— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił pani trzymać wilka na wsi?

Babciu Alu! krzyknął Mateusz. Kto ci pozwolił trzymać wilka na wsi?

Ala Stefańska płakała gorzkimi łzami, spoglądając na rozwalony płot. Już nie raz podbijała go deskami i łatała spróchniałe słupki, łudząc się, że ogrodzenie przetrwa do czasu, aż uzbiera z emeryturki parę złotych. Ale los jej nie oszczędził. Płot się zawalił, roztrzaskując ciszę dnia.

Od dziesięciu lat Ala radziła sobie sama, odkąd jej ukochany mąż Kazimierz Andrzejewicz odszedł do better świata. Miał złote ręce. Gdy żył, Ala nie znała trosk. Kazimierz był mistrzem wszelkiego rzemiosła stolarzem i cieślą, wszystko robił sam, nigdy nie trzeba było wzywać fachowców. We wsi szanowano go za serce i sumienność. Razem przeżyli czterdzieści szczęśliwych lat, jeden dzień zabrakło do jubileuszu. Uporządkowany dom, obfita grządka, zdrowy inwentarz to był efekt wspólnej pracy.

Mieli jedno dziecko syna Grzegorza, dumę i pociechę. Od małego przyuczył się do prac, nigdy nie trzeba go było o nic prosić. Kiedy mama wracała zmęczona z kołchozu, syn już naniósł drewna, przyniósł wody, rozpalił piec i napoił krowę.

Kazik wracał z roboty, mył się i wychodził na ganek zapalić fajeczkę, gdy Ala szykowała kolację. Wieczorami całą rodziną siadali przy stole, opowiadając sobie nowinki. Byli szczęśliwi.

Czas płynął. Grzegorz dorósł, opuścił rodziców, wyjechał do Warszawy, skończył studia, ożenił się z miejską dziewczyną Bogumiłą. Osiedli w stolicy. Na początku Grzegorz odwiedzał rodziców podczas urlopu, potem namówiony przez żonę zaczął odpoczywać zagranicą, i tak już co roku. Kazimierz miał żal do syna, nie rozumiał jego wyboru.

Gdzie nasz Grzesiek tak się umęczył? Bogusia chyba mu głowę zawraca. Po co mu te podróże?

Ojciec smucił się, matka tęskniła. Ale cóż im zostało? Żyć i czekać chociaż na wieści od syna. Kazimierz nagle ciężko zachorował. Odrzucał jedzenie, gasł w oczach. Lekarze przepisali leki i kazali wracać do domu czekać końca. Wiosną, gdy przyroda budziła się do życia, Kazimierz odszedł cicho.

Grzegorz przyjechał na pogrzeb, łzy ciekły mu po policzkach, obwiniał się, że nie zobaczył ojca żywego. Spędził tydzień w rodzinnym domu, potem wrócił do stolicy. W ciągu dziesięciu lat napisał matce tylko trzy listy. Ala została sama. Krowę i owce sprzedała sąsiadom. Po co jej zwierzyna teraz? Krowa jeszcze długo stała przy bramie, słuchając, jak stara gospodyni szlocha. Ala zamykała się w najdalszym pokoju, tłumiła łzy.

Bez męskiej ręki gospodarstwo chyliło się ku upadkowi. A to przeciekał dach, a to gniły deski w sieni, a raz nawet piwnicę zalała woda… Ala robiła co mogła. Odkładała z emerytury na fachowców, czasem radziła sobie sama w końcu na wsi się wychowała i nie jeden sposób znała.

Ledwo wiążąc koniec z końcem, spotkało ją nowe nieszczęście: znów pogorszył się wzrok, choć dawniej widziała jak sokół. W sklepie w wiosce ledwie rozpoznała ceny, a po kilku miesiącach prawie nie widziała szyldu na budynku. Pielęgniarka przyjechała, nalegała na leczenie w szpitalu.

Pani Alu, chce pani oślepnąć? Zrobią operację, wróci pani wzrok!

Ala bała się szpitali i odmówiła. Po roku prawie zupełnie straciła wzrok. Ale specjalnie się tym nie przejęła.

Po co mi światło? Telewizji nie oglądam, tylko słucham. Lektor czyta wiadomości, i wystarczy. W domu wszystko po omacku zrobię.

Czasem jednak sen zakłócały jej niepokoje. We wsi przybyło nieuczciwych ludzi. Przyjeżdżali złodzieje, rozkradali opuszczone chałupy. Ala bała się, że nie ma dobrego psa, który odstraszyłby nieproszonych gości.

Zapytała łowczego Szymona:

Nie wiesz, czy leśniczy nie ma szczeniąt owczarka? Nawet najmniejszego bym wzięła, sama wychowam…

Szymon, miejscowy myśliwy, spojrzał z zaciekawieniem:

Babciu Alu, na co ci owczarek? To psy na pola, do miasta ci dostarczę rasowego psa.

Owczarek pewnie drogi…

Dla ciebie nie droższy od życia.

Więc przywieź.

Ala podliczyła oszczędności, sądziła, że starczy jej na dobrego psa. Ale Szymon był nieprzewidywalny i wiecznie odkładał sprawę. Ala krzyczała na niego za puste obietnice, lecz czuła do niego litość. Był samotnym człowiekiem, bez rodziny i dzieci. Jego jedyną towarzyszką była mocna gorzałka.

Rówieśnik Grzegorza, nie wyjechał ze wsi. Nie mieścił się w mieście. Najbardziej kochał polowania potrafił zniknąć w lesie na kilka dni.

Po sezonie łowieckim dorabiał u gospodarzy. Kopał ogródki, naprawiał sprzęt, zbijał płoty. Pieniądze zarobione u starych babć przepijał.

Po takim ciągu szedł w las spuchnięty i ze wstydem, lecz po kilku dniach wracał z koszami borowików, koszykami malin, trocią, szyszkami orzesznika. Sprzedawał za grosze i wszystko przepuszczał. Pomagał też Ali, oczywiście za wódkę. Teraz, gdy płot się zawalił, musiała znów prosić Szymona.

Pewnie z psem trzeba poczekać westchnęła Ala Stefańska. Muszę zapłacić Szymonowi za płot, a grosza brak.

Szymon przyszedł nie z pustymi rękami. W jego plecaku, oprócz narzędzi, coś się poruszało. Uśmiechnięty zawołał Alę:

Spójrz, kogo ci przywiozłem. Otworzył plecak.

Staruszka podeszła, macając puszystą główkę.

Szymonie, naprawdę szczeniaka mi przyniosłeś? zdumiała się.

Najlepszego, czystej krwi owczarka, babciu.

Szczenię zapiszczało, próbując się wydostać z plecaka. Ala spanikowała:

Ależ mi nie starczy pieniędzy! Ledwo co na płot!

Przecież nie z powrotem go zniosę, babciu Alu! odparł Szymon. Wiesz, ile tysięcy dałem za tego psa?

Co było robić? Trzeba było lecieć do sklepu, gdzie ekspedientka dała jej pięć butelek żubrówki na zeszyt, zapisując nazwisko w kajecie dłużników.

Wieczorem Szymon skończył z płotem. Ala nakarmiła go i nalała kielicha. Pijak, ożywiony, kiwał głową na szczeniaka zwinietego przy piecu.

Trzeba go karmić dwa razy dziennie. I kup mocny łańcuch wyrośnie na byka. Ja się znam na psach.

Tak w domu Ali zamieszkał nowy lokator Fafik. Pokochali się, on odpowiadał jej oddaniem. Gdy tylko wychodziła, Fafik podskakiwał radośnie i lizał ją po twarzy. Tylko jedno ją martwiło wyrosła z niego bestia wielka jak jałówka, ale nie nauczył się szczekać. To ją gnębiło.

O, Szymonie! Ty urwipołciu! Sprzedałeś mi do niczego psa.

Ale jak wygnać tak dobre stworzenie! Może i nie szczekał, ale wystraszone psy sąsiadów nawet nie pisnęły przy nim. Przez trzy miesiące Fafik dorósł babci prawie do pasa.

Pewnego dnia do wsi przyjechał Mateusz, miejscowy łowczy, po zakupy na zimę. Przechodząc obok domu Stefańskiej, zamarł na widok Fafika.

Babciu Alu! krzyknął Mateusz. Kto ci pozwolił wilka trzymać na wsi?!

Ala przestraszona złapała się za serce.

Boże Święty! No to dałam się nabrać! Szymon oszukał mnie! Mówił, że czystej krwi owczarek

Mateusz poważnie doradził:

Babciu, trzeba go wypuścić do lasu, bo może się stać nieszczęście.

Oczy staruszki wypełniły się łzami. Jak miała rozstawać się z Fafikiem! Dobre, łagodne stworzenie, nawet jeśli wilk. Ale ostatnio zrobił się niespokojny, szarpał łańcuch i rwał do lasu. Mieszkańcy patrzyli na niego ze strachem. Nie było wyjścia.

Mateusz wywiózł wilka do boru. Fafik zamachał ogonem i znikł wśród drzew. Już go nikt nigdy nie zobaczył.

Ala rozpaczała po swoim ulubieńcu, przeklinała podstępnego Szymona. A Szymon sam żałował swego fortelu, miał przecież najlepsze zamiary. Dawno temu, błądząc po lesie, napotkał ślady niedźwiedzia. Z dala dobiegło go żałosne kwilenie. Już miał się wycofać, wszędzie tam, gdzie misie, krąży matka. Ale dźwięk był inny nie-niedźwiedzi.

Rozgarnął krzewy, a tam nora. Obok martwa wilczyca i zagryzione szczenięta. Widać, że niedźwiedź napaść musiał na legowisko. Jedno wilczątko przetrwało, schowane w norze.

Szymonowi żal się zrobiło sieroty. Zabrawszy go, przyniósł do Ali. Myślał, że kiedy wilk podrośnie, sam wróci do lasu. Tymczasem znajdzie babci psa z rodowodem. Wszystko zepsuł Mateusz.

Szymon przez parę dni kręcił się przy jej domu, nie śmiejąc się wejść. Za oknem srożyła się zima. Ala grzała piec, żeby nie zamarznąć.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Staruszka pospiesznie otwiera na progu stoi mężczyzna.

Dobry wieczór, babciu. Mogę przenocować? Szukałem sąsiedniej wsi, zabłądziłem.

Jak ci na imię, dziecko? Już słabo widzę…

Borys.

Ala zmarszczyła brwi.

U nas Borysów nie ma…

Nie mieszkam tu. Dopiero co kupiłem dom, chciałem go zobaczyć, ale samochód ugrzązł. Poszedłem więc pieszo, śnieg zasypał świat!

Kupiłeś dom po śp. Danilewiczu?

Mężczyzna skinął głową.

Właśnie tak.

Ala wpuściła nieznajomego, nastawiła wodę na herbatę. Nie zauważyła, jak łapczywie wzrokiem zlustrował meblościankę, gdzie zwykła trzymać ukryte pieniądze i bibeloty.

Zajęta przy kuchni, usłyszała skrzypienie drzwiczek.

Co tam robisz, Borysie?

Miała pani jakieś stare pieniądze! Pomagam wyrzucić, bo reforma była.

Ala spoważniała.

Gadasz bzdury. Nie było reformy! Kim jesteś?

Mężczyzna błyskawicznie chwycił nóż i przyłożył jej do gardła.

Zamknij się, babciu. Daj forsę, złoto i jedzenie!

Ala zamarła ze strachu. Zbieg, bandyta. Przyszła na nią godzina…

W tej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie. Do izby wpadł olbrzymi wilk i rzucił się na napastnika. Tamten wrzasnął, lecz uratował go gruby szalik. Napadnięty dźgnął wilka nożem w łopatkę. Fafik uskoczył, a złodziej czmychnął.

W tym momencie Szymon zbliżał się przez zamieć, chcąc przeprosić Alę. Spotkał na drodze uciekającego mężczyznę z nożem, klącego pod nosem. Szymon pobiegł do Ali. Leżał tam zakrwawiony Fafik. Szymon wszystko zrozumiał i pognał po dzielnicowego.

Rzezimieszka złapano. Sąd przysolił mu nową odsiadkę.

A Fafik stał się bohaterem wsi. Ludzie przynosili mu jedzenie, pozdrawiali go. Wilka nie wiązano, stał się wolny. Ale zawsze wracał do babci Ali, przychodząc razem z Szymonem z łowieckich powrotów.

Pewnego dnia zobaczyli przed domem czarnego suv-a. Na podwórzu ktoś rąbał drewno. To był Grzegorz, syn Ali. Wyciągnął ramiona do serdecznego uścisku.

Wieczorem cała trójka siedziała razem, a Ala promieniała szczęściem. Grzegorz przekonał ją, by pojechała do szpitala na operację oczu.

Trudno, trzeba jechać westchnęła. Na wakacje wnuk przyjedzie, chcę go zobaczyć. Szymonie, popilnuj domu i Fafika, dobrze?

Szymon przytaknął. Fafik położył się zadowolony przy piecu. Miejsce miał swoje przy przyjaciołach.

Nie przegap nowych snów i opowieści, oceń i podziel się myślą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

11 − 5 =

— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił pani trzymać wilka na wsi?