— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił wam trzymać wilka na wsi?

16 marca

Babciu Hanno! krzyknął Mateusz. Kto pozwolił babci trzymać wilka we wsi?!

Chwyciłam się za serce, czując narastającą rozpacz, gdy zobaczyłam rozwalony płot. Przez ostatni rok już nie raz podbierałam go deskami i reperowałam spróchniałe słupki, licząc, że przetrzyma, nim uzbieram wystarczająco z mojej skromnej emerytury. Ale tym razem nic się nie dało zrobić. Płot runął.

Wszystko w gospodarstwie od dziesięciu lat robiłam sama, odkąd mój ukochany mąż, Piotr Janowicz, odszedł na zawsze. Jego ręce to był prawdziwy skarb. Zanim odszedł, nie musiałam się o nic martwić. Piotr był złotą rączką cieślą i stolarzem z prawdziwego zdarzenia.

Sam potrafił wszystko zrobić, więc nigdy nie trzeba było wołać fachowców. We wsi darzono go szacunkiem za pracowitość i dobre serce. Przeżyliśmy wspólnie szczęśliwe czterdzieści lat, tylko jeden dzień zabrakło nam do rocznicy. Dom schludny, ogród obrodzony, zwierzęta zadbane to wszystko efekt naszego wspólnego trudu.

Mieliśmy tylko jednego syna Jerzego, dumę i radość. Od dzieciństwa nie trzeba go było do pracy przymuszać. Wracając z mleczarni, gdy byłam zmęczona, Jerzyk już wnosił drewno, przynosił wodę, rozpalał piec i poił bydło.

Po powrocie z pracy Piotr mył się i siadał na ganku, żeby zapalić, a ja szykowałam kolację. Wieczorami jedliśmy razem, dzieląc się wiadomościami dnia. Byliśmy szczęśliwi.

Czas mijał, zostawiając jedynie wspomnienia. Jerzy dorósł, porzucił rodziców i wyjechał do wielkiego miasta do Warszawy. Tam skończył studia, ożenił się z miejską dziewczyną, Joanną. Zamieszkali w stolicy. Początkowo Jerzy przyjeżdżał na wieś na urlop, lecz później żona przekonała go do zagranicznych podróży i tak każdego roku. Piotr Janowicz był zawiedziony wyborem syna.

Skąd nasz Jerzy tak się zmęczył? Chyba Joanna zamotała mu w głowie. Po co mu te podróże?

Piotr tęsknił, ja się zamartwiałam. Pozostało nam czekać na wieści od syna. Aż w końcu Piotr zachorował. Odmawiał jedzenia, słabł w oczach. Lekarze tylko ordynowali lekarstwa, aż w końcu kazali go zabrać do domu. I wiosną, gdy w lesie słychać było śpiew skowronków, Piotr zmarł.

Jerzy przyjechał na pogrzeb, ryczał z żalu, że nie zdążył zobaczyć ojca za życia. Został tydzień, potem wrócił do Warszawy. Przez ostatnie dziesięć lat napisał do mnie tylko trzy listy. Zostałam sama. Sprzedałam krowę i owce sąsiadom.

Po co mi teraz zwierzęta? Krowa długo stała przy moim ogrodzeniu, słuchając, jak gorzko płaczę. Zamykałam się w najdalszym pokoju, zatykając uszy, aby nikt nie słyszał łez.

Bez rąk mężczyzny wszystko zaczęło się sypać przeciekał dach, spróchniałe deski na ganku pękały, piwnicę zalewała woda Robiłam, co mogłam. Z emerytury odkładałam na fachowca, czasem próbowałam naprawić sama przecież wychowałam się na wsi, znałam wszystkie sekrety.

Tak żyłam, ledwo wiążąc koniec z końcem, aż los zgotował kolejną niespodziankę. Nagle zaczęłam słabo widzieć, choć nigdy nie miałam problemów ze wzrokiem. Poszłam do wiejskiego sklepu i ledwie odczytałam ceny. Parę miesięcy później prawie nie widziałam szyldu.

Przyjechała pielęgniarka, popatrzyła i nalegała na badania w szpitalu.

Pani Hanno, chce pani oślepnąć? Tam w mieście, zrobią operację będzie lepiej!

Bałam się zabiegu, więc odmówiłam wyjazdu. W rok prawie całkiem straciłam wzrok. Nie przejmowałam się tym zbytnio.

Po co mi światło? Telewizji nie oglądam, słucham tylko spikera. W domu wszystko robię na pamięć.

Czasem jednak się bałam. We wsi pojawiło się sporo podejrzanych ludzi. Złodzieje jeździli po pustych domach, wynosili, co się dało. Bałam się, bo nie miałam dobrego psa, który odstraszyłby łotrów groźnym szczekaniem.

Zapytałam sąsiada, Szymona lokalnego myśliwego:

Nie masz jakichś szczeniaków? Chociaż jednego, najmniejszego. Wychowam go.

Szymon patrzył na mnie z zaciekawieniem:

Babciu Hanno, po co ci szczeniaki huskiego? One stworzone do lasu. Ja ci mogę sprowadzić prawdziwego owczarka miejskiego.

A owczarek to pewnie drogi

Nie droższy niż pieniądze, babciu.

No to przywoź.

Przeliczyłam swoje oszczędności, uznając, że starczy na dobrego psa. Ale Szymon, chłop niepewny, wciąż przekładał i odwlekał obietnicę. Złościłam się na niego za puste słowa, ale w głębi serca żałowałam. Życie go nie oszczędzało bez rodziny, bez dzieci. Jego jedyną towarzyszką była wódka.

Szymon, rówieśnik mojego Jerzego, nigdy nie wyjechał z wioski. Miał duszę lasu. Najbardziej ukochał polowania; potrafił zniknąć w borze na kilka dni.

Po sezonie zajmował się robocizną u sąsiadów kopał ogródki, naprawiał sprzęty, stół majstrował. Co zarobił od samotnych starszych osób, przepijał.

Po przepiciu włóczył się po lesie opuchnięty, chory, winny. Po kilku dniach wracał z koszem grzybów, ryb, jagód, szyszek. Sprzedawał wszystko za grosze i przepijał. Pomagał mi przy gospodarstwie za zapłatę. I teraz, gdy płot się zawalił, znów musiałam prosić go o pomoc.

Z psem trzeba będzie poczekać, westchnęłam. Trzeba zapłacić za płot, a pieniędzy mało.

Szymon przyszedł nie z pustymi rękoma. W jego plecaku, oprócz narzędzi, coś się ruszało. Uśmiechnął się i zawołał mnie.

Babciu, popatrz, kogo ci przywiozłem.

Podeszłam i wymacałam małą, puszystą główkę.

Szymonie, to naprawdę szczeniak dla mnie?

Najlepszy z najlepszych. Czysty owczarek, babciu.

Szczeniak piszczał, wyrywał się z plecaka. Przestraszyłam się:

Ale ja mam tylko na płot! Na psa nie wystarczy!

Nie będę go z powrotem zabierał, powiedział Szymon. Wiesz ile tysięcy złotych dałem za takiego psa?

Poszłam do sklepu, gdzie sprzedawczyni dała mi pięć butelek wódki na zeszyt i zapisała mnie w zeszycie dłużników.

Do wieczora Szymon skończył pracę przy płocie. Nakarmiłam go, dałam kieliszek, a rozbawiony swoim ulubionym trunkiem zaczął opowiadać, pokazując szczeniaka zwiniętego przy piecu.

Karmić go dwa razy dziennie, kupić solidny łańcuch wyrośnie duży i mocny. Znam się na psach.

Zamieszkał więc ze mną nowy mieszkaniec Burek. Polubiłam szczeniaka, a on był wobec mnie wierny. Gdy wychodziłam na podwórko karmić Burka, podskakiwał i chciał wylizać mi twarz. Martwiło mnie tylko, że pies urósł do rozmiaru cielaka, ale szczekać nie nauczył się wcale. To mnie zasmuciło.

Oj, Szymonie! Psotniku jeden! Przyszedłeś mi kota w worku sprzedać.

Ale nie da się wyrzucić takiego dobrego stworzenia. Nawet szczekać nie musi. Okoliczne psy bały się nawet zaszczekać na Burka, który w trzy miesiące podrósł mi prawie do pasa.

Pewnego razu do wsi zajechał Mateusz, myśliwy, po zakupy sól i zapałki. Po drodze, gdy szedł obok mojego domu, nagle stanął w miejscu, widząc Burka.

Babciu Hanno! krzyknął. Kto pozwolił trzymać wilka we wsi?

Zrobiło mi się słabo.

O, Jezu! Jaka ja naiwna! To ten psotny Szymon mnie oszukał! Mówił, że to owczarek

Mateusz stanowczym tonem doradził:

Babciu, trzeba wypuścić go do lasu. Inaczej mogą być kłopoty.

Łzy stanęły mi w oczach. Jak ciężko rozstać się z Burkiem! Dobry i łagodny zwierz, choć wilk. Ale ostatnio stał się niespokojny, szarpał łańcuch, rwał się na wolność. Ludzie bali się go. Nie było wyjścia.

Mateusz zawiózł wilka do lasu. Burek pomachał ogonem i zniknął wśród drzew. Więcej go nie widziano.

Tęskniłam za swoim ulubieńcem i złorzeczyłam na Szymona. On żałował, bo przecież miał dobre intencje. Opowiadał mi, jak kiedyś, wędrując po lesie, natrafił na tropy niedźwiedzia. W oddali usłyszał skomlenie. Już miał odchodzić, bo wiedział, że tam gdzie młode niedźwiedzia, blisko też matka. Ale ten pisk nie brzmiał jak niedźwiedzi.

Odsunął krzaki zobaczył norę. Obok leżała martwa wilczyca, wokół niej rozszarpane szczeniaki. Musiał tu napaść niedźwiedź. Ocalał tylko jeden maluch, skryty w norze.

Szymonowi zrobiło się żal sieroty, więc zabrał go ze sobą, a potem podrzucił mi, wierząc, że kiedy podrośnie, sam ucieknie do lasu. Obiecał sobie, że w międzyczasie załatwi mi prawdziwego psa. Wszystko pokrzyżował Mateusz.

Kilka dni Szymon chodził wokół mojego domu, nie mogąc zebrać się na odwagę, by wejść. Zima panoszyła się. Paliłam w piecu, by się nie wychłodzić nocą.

Nagle zapukał ktoś do drzwi. Byłam ciekawa, kto to. Otworzyłam. Stał nieznajomy mężczyzna.

Dobry wieczór, babciu. Czy mogę przenocować? Szłam do sąsiedniej wsi i zgubiłem drogę.

A jak ci na imię, dziecko? Słabo widzę.

Borys.

Zmarszczyłam brwi.

Na naszej wsi Borysów nie ma

Niedawno kupiłem dom. Chciałem obejrzeć, ale auto ugrzęzło. Musiałem zostawić i pójść pieszo, a tu taka zamieć!

Kupiłeś dom po ś.p. Danilewiczu?

Tak, dokładnie.

Wpuściłam go, nastawiłam czajnik. Nie zauważyłam nawet, jak łakomie przyglądał się staremu kredensowi, gdzie trzyma się zwykle pieniądze i kosztowności.

Gdy krzątałam się przy piecu, gość zaczął szukać po kredensie. Usłyszałam skrzypienie drzwiczek.

Co ty tam robisz, Borysie?

Przecież była reforma walutowa! Pomagam pozbyć się starych pieniędzy.

Kłamstwo. Żadnej reformy nie było. Kim ty jesteś?!

Chwycił nóż, przystawił mi do szyi.

Cicho! Wyciągaj pieniądze, złoto, jedzenie!

Przeraziłam się strasznie. Przecież to przestępca, zbieg! Wydawało się, że to mój koniec

Nagle drzwi się otwarły. Wpadł ogromny wilk i rzucił się na złodzieja. Ten krzyknął, ale gruby szal uratował go przed ugryzieniem. Chwycił jeszcze nóż i ranił wilka w bark. Burek odskoczył, złodziej skorzystał z okazji i uciekł.

W tym momencie pod dom podchodził Szymon, chcąc przeprosić. Zobaczył uciekającego typa z nożem, który klnie pod nosem. Wbiegł do mnie, a na podłodze leżał zakrwawiony Burek. Szymon wszystko zrozumiał i pobiegł po dzielnicowego.

Złoczyńcę schwytano. Dostał wyrok.

Burek został bohaterem wsi. Ludzie przynosili mu jedzenie, witali się z nim. Wilka nie trzymano już na łańcuchu. Stał się wolny, ale zawsze wracał do mnie, przychodził z Szymonem po polowaniach.

Pewnego dnia, przy moim domu pojawił się czarny terenowy samochód. Na podwórku ktoś rąbał drewno. To był mój syn, Jerzy. Gdy zobaczył starych znajomych, rozłożył ramiona.

Wieczorem siedzieliśmy przy stole, a ja aż jaśniałam ze szczęścia. Jerzy namówił mnie na wyjazd do miasta na operację, żeby przywrócić mi wzrok.

Skoro trzeba westchnęłam. Wnuk przyjedzie latem, chcę go zobaczyć. Szymonie, pilnuj domu i Burka, proszę.

Szymon kiwnął głową, a Burek ułożył się przy piecu, zadowolony. Jego miejsce jest tu, z nami.

Jeśli chcesz czytać kolejne moje opowieści polub stronę, napisz w komentarzu co czujesz, zostaw serduszko!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + piętnaście =

— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił wam trzymać wilka na wsi?