Babcia zawsze wyróżniała jednego wnuka
A mi, babciu? zapytywała cichutko ona.
A ty, Bożenko, i tak jesteś porządna dziewczyna. Spójrz tylko, jakie masz pulchne policzki.
Orzechy na mądrość, Krzyś musi się uczyć, to chłopak, ostoja rodziny.
A ty idź, pościeraj kurz z półek. Dziewczynki powinny się uczyć pracy.
Bożka, serio? Ona odchodzi. Lekarze mówią, że zostało jej kilka dni. Może nawet godzin…
Krzyś stał w drzwiach kuchni, miętolił w rękach kluczyki do samochodu. Mina miał, jakby właśnie nalał benzyny do diesla.
Mówię całkiem poważnie, Krzyś. Chcesz herbaty? Bożena nawet się nie odwróciła, tylko spokojnie kroiła jabłko dla córki. Usiądź, zaparzę świeżą.
Herbaty? Bożka, proszę cię! Brat ruszył w głąb pokoju. Ona tam leży, cała w tych rurkach, charczy…
Rano cię szukała. „Bożenka”, mówiła, „gdzie Bożenka?”. Az mnie aż w dołku ścisnęło. Nie przyjdziesz?
To przecież babcia! Ostatnia szansa, rozumiesz?
Bożena ułożyła zgrabnie kawałki jabłka na talerzyku i dopiero wtedy popatrzyła bratu w oczy.
Tobie babcia. Dla niej jesteś Krzysio, oczko w głowie, jedyny dziedzic i nadzieja rodu.
A ja… dla niej nigdy nie istniałam.
Naprawdę sądzisz, że potrzebuję tego „pożegnania”?
O czym mamy rozmawiać, Krzysiu? Co ja mam jej wybaczać? Albo ona mnie?
Daj spokój z tymi dziecięcymi żalami! Krzyś rzucił kluczami o stół. Tak, kochała mnie bardziej. I co z tego?
Ona już starsza, trochę jej się w głowie pomieszało. Ale umiera! Nie bądź taka… zimna.
Nie jestem zimna, Krzyś. Po prostu nic do niej nie czuję. Idź, usiądź przy niej, potrzymaj za rękę, jej twoja obecność jest sto razy ważniejsza niż moja.
Jesteś jej złotkiem, słoneczkiem. No to świeć jej do końca!
Krzyś spojrzał na siostrę, odwrócił się i wyszedł, mocno trzasnąwszy drzwiami.
Bożena westchnęła, wzięła talerz z jabłkami i poszła do pokoju córki.
***
U nich w domu wszystko zawsze było równo podzielone. Rodzice kochali i Bożenę, i Krzyśka po równo.
W domu wiecznie gwar, śmiech, zapach drożdżówek i niekończące się wyjścia na spacery.
Ale babcia Wanda dama o twardym charakterze miała swoje zasady.
Krzysiu, chodź tu, szkrabie szeptała babcia, gdy wpadali do niej na weekendy. Patrz, co dla ciebie schowałam.
Włoskie orzechy, sama łuskałam! I krówki, świeżutkie!
Bożenka, lat siedem, stała z boku i patrzyła, jak babcia wyciąga z kredensu tę świętą paczuszkę.
A dla mnie, babciu? pytała cichutko.
Babcia Wanda rzucała jej szybkie, chłodne spojrzenie.
Ty, Bożenko, i tak jesteś krzepka. Spójrz, jak się masz dobrze.
Orzechy na rozum, Krzyś musi się uczyć, to mężczyzna, oparcie.
A ty leć, pościeraj kurz z półek. Dziewczyny muszą się uczyć pracy!
Krzyś, rumiany ze wstydu, brał paczuszkę i szybko przemykał do korytarza, a Bożena szła ścierać kurz.
Nie była jej żal. Zadziwiające, ale jako mała dziewczynka traktowała to jak pogodę.
Deszcz pada, babcia kocha Krzysia. Tak jest. I już.
W korytarzu zwykle czekał już na nią brat.
Masz wciskał jej połowę krówek i garść orzechów do ręki. Tylko nie jedz przy niej, bo znów zacznie marudzić.
Tobie bardziej potrzebne uśmiechała się Bożka. Na rozum.
A tam rozum, pff krzywił się Krzyś. Babcia jest stuknięta. Jedz szybko!
Siadali razem na schodach na strych i pałaszowali „zakazany towar”. Krzyś zawsze się dzielił. Zawsze.
Nawet gdy babcia wciskała mu potajemnie 20 złotych na lody, biegł od razu do Bożki.
Ej, wystarczy na dwa lody i jeszcze na gumę z naklejką. Idziemy?
Brat był dla niej podporą. Jego miłość z nawiązką rekompensowała chłód babci, tak bardzo, że Bożena w ogóle nie czuła niedosytu.
Lata mijały. Babcia Wanda starzała się. Gdy Krzyś miał już osiemnaście lat, babcia uroczyście ogłosiła, że przepisuje na niego swoją drugą dwupokojową kamienicę w centrum Krakowa.
Ostoja rodziny musi mieć własny kąt zarządziła na rodzinnym zebraniu. Żeby zaprowadził tam porządną żonę, a nie się po kątach szwendał.
Mama tylko westchnęła. Znała swoją matkę i nie wdawała się w dyskusje, ale wieczorem zajrzała do Bożeny.
Bożenko, my z tatą wszystko widzimy. Postanowiliśmy: pieniądze, które odkładaliśmy na nowe auto i rozbudowę, damy tobie.
Będzie na wkład własny do mieszkania. Tak sprawiedliwiej.
Mamo, no weź przytuliła ją Bożena. Krzysiowi mieszkanie bardziej się przyda, z Grażynką chce już ślub brać. Ja jeszcze pomieszkam w akademiku.
Nie, Bożenko, tak nie może być. Babcia ma swoje pomysły, ale my nie możemy dzielić dzieci. Weź tę kasę i nie dyskutuj.
Bożena nie wzięła.
Krzyś zaraz po ślubie z Grażyną wprowadził się do mieszkania darowanego przez babcię i w rodzinnym mieszkaniu zrobiło się luźniej.
Bożenka zajęła dawny pokój brata, rozstawiła książki, sztalugę i po raz pierwszy poczuła, jak to jest, kiedy nikt nie dzieli miłości na „właściwą” i „niewłaściwą”.
Relacje z bratem nie popsuły się ani trochę przez sprawę spadkową. Wręcz przeciwnie, Krzyś czuł jakąś niezręczną winę.
Bożka, wpadnij do nas zagadywał na spotkaniach. Grażyna upiekła sernik. A babcia… no, wiesz jak jest. Wczoraj znów dzwoniła, pytała, czy nie przepuściłem „jej” pieniędzy na twoje zachcianki.
I co jej powiedziałeś?
Że wydałem wszystko na automaty i luksusowego szampana parsknął Krzyś. Trzy minuty wydychała w słuchawkę, a potem wywaliła: „To ta Bożenka cię nauczyła!”
No jasne Bożena się śmiała. Kto by inny?
***
Gdy Bożena wyszła za Mateusza i przyszła na świat ich córka, kwestia mieszkania stała się paląca. Mama znów popisała się dyplomacją.
Słuchajcie, dzieciaki zaczęła. My mamy duże trzypokojowe. Krzyś ma swoje dwa pokoje. Bożenka, z Mateuszem siedzicie na wynajmie.
Zróbmy tak: zamienimy nasze na jedną kawalerkę i dwupokojowe. W kawalerce my z tatą, a wy z Mateuszem do dwójki.
Mamo przerwał Krzyś. Z mojej części w tym mieszkaniu rezygnuję z góry. Mam babciny lokal, starczy mi. Niech Bożka weźmie całość, niech się rozbudują, dba o rodzinę. Mają dziecko, im bardziej potrzebne.
Krzyś, jesteś pewny? zapytał Mateusz. To mnóstwo pieniędzy.
Pewny jak ZUS. Z Bożką zawsze dzieliliśmy wszystko na pół. Przez babcię i tak nie miała lekko. Nie dyskutujcie. Tak ma być.
Bożena się wtedy popłakała, nie przez metry kwadratowe, ale dlatego, że jej brat to najlepszy facet na świecie.
I tak zrobili. Mama czasem wpadała popilnować wnuczki, Krzyś z żoną i synami zjawiali się co weekend.
A babcia Wanda żyła sama. Krzyś woził zakupy, naprawiał kran, wysłuchiwał marudzenia o zdrowiu i o tej „niewdzięcznej Bożence”.
Zadzwoniła choć raz? dociekała babcia, wąsko zaciągając usta. Choć raz zapytała, jak mi skacze ciśnienie?
Babciu, sama jej przecież nie chciałaś znać odpowiadał miękko. Ani razu nie pochwaliłaś jej przez dwadzieścia lat. Czemu miałaby dzwonić?
Ja ją chciałam wychować! ogłaszała dumnie staruszka. Kobieta musi znać swoje miejsce! A ona… Zabrała mieszkanie, matkę z domu przepędziła.
Krzyś tylko wzdychał. Przekonywać nie było sensu.
***
Bożena siedziała w kuchni, a wspomnienia jak popcorn strzelały w głowie.
Oto babcia odpycha jej rękę od słoika z dżemem. Oto chwali koślawą laurkę Krzysia, a mija gramotę Bożeny za olimpiadę bez słowa.
Oto na ślubie Krzysia króluje przy stole, a na Bożeny ślub nawet nie przyszła, bo „źle się czuła”.
Mamo, a dlaczego nie jedziemy do babci Wandy? zapytała córka, przystając w drzwiach kuchni. Wujek Krzyś mówił, że bardzo chora.
Bo babcia Wanda chce widywać tylko wujka Krzysia, kochanie pogłaskała córkę po włosach. Tak jej łatwiej.
Ona zła? córka zmarszczyła nos.
Nie Bożena zamyśliła się. Po prostu nie umiała kochać wszystkich naraz. W jej sercu było miejsce tylko dla jednej osoby. Tak się zdarza.
Wieczorem zadzwonił brat.
Koniec, Bożka. Godzinę temu.
Krzysiu, współczuję. Wiem, że ci ciężko.
Do końca cię wyczekiwała skłamał brat, z tej dobroci, żeby choć symbolicznie ich pogodzić. Powiedziała: „Niech Bożenie się dobrze wiedzie”.
Dzięki, Krzyś… Przyjedź jutro. Posiedzimy, wspomnimy. Upiekę ciasto.
Przyjadę… Bożka, nie masz żalu? Że nie poszłaś?
Bożena nie siliła się na udawanie.
Nie, Krzyś. Nie żałuję. Po co udawać? Ja jej nie chciałam widzieć, ona mnie też nie…
Brat chwilę zamilkł.
Chyba masz rację westchnął. Ty zawsze byłaś najbardziej rozsądna. Dobra, do jutra.
Pogrzeb minął spokojnie. Bożena poszła głównie ze względu na mamę i Krzysia. Stała trochę z boku, w czarnym płaszczu, patrząc na to wieczne, smutne niebo, które zawsze reklamuje się nad cmentarzem. Podczas opuszczania trumny nie uroniła łzy.
Brat podszedł, objął ją ramieniem.
Jak się trzymasz?
Spoko, Krzyś. Naprawdę.
Wiesz co zamyślił się brat grzebiąc u niej w mieszkaniu, znalazłem szkatułkę. W środku były stare zdjęcia.
Twoje też. Całkiem sporo. Wszystkie starannie wycięte z rodzinnych fotografii. Osobno trzymała
Bożena uniosła brwi.
Dlaczego?
Nie wiem. Może jednak coś czuła, tylko nie umiała pokazać? Albo bała się, że jak ci okaże uczucia, to dla mnie będzie mniej? Starość nie radość.
Może i tak wzruszyła ramionami Bożena. Ale to już nie ma znaczenia.
Wyszli pod jednym parasolem z cmentarza wysoki, krzepki Krzyś i szczupła Bożena.
Wiesz odezwał się Krzyś podchodząc do samochodu mieszkanie po babci chcę sprzedać.
Kupię sobie trzypokojowe, chłopakom kiedyś dam kawalerki, a resztę… Może założymy fundację? Albo przekażemy na oddział dziecięcy? Niech te „babcine” pieniądze komuś w końcu sprawią radość…
Bożena spojrzała pierwszy raz w te dni naprawdę ciepło na brata.
Wiesz, Krzyś… To byłaby najlepsza zemsta na Wandzie. Najlepsza i najłagodniejsza na świecie.
Więc umowa stoi?
Stoi.
Rozjechali się w różne strony. Bożena prowadziła przez miasto, puściła swoją ulubioną muzykę i poczuła, że w niej naprawdę zapanował spokój.
Może brat ma rację. Niech te pieniądze komuś uratują zdrowie. Tak będzie sprawiedliwie.



