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Staś, główny programista. Przyszła gwiazda firmy tak przynajmniej brzmiała jego własna charakterystyka.
Tak, drogi, szukam archiwum.
Staś uśmiechnął się, potem odwrócił do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwowali scenę, jakby oglądali darmowy występ w cyrku unoszącym się w powietrzu.
Babciu, wydaje mi się, że pani trafiła w całkiem zły dział. Archiwum jest tam w tamtą stronę wskazał nieokreślonym ruchem.
My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet śnić się nie śni.
Towarzystwo za nim cicho się roześmiało. Zofia Krukowska poczuła, jak wewnątrz zaczyna wyłaniać się zimny, spokojny gniew, niczym lodowaty wiatr wiejący przez senne krajobrazy. Patrzyła na zadowolone twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Stasia. Wszystko to kupiono za jej pieniądze, które w tym śnie topniały jak wosk.
Dziękuję odpowiedziała równym głosem. Teraz już wiem dokładnie, dokąd iść.
Archiwum było małym, duszącym pomieszczeniem bez okna, gdzie stare papiery szeptały zapomniane tajemnice. Zofia Krukowska zabrała się do pracy. Folder Altair szybko odnalazła. Metodycznie przeglądała dokumenty: umowy, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wyglądało idealnie. Lecz jej wprawne oko od razu wychwyciło podejrzane szczegóły. W aktach podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty zaokrąglano do pełnych tysięcy mogło to być niedbalstwo, lecz równie dobrze celowe ukrycie prawdziwego rozliczenia. Sformułowania wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy, znane jej jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdy cienie tańczyły w dawnych halach.
Kilka godzin później skrzypnęły drzwi. W progu stanęła młoda dziewczyna o przestraszonych oczach.
Dzień dobry. Nazywam się Kasia, z księgowości. Magdalena mówiła, że tu pani jest Na pewno trudno bez elektronicznego dostępu? Mogę pomóc.
W jej głosie nie było ani śladu pogardy.
Dziękuję, Kasiu. Byłoby bardzo miło z twojej strony.
Nie ma za co, to drobiazg. Tylko oni no nie zawsze rozumieją, że nie każdy urodził się z tabletem w dłoni jąkała się Kasia i poczerwieniała.
Gdy Kasia sensownie wyjaśniała interfejs programu, Zofia Krukowska pomyślała, że nawet w najbardziej błotnistym bagnie znajduje się czyste źródło, które w tym śnie bulgotało jasno. Ledwie Kasia wyszła, w drzwiach pojawił się już Staś.
No, pilnie potrzebuję kopii umowy z Cyber-Systemy.
Mówił tak, jakby wydawał rozkaz służącej.
Dzień dobry odpowiedziała spokojnie Zofia Krukowska. Właśnie te dokumenty przeglądam. Proszę o minutę.
Minutę? Ja nie mam minuty. Za pięć minut mam połączenie. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co wy tu w ogóle robicie?
Pycha była jego słabą stroną. Był przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się sprawdzić jego pracy.
To mój pierwszy dzień odpowiedziała równym głosem. Staram się naprawić to, czego inni nie zrobili przede mną.
Nie obchodzi mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bezceremonialnie wyrwał jej szukaną teczkę. Wy, starzy, zawsze tylko kłopoty z wami!
Wybiegł, trzaskając drzwiami. Zofia Krukowska nie patrzyła za nim. Widziała już wszystko, co trzeba. Wyjęła telefon i wybrała numer prywatnego prawnika.
Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić jedną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Mam wrażenie, że ich grono właścicieli może być bardzo ciekawe.
Następnego ranka zadzwonił telefon.
Zofio Krukowska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta spółka-słup. Zarejestrowana na nazwisko pana Piotrowskiego. Kuzyna Stanisława, ich głównego programisty. Klasyczna sztuczka.
Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego chciałam się dowiedzieć.
Punkt kulminacyjny nadszedł po obiedzie. Całe biuro zwołano na cotygodniowe spotkanie. Magdalena promieniała, mówiąc o sukcesach.
Ojej, zapomniałam wydrukować raport konwersji. Zofio odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał trująco słodko bądź łaskawa, przynieś z archiwum teczkę za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić.
W sali przeszedł cichy chichot. Zofia Krukowska wstała w milczeniu. Punkt powrotu został już przekroczony.
Kilka minut później wróciła, jakby czas w tym śnie się lekko zapętlił. Staś stał z Magdaleną i coś sobie szeptali.
I oto idzie nasza wybawicielka! oznajmił głośno Staś. Mogłaby być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasz pieniądz.
To jedno słowo nasz było ostatnią kroplą. Zofia Krukowska wyprostowała się. Poprzednie przygarbienie zniknęło bez śladu. Jej spojrzenie stwardniało.
Ma pan rację, Stanisławie. Czas rzeczywiście jest pieniądzem. Zwłaszcza te pieniądze, które właśnie prano na czysto przez firmę Cyber-Systemy. Nie uważa pan, że ten projekt był osobiście dla pana znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy?
Twarz Stasia się zmieniła. Uśmiech zwiędł na niej.
Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi.
Naprawdę? To może potrafi pan wyjaśnić obecnym, w jakim stosunku pokrewieństwa pozostaje z pewnym panem Piotrowskim?
W sali zapadła martwa cisza, a twarze obecnych zbladły jak w śnie, gdzie rzeczywistość się wygina. Magdalena próbowała ratować sytuację.
Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się do naszych spraw finansowych?
Zofia Krukowska nie spojrzała na nią. Powoli obeszła stół i zatrzymała się na jego końcu.
Prawo mam najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Zofia Krukowska. Nowa właścicielka firmy.
Gdyby w sali wybuchła bomba, szok byłby mniejszy.
Stanisławie kontynuowała lodowatym głosem jest pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę, by nie opuszczał pan miasta.
Staś osunął się i bez słowa usiadł na krześle.
Pani, Magdaleno, również jest pani zwolniona. Z powodu niekompetencji zawodowej i zatruwania atmosfery w pracy.
Twarz Magdaleny poczerwieniała. Jak pani śmie!
Śmiem odparła ostro Zofia Krukowska. Ma pani godzinę na spakowanie się. Ochrona odprowadzi panią.
To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do kpienia. Młody człowiek z recepcji i kilku programistów z działu mogą odejść.
W sali zapanował strach.
W najbliższych dniach rozpocznie się pełny audyt w firmie.
Jej spojrzenie trafiło na skrytą w odległym kącie, przestraszoną twarz Kasi.
Kasiu, proszę, podejdź tu.
Kasia drżąc podeszła do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która nie tylko wykazała się profesjonalizmem, ale i podstawową ludzką życzliwością. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, by pani również weszła w skład mojego zespołu. Jutro omówimy szczegóły nowej roli i szkolenia.
Kasia z osłupieniem otworzyła usta, lecz nie mogła się odezwać.
Da pani radę powiedziała stanowczo Zofia Krukowska. A teraz niech wszyscy wrócą do swoich obowiązków. Wyjątek stanowią zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej.
Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą rozpadający się świat, zbudowany na pysze i wyższości, gdzie ściany powoli topniały jak w topniejącym śnie. Nie czuła triumfu. Tylko zimną, cichą satysfakcję taką, jaką człowiek odczuwa po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z gnicia. A ona właśnie zaczęła wielkie sprzątanie. Do kogo pani przyszła? rzucił chłopak za kontuarem, nie odrywając wzroku od lśniącego smartfona, który pulsował jak żywy portal w mglistym powietrzu snu.
Jego modna fryzura i markowy sweter z daleka obwieszczały własną ważność oraz zupełną obojętność na świat wokół, jakby unosił się w osobnej bańce.
Zofia Krukowska poprawiła prostą, lecz solidną torebkę na ramieniu. Ubrała się celowo skromnie, by nie zwracać uwagi: zwyczajna bluzka, spódnica sięgająca kolan, wygodne buty na płaskim obcasie.
Były dyrektor Grzegorz, zmęczony mężczyzna o siwych włosach, z którym załatwiała przejęcie firmy, uśmiechnął się, gdy usłyszał jej zamiar.
Koń trojański, Zofio Krukowska powiedział z uznaniem. Połkną haczyk, nie zauważą przynęty. Nigdy nie domyślą się, kim pani naprawdę jest, aż do chwili, gdy będzie za późno.
Jestem ich nową pracownicą odpowiedziała spokojnym, cichym głosem, celowo pomijając wszelki ton rozkazujący. Przyszłam do działu dokumentacji.
Chłopak w końcu podniósł wzrok. Zmierzył ją od stóp do głów: od znoszonych butów po starannie uczesane siwe włosy, a w jego spojrzeniu błysnęła otwarta, bezwstydna kpina, jakby ściany biura lekko drżały.
Nawet nie próbował tego ukryć.
Aha, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odbrała pani kartę wstępu u ochrony?
Tak, mam ją.
Leniwie wskazał na obrotowe drzwi, jakby kierował zbłąkanego owada.
Gdzieś z tyłu będzie pani stanowisko. Jakoś się pani połapie.
Zofia Krukowska skinęła głową. Połapię się powtórzyła w myślach, wchodząc do otwartej przestrzeni, która brzęczała jak rój pszczół w unoszącym się na chmurach ulu pełnym sennych szeptów.
Przez czterdzieści lat radziła sobie w labiryntach życia. Po nagłej śmierci męża rozkwitła niemal upadłą firmę. Zarządzała zawiłymi inwestycjami, które pomnożyły jej majątek. I odkryła, jak nie oszaleć od nudy oraz samotności w ogromnym, pustym domu w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.
Ta kwitnąca, lecz wewnątrz gnijąca firma informatyczna przynajmniej tak czuła była najciekawszym wyzwaniem ostatnich czasów.
Jej biurko stało w najbardziej odosobnionym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Było stare, z porysowanym blatem i skrzypiącym krzesłem niczym mała wyspa z przeszłości w lśniącym oceanie technologii, gdzie ekrany mrugały jak oczy drzemiących istot.
Już się pani wdraża? zabrzmiał za plecami mdląco słodki głos. Przed nią stała Magdalena, szefowa marketingu, w kostiumie koloru kości słoniowej, idealnie wyprasowanym. Drogi perfum i zapach sukcesu otaczał ją jak gęsta mgła.
Próbuję uśmiechnęła się łagodnie Zofia Krukowska.
Będzie musiała pani przejrzeć zeszłoroczne umowy do projektu Altair. Leżą w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebiła się wyniosła wyższość, jakby dawała proste zadanie osobie, która ledwie nadąża.
Magdalena patrzyła na nią jak na dziwny, wymarły skamielinę. Gdy odeszła żołnierskim krokiem, Zofia Krukowska usłyszała cichy chichot za plecami.
W HR zupełnie odjechało. Zaraz zaczną przyjmować dinozaury.
Zofia Krukowska udała, że nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po tym płynnym świecie. Ruszyła w stronę działu rozwoju i zatrzymała się przy szklanej ścianie sali, gdzie kilku młodych ludzi żywo dyskutowało.
Szanowna pani, szuka pani czegoś? zwrócił się do niej wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Staś, główny programista. Przyszła gwiazda firmy tak przynajmniej brzmiała jego własna charakterystyka.
Tak, drogi, szukam archiwum.
Staś uśmiechnął się, potem odwrócił do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwowali scenę, jakby oglądali darmowy występ w cyrku unoszącym się w powietrzu.
Babciu, wydaje mi się, że pani trafiła w całkiem zły dział. Archiwum jest tam w tamtą stronę wskazał nieokreślonym ruchem.
My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet śnić się nie śni.
Towarzystwo za nim cicho się roześmiało. Zofia Krukowska poczuła, jak wewnątrz zaczyna wyłaniać się zimny, spokojny gniew, niczym lodowaty wiatr wiejący przez senne krajobrazy. Patrzyła na zadowolone twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Stasia. Wszystko to kupiono za jej pieniądze, które w tym śnie topniały jak wosk.
Dziękuję odpowiedziała równym głosem. Teraz już wiem dokładnie, dokąd iść.
Archiwum było małym, duszącym pomieszczeniem bez okna, gdzie stare papiery szeptały zapomniane tajemnice. Zofia Krukowska zabrała się do pracy. Folder Altair szybko odnalazła. Metodycznie przeglądała dokumenty: umowy, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wyglądało idealnie. Lecz jej wprawne oko od razu wychwyciło podejrzane szczegóły. W aktach podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty zaokrąglano do pełnych tysięcy mogło to być niedbalstwo, lecz równie dobrze celowe ukrycie prawdziwego rozliczenia. Sformułowania wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy, znane jej jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdy cienie tańczyły w dawnych halach.
Kilka godzin później skrzypnęły drzwi. W progu stanęła młoda dziewczyna o przestraszonych oczach.
Dzień dobry. Nazywam się Kasia, z księgowości. Magdalena mówiła, że tu pani jest Na pewno trudno bez elektronicznego dostępu? Mogę pomóc.
W jej głosie nie było ani śladu pogardy.
Dziękuję, Kasiu. Byłoby bardzo miło z twojej strony.
Nie ma za co, to drobiazg. Tylko oni no nie zawsze rozumieją, że nie każdy urodził się z tabletem w dłoni jąkała się Kasia i poczerwieniała.
Gdy Kasia sensownie wyjaśniała interfejs programu, Zofia Krukowska pomyślała, że nawet w najbardziej błotnistym bagnie znajduje się czyste źródło, które w tym śnie bulgotało jasno. Ledwie Kasia wyszła, w drzwiach pojawił się już Staś.
No, pilnie potrzebuję kopii umowy z Cyber-Systemy.
Mówił tak, jakby wydawał rozkaz służącej.
Dzień dobry odpowiedziała spokojnie Zofia Krukowska. Właśnie te dokumenty przeglądam. Proszę o minutę.
Minutę? Ja nie mam minuty. Za pięć minut mam połączenie. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co wy tu w ogóle robicie?
Pycha była jego słabą stroną. Był przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się sprawdzić jego pracy.
To mój pierwszy dzień odpowiedziała równym głosem. Staram się naprawić to, czego inni nie zrobili przede mną.
Nie obchodzi mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bezceremonialnie wyrwał jej szukaną teczkę. Wy, starzy, zawsze tylko kłopoty z wami!
Wybiegł, trzaskając drzwiami. Zofia Krukowska nie patrzyła za nim. Widziała już wszystko, co trzeba. Wyjęła telefon i wybrała numer prywatnego prawnika.
Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić jedną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Mam wrażenie, że ich grono właścicieli może być bardzo ciekawe.
Następnego ranka zadzwonił telefon.
Zofio Krukowska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta spółka-słup. Zarejestrowana na nazwisko pana Piotrowskiego. Kuzyna Stanisława, ich głównego programisty. Klasyczna sztuczka.
Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego chciałam się dowiedzieć.
Punkt kulminacyjny nadszedł po obiedzie. Całe biuro zwołano na cotygodniowe spotkanie. Magdalena promieniała, mówiąc o sukcesach.
Ojej, zapomniałam wydrukować raport konwersji. Zofio odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał trująco słodko bądź łaskawa, przynieś z archiwum teczkę za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić.
W sali przeszedł cichy chichot. Zofia Krukowska wstała w milczeniu. Punkt powrotu został już przekroczony.
Kilka minut później wróciła, jakby czas w tym śnie się lekko zapętlił. Staś stał z Magdaleną i coś sobie szeptali.
I oto idzie nasza wybawicielka! oznajmił głośno Staś. Mogłaby być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasz pieniądz.
To jedno słowo nasz było ostatnią kroplą. Zofia Krukowska wyprostowała się. Poprzednie przygarbienie zniknęło bez śladu. Jej spojrzenie stwardniało.
Ma pan rację, Stanisławie. Czas rzeczywiście jest pieniądzem. Zwłaszcza te pieniądze, które właśnie prano na czysto przez firmę Cyber-Systemy. Nie uważa pan, że ten projekt był osobiście dla pana znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy?
Twarz Stasia się zmieniła. Uśmiech zwiędł na niej.
Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi.
Naprawdę? To może potrafi pan wyjaśnić obecnym, w jakim stosunku pokrewieństwa pozostaje z pewnym panem Piotrowskim?
W sali zapadła martwa cisza, a twarze obecnych zbladły jak w śnie, gdzie rzeczywistość się wygina. Magdalena próbowała ratować sytuację.
Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się do naszych spraw finansowych?
Zofia Krukowska nie spojrzała na nią. Powoli obeszła stół i zatrzymała się na jego końcu.
Prawo mam najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Zofia Krukowska. Nowa właścicielka firmy.
Gdyby w sali wybuchła bomba, szok byłby mniejszy.
Stanisławie kontynuowała lodowatym głosem jest pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę, by nie opuszczał pan miasta.
Staś osunął się i bez słowa usiadł na krześle.
Pani, Magdaleno, również jest pani zwolniona. Z powodu niekompetencji zawodowej i zatruwania atmosfery w pracy.
Twarz Magdaleny poczerwieniała. Jak pani śmie!
Śmiem odparła ostro Zofia Krukowska. Ma pani godzinę na spakowanie się. Ochrona odprowadzi panią.
To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do kpienia. Młody człowiek z recepcji i kilku programistów z działu mogą odejść.
W sali zapanował strach.
W najbliższych dniach rozpocznie się pełny audyt w firmie.
Jej spojrzenie trafiło na skrytą w odległym kącie, przestraszoną twarz Kasi.
Kasiu, proszę, podejdź tu.
Kasia drżąc podeszła do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która nie tylko wykazała się profesjonalizmem, ale i podstawową ludzką życzliwością. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, by pani również weszła w skład mojego zespołu. Jutro omówimy szczegóły nowej roli i szkolenia.
Kasia z osłupieniem otworzyła usta, lecz nie mogła się odezwać.
Da pani radę powiedziała stanowczo Zofia Krukowska. A teraz niech wszyscy wrócą do swoich obowiązków. Wyjątek stanowią zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej.
Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą rozpadający się świat, zbudowany na pysze i wyższości, gdzie ściany powoli topniały jak w topniejącym śnie. Nie czuła triumfu. Tylko zimną, cichą satysfakcję taką, jaką człowiek odczuwa po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z gnicia. A ona właśnie zaczęła wielkie sprzątanie.



