Dzisiaj, gdy siedzę w tym domu spokojnej starości, często wspominam dawne czasy i ludzi, których spotkałem. Była u nas w klatce schodowej pewna staruszka z mieszkania numer dwadzieścia trzy. Nikt jej tam nie lubił. Nikt nawet nie wiedział, jak ma na imię ani jak się nazywa, ani skąd pochodzi. I szczerze mówiąc, nikomu nie zależało, by to sprawdzić.
Była malutka, siwa, w grubych okularach, których oprawki trzymały się tylko na plastrze szarym od brudu. Chodziła cichutko, szurając nogami w starych, wytartych butach z dziurawymi czubkami. W ręce niosła zniszczoną siatkę, a za nią biegł mały piesek maleńki, ale szczekał tak głośno, jakby był ogromnym stróżem. Ujadał na każdego, kto podszedł do jej drzwi, a tych gości nie brakowało bo sąsiadów denerwowały trzy rzeczy.
Po pierwsze telewizor. Brzęczał od rana do nocy, zawsze na pełną głośność. Po drugie karaluchy, które wypełzały z jej mieszkania i rozchodziły się po całej klatce. Po trzecie ten mdlący, nieprzyjemny zapach, który wsiąkł w ściany, w windę, w schody. I nigdy nie znikał.
Ludzie przychodzili, krzyczeli, pytali: „Kiedy to się w końcu skończy?” A staruszka patrzyła na nich swoim małym, przymrużonym wzrokiem, uśmiechała się jak dziecko i mówiła:
Zaraz, zaraz
I na chwilę ucichali. Ale nie na długo, bo wszystko zaczynało się od nowa.
A wiecie, jak miała na imię? Danuta Bronisławówna. Miała prawie osiemdziesiąt pięć lat. W zeszłym roku ciężko zachorowała przeziębienie tak silne, że prawie nie słyszała. Chciała aparat słuchowy, ale pieniędzy nie było, a kolejka długa. Emeryturę miała marną rachunki, leki, a jeszcze karmienie dla pieska Bąbla jej jedyn


