Babcie na zawołanie Elżbieta Władysławowna obudziła się od głośnego śmiechu sąsiadki z łóżka w szpi…

Przebudzenie Ewy

Ewa Wawrzyniak obudziła się gwałtownie przez śmiech. Nie był to cichy chichot, ani stłumione parsknięcie, ale głośny, pękający jak bąbel powietrza śmiech, zupełnie nieprzystający do szpitalnej sali. A Ewa całe życie nie znosiła takiego śmiechu. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając telefon przy uchu i wymachując wolną ręką tak intensywnie, jakby rozmówca miał ją zobaczyć przez ekran.

Ela, no weź, nie żartuj! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich?

Ewa zerknęła na zegarek. Za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze piętnaście minut cenne chwile, kiedy mogła zebrać myśli przed operacją.

Wczoraj, kiedy ją przywieźli na salę, jej współlokatorka już leżała na łóżku i szybko stukała w telefon. Wymieniły się ledwie kilkoma słowami. Dobry wieczór Dzień dobry i każda zatopiła się w swoich sprawach. Ewa była wdzięczna za tę ciszę. A teraz cyrk.

Przepraszam rzuciła cicho, ale stanowczo. Można trochę ciszej?

Kobieta odwróciła się z uśmiechem. Okrągła twarz, krótkie, niepofarbowane siwe włosy, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu!

Ela, później oddzwonię, bo mnie tu strofują odłożyła telefon i zwróciła się do Ewy. Przepraszam! Jestem Halina Zawadzka. Wyspana pani? Ja zupełnie nie śpię przed operacjami, to dzwonię gdzie się da.

Ewa Wawrzyniak. To, że pani nie śpi, nie znaczy, że inni nie chcą odpocząć.

Ale przecież pani już nie śpi Halina mrugnęła porozumiewawczo. Dobra, będę szeptać. Obiecuję.

Nie szeptała. Przed śniadaniem zadzwoniła jeszcze dwa razy, coraz głośniej. Ewa demonstracyjnie odwróciła się i naciągnęła kołdrę na głowę na nic.

Dzwoniła córka tłumaczyła Halina przy śniadaniu, którego żadna nie tknęła. Martwi się, biedulka. Próbuję ją uspokoić, ile mogę.

Ewa zamilkła. Syn nie zadzwonił. Nie oczekiwała uprzedził, że ma rano ważne zebranie. I ona to rozumiała: praca ponad wszystko, tego sama nauczyła.

Halinę zabrali na blok jako pierwszą. Szła korytarzem, machając ręką na pożegnanie i żartując do pielęgniarki, która zresztą też się śmiała. Ewa pomyślała, że dobrze byłoby ją przenieść po operacji do innej sali.

Ewę zabrano godzinę później. Źle znosiła narkozę obudziła się z mdłościami i tępym bólem po prawej stronie brzucha. Pielęgniarka zapewniała, że wszystko poszło dobrze, tylko trzeba trochę wytrzymać. Wytrzymywała. Wytrzymywać, tego zawsze się nauczyła.

Wieczorem, gdy ją zwieziono z powrotem, Halina leżała już na swoim łóżku, szara na twarzy, z zamkniętymi oczami, pod kroplówką. Cicho. Po raz pierwszy cicho.

Jak się pani czuje? Ewa zagaiła, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.

Halina otworzyła oczy. Słabo się uśmiechnęła.

Jakoś żyję. A pani?

Też.

Milczały. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły.

Przepraszam za rano powiedziała nagle Halina. Jak się denerwuję, to mam potrzebę gadać bez końca. Wiem, że to denerwujące, ale nie umiem inaczej.

Ewa chciała odpowiedzieć coś uszczypliwego, ale tylko wzruszyła ramionami ze zmęczenia.

Nic się nie stało.

Tej nocy nie spały obie. Bolało. Halina już nie dzwoniła, leżała spokojnie, ale Ewa i tak słyszała jej westchnienia, szelest kołdry. Raz, chyba, płakała w poduszkę.

Rano przyszła lekarka, obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę, pochwaliła: Dzielne panie, wszystko dobrze. Halina natychmiast sięgnęła po telefon.

Ela, hej! Jestem cała, nie musisz się martwić. Co u dzieciaków? Kacperek już nie gorączkuje?… No widzisz, mówiłam, że to nic groźnego.

Ewa przysłuchiwała się mimowolnie. Moje czyli wnuki. Córka wypytuje.

Jej własny telefon milczał. Sprawdziła dwie wiadomości od syna. Mamo, jak się czujesz? i Daj znać, jak będziesz mogła odpisać. Przyszły wczoraj wieczorem, kiedy jeszcze spała po narkozie.

Napisała: Wszystko ok, dodała uśmiechniętą buźkę. Syn lubił emotikony, uważał, że bez nich wiadomości są chłodne.

Odpowiedź przyszła trzy godziny później: Super! Całuję.

Pani bliscy nie przyjeżdżają? spytała Halina po południu.

Syn pracuje, mieszka daleko. Poza tym nie jestem dzieckiem.

Dokładnie! przytaknęła Halina. Moja córka też powtarza: mamo, jesteś dorosła, poradzisz sobie. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze?

Coś w jej tonie sprawiło, że Ewa spojrzała na nią inaczej. Halina się uśmiechała, ale w oczach miała cień.

Ma Pani wnuki?

Troje. Kacperek najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leszek rok po roku, trzy i cztery lata. Halina wyjęła telefon z szafki. Chce pani zobaczyć zdjęcia?

Pokazywała przez dwadzieścia minut: dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na każdym zdjęciu ona przytula, całuje, robi śmieszne miny. Córki nie było na żadnym.

Córka robi zdjęcia wyjaśniła Halina. Nie lubi być w kadrze.

Dzieci często są u pani?

Ja właściwie u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc ja pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję.

Ewa kiwnęła głową. U niej było podobnie. Przez pierwsze lata po narodzinach wnuka też codziennie pomagała. Potem coraz rzadziej raz w miesiącu, w niedzielę, jeśli pasowało wszystkim.

A u pani?

Jeden wnuk, dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia.

Widujecie się?

Czasem w niedziele. Oni są bardzo zajęci. Rozumiem to.

No tak Halina odwróciła wzrok za okno. Zajęci.

Zapadła cisza. Za oknem siąpił deszcz.

Wieczorem Halina powiedziała:

Nie chcę wracać do domu.

Ewa spojrzała zaskoczona. Halina siedziała na łóżku ze skulenymi nogami, patrzyła w podłogę.

Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam i nie chcę.

Czemu?

Bo po co? Wrócę, a tam Kacperek z lekcjami sobie nie radzi, Marysia znowu zasmarkana, Leszek spodnie rozdarł. Córka w pracy do nocy, zięć ciągle w delegacjach. A ja: sprzątaj, gotuj, pomagaj, opiekuj się. I nawet przerwała. Nawet dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia musi.

Ewa czuła w gardle ciężką gulę.

Przepraszam, że tak się rozkleiłam Halina otarła oczy.

Nie przepraszaj wyszeptała Ewa. Pięć lat temu poszłam na emeryturę. Myślałam: wreszcie czas dla siebie. Do teatru chciałam chodzić, na wystawy. Zapisałam się nawet na kurs francuskiego. Chodziłam dwa tygodnie.

I co się stało?

Synowa zaszła w ciążę. Poprosiła o pomoc. W końcu jestem babcia, nie pracuję, mam czas. Nie potrafiłam odmówić.

I jak było?

Trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola już co drugi dzień. Potem do szkoły, raz w tygodniu. Teraz teraz nie jestem im zbyt potrzebna. Mają nianię. Ja tylko czekam, czy sobie o mnie przypomną. Jak nie zapomną.

Halina przytaknęła.

Miała mnie odwiedzić córka w listopadzie. Sprzątałam dom na błysk, upiekłam ciasta. Zadzwoniła mamo, przepraszam, Kacperek ma zajęcia, nie damy rady.

I nie przyjechała?

Nie. Ciasta oddałam sąsiadce.

Milczały. Za oknem deszcz stukał o szybę.

Wie pani, co boli najbardziej? Nie to, że nie przyjeżdżają. To, że i tak czekam. Trzymam telefon w ręce, myślę: może ktoś zadzwoni, powie, że tęskni. Tak po prostu, nie dla pomocy.

Ewie zaszkliły się oczy.

Ja też czekam. Jak dzwoni telefon, mam nadzieję, że syn chce po prostu pogadać. Ale zawsze chodzi o coś.

Bo zawsze jesteśmy na posterunku uśmiechnęła się smutno Halina. Taki nasz los. Matki.

Tak.

Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały w ciszy, aż Halina cicho wyznała:

Zawsze myślałam, że mam szczęśliwą rodzinę. Ukochaną córkę, dobrego zięcia, kochane wnuki. Myślałam, że jestem potrzebna. Że beze mnie nie dadzą rady.

I?

I dopiero tutaj zrozumiałam, że radzą sobie świetnie beze mnie. Córka przez cztery dni ani razu się nie poskarżyła, że jej ciężko. Wręcz radosna jak nigdy. Czyli dają radę. Po prostu wygodniej, kiedy babcia jest darmową niańką.

Ewa podniosła się na łokciu.

Wie pani, co ja zrozumiałam? Że sama tego nauczyłam syna. Że mama zawsze pomoże, zawsze jest, zawsze czeka. Że moje plany się nie liczą, a jego są święte.

Ja też tak robiłam. Dzwoniła córka rzucałam wszystko.

Sprawiłyśmy, że nas nie widzą jako ludzi powiedziała powoli Ewa. Tylko jako instytucję matki.

Halina zamyśliła się.

I co teraz?

Nie wiem.

Piątego dnia Ewa wstała już bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła sama do końca korytarza i z powrotem. Halina dzień później, krok za nią. Wychodziły razem, wolno, przytrzymując się ściany.

Po śmierci męża w ogóle się pogubiłam wspominała Halina. Córka powiedziała wtedy: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. Tak żyłam. Ale taki sens jest taki jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie tylko wtedy, gdy pasuje.

Ewa opowiedziała o swoim rozwodzie. Trzydzieści lat temu, syn miał pięć lat. Wychowywała sama, po godzinach studiowała, pracowała na dwóch etatach.

Myślałam, że jeśli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak dam wszystko, on będzie wdzięczny.

A on wyrósł i żyje swoim życiem dokończyła Halina.

Tak. I to chyba normalne. Tylko nie myślałam, że będę taka samotna.

Ja też nie.

Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, nagle. Ewa czytała, kiedy wszedł do sali. Wysoki, w eleganckim płaszczu, z siatką owoców.

Cześć, mamo! uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?

Lepiej.

Super! Lekarz powiedział, jeszcze trzy dni i wychodzisz. Może wpadniesz do nas? Magda mówi, że gościnny pokój wolny.

Dziękuję, ale wolę u siebie.

Jak wolisz, ale dzwoń, jakby co, zabierzemy cię.

Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Spytał, czy trzeba pieniędzy. Obiecał, że odwiedzi za tydzień. Wyszedł szybko, z ulgą.

Halina leżała, udając, że śpi. Gdy drzwi się zamknęły, półszeptem spytała:

Pani syn?

Mój.

Przystojny.

Tak.

I chłodny jak lód.

Ewa nie odpowiedziała. Miała ścisk w gardle.

Wie pani zaczęła Halina cicho może powinniśmy przestać się łudzić, że będą nas kochać jak dawniej. Puścić ich. Oni mają swoje życie. My powinnyśmy znaleźć swoje.

Łatwo powiedzieć.

Trudno zrobić. Ale co innego? Inaczej całe życie będziemy czekać, aż sobie przypomną.

Co pani powiedziała córce? zapytała niespodziewanie Ewa.

Że po wyjściu ze szpitala muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarz zabronił zajmować się wnukami.

I co na to?

Najpierw była oburzona. Ale powiedziałam: Elu, jesteś dorosła, dasz radę. Ja teraz nie mogę.

Obraziła się?

Bardzo Halina uśmiechnęła się gorzko. Ale poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła z ramion kilkanaście kilogramów.

Ewa zamknęła oczy.

Boję się. Jeśli powiem nie, obrażą się. Przestaną dzwonić.

Często teraz dzwonią?

Milczały.

No właśnie. Gorzej nie będzie. Może tylko lepiej.

Ósmego dnia wypisali je jednocześnie. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze.

Wymienimy się numerami? zaproponowała Halina.

Ewa przytaknęła. Wpisały do telefonu swoje numery. Stały chwilę naprzeciw siebie.

Dziękuję powiedziała cicho Ewa. Za to, że byłaś obok.

I ja ci dziękuję. Wiesz trzydzieści lat z nikim tak nie rozmawiałam. Od serca.

Ja też nie.

Przytuliły się ostrożnie, bojąc się ruszyć szwy. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Ewa odjechała pierwsza.

W domu panowała nieprzyjemna cisza. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na sofie. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już wyszłaś?, Zadzwoń jak będziesz w domu, Nie zapomnij o tabletkach.

Odpisała: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyła telefon.

Wstała, podeszła do regału. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Broszura kursu francuskiego, wydrukowany harmonogram koncertów filharmonii. Patrzyła na broszurę i rozmyślała.

Telefon zadzwonił. Halina.

Hej. Przepraszam, że zaraz dzwonię. Po prostu chciałam pogadać.

Cieszę się. Naprawdę.

Może się spotkamy? Jak trochę dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie, w kawiarni? Może na spacer? Jak chcesz.

Ewa spojrzała na broszurę w dłoni. Potem na telefon. Potem znów na broszurę.

Chcę. Bardzo. Wiesz co? Może szybciej. W sobotę. Dość mam siedzenia w domu.

W sobotę? Serio? Lekarze mówili

Mówili. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas pomyśleć o sobie.

To się zgadamy. W sobotę.

Pożegnały się. Ewa odłożyła telefon i znów chwyciła broszurę. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. Nabór nadal otwarty.

Otworzyła laptopa i zaczęła się zapisywać. Drżały jej ręce, ale do końca wypełniła formularz.

Za oknem padał deszcz, lecz między chmurami pojawiło się blade, jesienne słońce.

I wtedy Ewa poczuła, że może właśnie teraz, jej życie naprawdę się zaczyna. Wysłała zgłoszenie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 + 10 =

Babcie na zawołanie Elżbieta Władysławowna obudziła się od głośnego śmiechu sąsiadki z łóżka w szpi…