Babcia z obcymi uściskami

W kuchni unosił się zapach kotletów, gdy nagle rozwarły się drzwi wejściowe – córki Weroniki wróciły do domu. Spędziły czas u babci i powinny być szczęśliwe. Zamiast radości, na ich twarzach malowała się gorycz.

— Mamo, babcia nas nie kocha! — zawołały jednogłośnie Zosia i Ania.

Weronika wyszła do przedpokoju, wycierając ręce w ścierkę.

— Dlaczego tak uważacie?

Dziewczynki wymieniły się spojrzeniami, po czym jedna z nich zaczęła cicho opowiadać. Babcia pozwala Iwońce i Krzysiowi – dzieciom cioci – biegać, skakać i jeść, na co mają ochotę. Im zaś zakazuje hałasować, nie daje cukierków ani czekolady. Tamtych odprowadza aż do przystanku, a im po prostu zatrzasnęła drzwi przed nosem.

Weronika zesztywniała. Wiedziała, że jej teściowa, Danuta Stanisławówna, nie była najczulszą kobietą, ale nie sądziła, że posunie się tak daleko.

Ich relacje zawsze były neutralne – ani bliskie, ani wrogie. Wszystko zmieniło się, gdy siostra męża, Justyna, urodziła dzieci. Wtedy babcia zupełnie oślepła z miłości. Godzinami opowiadała wszystkim, jakie to mądre dzieci, jak bardzo przypominają matkę.

Gdy Weronika i jej mąż, Marek, doczekali się bliźniaczek, Danuta Stanisławówna tylko wzruszyła ramionami:

— Od razu dwoje? No, no… Samiście sobie narobili. Z dwójką nie dam rady.

— I nie prosimy — odparł Marek stanowczo.

— Lepiej bym Justynie pomogła… Ona ma przecież dwoje w małym odstępie…

— A nasze to nie dzieci? — wyrwało się Weronice.

— Brat ma obowiązek wspierać siostrę — rzuciła teściowa lodowatym tonem.

Wtedy Weronika zrozumiała, że nie może liczyć na pomoc. Na szczęście jej własna matka była blisko, jeździła przez całe miasto, wspierała, jak tylko potrafiła.

Danuta Stanisławówna zaś wciąż zachwycała się Iwońką i Krzysiem, podkreślając przy każdej okazji: — Oto wnuki, które dała mi moja córka!

A o dzieciach syna… Jeśli już zapytała, machała ręką: — Jakoś tam sobie radzą…

Z czasem zaczęli to dostrzegać nawet znajomi. Gdy pewnego dnia Danuta Stanisławówna w gniewie rzuciła: — Kto wie, czy to w ogóle moje wnuczki, choć niby na syna… — słowa te dotarły do Marka. Wpadł w szał. Przyjechał do matki, żądając wyjaśnień. Ta się tłumaczyła, ale nie na długo starczyło jej pokory.

Za każdym razem, gdy odwiedzali teściową, Weronika i Marek wyjeżdżali z ciężkim sercem. Ciągłe pretensje: dziewczynki hałasują, jedzą słodycze bez pytania, babcię boli głowa. I natychmiast – porównania do „idealnych” wnuków.

Gdy Iwońka i Krzyś wyjeżdżali, babcia osobiście ich odprowadzała, wręczała prezenty, a Zosię i Anię wysłała same przez pustkowie, gdzie wałęsały się bezpańskie psy. Sześciolatki. Same. Bez ostrzeżenia. To była ostatnia kropla.

Marek zadzwonił do matki.

— Mamo, źle się czujesz?

— Z czego wnioskujesz?

— Więc po co wysłałaś dzieci same? Tam jest pustkowie, psy!

— Trzeba uczyć samodzielności od małego.

— Mają po sześć lat! Dzieci Justyny nie puszczasz same nawet na chwilę!

— A ty śmiesz mnie oskarżać?! To wszystko wina twojej żony…

I rzuciła słuchawką.

Minęły lata. Dziewczynki podrosły, zaczęły szóstą klasę. Danuta Stanisławówna zachorowała. Przypomniała sobie o „zapasowych” wnuczkach. Zadzwoniła do syna:

— Niech Zosia i Ania przyjadą, posprzątają. Co to za dzieci – babci nie pomagają.

— A ty przypomnij sobie, dlaczego one do ciebie nie jeżdżą — spokojnie odpowiedział Marek. — Masz ulubione wnuki – do nich się zwróć.

Rozwścieczona, Danuta Stanisławówna wykręciła numer Weroniki:

— Musisz! Jestem ich babcią!

— A dawno już pani tak o nich nie mówiła. Ma pani córkę i „właściwe” wnuki. To na nich niech pani polega.

Iwońka odmówiła: — Mam dużo lekcji, babciu. — Krzyś oświadczył: — Nie jestem sprzątaczką. Danuta Stanisławówna została sama, w ciszy. Dopiero teraz zrozumiała, że miłości nie da się dzielić. Ale było już za późno.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 2 =

Babcia z obcymi uściskami